Dawniej w świecie opanowanym przez łacinę słychać było tłumaczenie: „Errare humanum est”, a że błądzić jest rzeczą ludzką, to prawda stara jak świat. Ten sam sens odnaleźć można we współczesnej łacinie – chociażby w sloganach typu: „Nobody’s perfect” or „what doesn’t kill you, makes you stronger”.

Skoro faktycznie błędy przydarzają od czasu do czasu każdemu, a ogromna większość z nas uczy się na nich, gdy wchodzą w szeroko rozumianą dorosłość, to co najmniej parędziesiąt razy w życiu zbłądziłem. A kilkukrotnie nieomal zabłądziłem, co akurat doświadczonym i przezornym podróżnikom nie powinno się zdarzać. A jednak mnie się zdarzyło i uznałem, iż nadszedł właściwy czas, aby Wam o nich opowiedzieć.

Alpejski „falstart” zmusił dwóch gości do spania w jednym śpiworze

Nie przygotowałem się właściwie przed zaatakowaniem Mont Blanc. To jest naprawdę wysoka góra (ponad 4800 m n.p.m.) i nie da się na nią wejść ot tak sobie jak na Giewont. Na szczyt wiedzie kilka dróg, lecz nawet najpopularniejsza zwana Drogą Królewską lub Drogą Francuską wiedzie przez grań Gouter. A ta ostatnia jest porównywana z Orlą Percią i najbardziej przydają się (poza odpowiednim alpejskim sprzętem) znajomość technik linowych, asekuracji oraz auto-ratownictwa.

I to, że wyprawa zaczyna się pod jednym z tamtejszych supermarketów, nic nie znaczy…bo zwykle nieważne jest miejsce startu. Istotą zdobywania gór nie jest to jak (i skąd) się zaczyna, ale przede wszystkim to jak (czyli cało i zdrowo) się kończy wyprawa. Nawet wdrapanie się na wierzchołek to kwestia o niższym priorytecie.

Interesowało mnie wówczas jedynie otwarcie się na przygodę i nowe doświadczenia. Po prawdzie mówiąc, to była w ogóle moja druga poważniejsza górska wyprawa (pierwszą zaliczyłem latem, wchodząc na Rysy. Moja górska kariera zaczęła się tak: Szczeliniec Wielki < Rysy < Mont Blanc)). Skończyło to się tym, że musiałem spędzić noc z Piotrkiem w jednym śpiworze, w mało komfortowych warunkach. A propos śpiworów:

Gdy w górach wieje, to człek się nie śmieje

W trakcie spędzania swojej pierwszej zimy w Tatrach coś mnie podkusiło, aby wyjść na Zawrat podczas halnego. A mówiąc precyzyjnie, z samego ranka dzień po maksymalnym jego natężeniu. Wicher niby już osłabł, wciąż był silny. Sprawił że ślady poprzedników były zatarte, a teren cechował się zwiększoną lawiniastością – z racji pokładów świeżego śniegu, które nie zdążyły skrystalizować się ze sobą.

Z tamtej wycieczki pewne wspomnienie utkwiło mi w pamięci i dzięki niemu wiem, jak się uspokoić. Gdzieś po środku żlebu, zatrzymałem się. Białego puchu było po pas, jakoś się z niego wykaraskałem, wskoczyłem na sąsiadującą skałkę i otworzyłem termos herbaty. Kiedy piłem tę herbatę, jakoś poczułem spokój.

A musicie wiedzieć, że nie korzystałem wówczas z aplikacji dostarczającej na bieżąco informacji o stanie pogody; nie byłem też za pan brat z analizowaniem przebiegu szlaku. Miałem wyłącznie mapę i to z nią chodziłem od jednego schroniska do drugiego. I na ogół miałem fart, bo zazwyczaj wolne miejsca w nich były.

Na co Ci była człowieku – tamta szarża na Kazbeku??

Oto wyczerpująco opisujący tamtą przygodę materiał, którego lekturę polecam:

Aż za bardzo nie chce mi się wracać myślami do tamtych wydarzeń, bo trochę mi wstyd. Tamta błędna decyzja sprowadzała się do faktu, że za wszelką cenę zapragnąłem ten wierzchołek zdobyć, mimo że przesłanki do porzucenia tego zamysłu były poważne. Nastąpiło bowiem załamanie pogody – ryzyko wzrosło tak bardzo, że wszyscy przewodnicy z klientami zawrócili. A my byliśmy bardzo blisko szczytu, na samej kopule szczytowej i zdecydowaliśmy się na ten top wdrapać, co było nierozsądne.

Mogło się to źle skończyć, a to nasze zdjęcie (biała ściana na drugim planie) zdaje się mówić wszystko: „Jak górale mówią na mgłę? – Gównowidać 🙂

Co mnie łączy z kapitanem Wroną?

Paręnaście lat temu na czołówki (zarówno krajowych, jak i zagranicznych) mediów trafił kapitan Tadeusz Wrona, któremu zawdzięczamy fakt, że nie ucierpiała żadna z 231 osób lecących wówczas Boeingiem 767 z Newark do Warszawy. A wiele z nich mogło ucierpieć, bo to było lądowanie bez wysuniętego podwozia.

W „pilotowanie” jednoosobowych statków latających od jakiegoś czasu bawię się również i ja. Jeśli spojrzeć na to od innej strony – w moim „lotniczym backgroundzie” udało mi się znaleźć pewien punkt styczny – i to nawet z samym kapitanem Wroną. 😉

Leciałem sobie z wiatrem pewnego dnia nad Jaworowym Wierchem i zagapiłem się na ten piękny krajobraz rozciągający się pode mną. Nie spostrzegłem w porę wytracania pułapu, a gdy się zorientowałem, to już nie mogłem wrócić nad grzbiet góry.

Musiałem kontynuować lot do miejsca położonego daleko od prawilnego lądowiska. Frunąłem nad doliną porośniętą drzewami, a te – jak wiadomo – nie zapewniają miękkiego lądowania. Innego niż własne, złożonego z bardzo cennych dla mnie kończyn „podwozia” – również nie byłem w stanie wysunąć, hehe.

A gdy w zasięgu wzroku pojawiło się ogródki oraz domki jednorodzinne, to sytuacja zrobiła się niewesoła. Do wyboru miałem: przywalić w czyjeś domostwo lub nadziać się na jabłoń. Na szczęście nie centralnie, gdyż, ostatkiem zdolności kontrolnych udało się zmodyfikować nieznacznie położenie i awaryjnie wylądować bez poważnej kontuzji.

Zamiast eleganckiego telemarka, przymusowo wykonałem całkiem efektowny fikołek i w taki sposób moje stopy dotknęły solidnego gruntu. Jeszcze tylko ściągnąłem skrzydło z drzewa, zjadłem jabłko (taka malutka nagroda pocieszenia – bo i tak je strąciłem niechcący przecież) i ruszyłem do obozowiska. Jednakże nie miałem tamtego dnia w planach ponadgodzinnego marszu z plecakiem i świadomością, że być może jaka siła wyższa gdzieś tam czuwa nade mną, a mnie właśnie dane było się o tym przekonać:

Kompan bez doświadczenia – a potem ja z wyrzutami sumienia!

Na Kieżmarski Szczyt drogą wspinaczkową III zabrałem Łukasza, który praktycznie nie miał żadnego doświadczenia wspinaczkowego. Nie dość tego, to jeszcze sama droga nie była oczywista. W pewnej chwili „zapchałem się” i musiałem zjechać, aby wdrapywać się obok od nowa. Straciliśmy kolejne cenne kwadranse, aż zaczęło się ściemniać. Znajdowaliśmy się wówczas na szerokiej polce i musieliśmy podjąć męską decyzję. Rozważaliśmy biwakowanie, mimo że nie mieliśmy ze sobą odpowiedniego sprzętu (karmiaty, śpiworów). Taką sytuację nazywamy kiblem. Za dnia wprawdzie było dość ciepło, ale to są góry u licha – tamtej nocy miał spaść pierwszy śnieg.

Kiblowanie mi się nie uśmiechało – na całe szczęście Łukasz ma twardą psyche i zdecydował się jej użyć. Uznaliśmy wspólnie, że łatwiej nam będzie zejść z wierzchołka Kieżmarskiego po ciemku niż zjeżdżać z miejsca, w którym się nieopatrznie znaleźliśmy. Z perspektywą o nieplanowanym noclegu rozstaliśmy się bardzo szybko. Okazało się, że Łukasz trzymał fason i nie musiałem się tak martwic o niego. Ale i tak przyspieszyłem ruchy – rzadziej zakładałem asekuracje, dzięki czemu w mig znaleźliśmy się na szczycie.

Plecak? Mam! Głowa? Jest! A gdzie latarka czołowa?”

Teraz (w kalendarzu mamy maj 2022 roku, kiedy piszę te słowa), to się uśmiecham pod nosem i nie odczuwam już w myślach ciężaru gatunkowego przytaczanych historii. Przeżyłem kilka zdarzeń, w których fart mi sprzyjał, choć brakowało umiejętności. Mógłbym to porównać do sytuacji, w której ktoś poleciłby żółtodziobowi: „zrób to!” – a ten wykonałby zadanie, nie wiedząc, że jest ono prawie niemożliwe. Gdzie była wówczas instynktowna przezorność?

Obecnie jestem po wielu kursach; czasem z nudów ćwiczę wiązanie różnych węzłów oraz inne operacje linowe takie jak np. wyciąganie poszkodowanego ze szczeliny. W ścianie poruszam się pewnie idąc „na własnej”, ale i tak od czasu do czasu przydarzy mi się coś, z czego nie mogę być dumny.

Ot choćby zdarzyło mi się zapomnieć zabrać ze sobą niewielki, acz istotny gadżet. Dysponując już bogatym, zimowym doświadczeniem wspinaczkowym, razem z Łukaszem w słabych warunkach łoiliśmy potem na drodze o nazwie Rysa Strzelskiego M5+. Naszym zamiarem było ukończenie jej za dnia, aczkolwiek okazało się to niemożliwe. Głupotą byłoby zwalać winę na pogodę (choć ta ewidentnie nie sprzyjała) czy też na konieczność oczyszczania chwytów ze śniegu. Tak czy owak, zeszło się nam o wiele dłużej niż zakładaliśmy.

Zapadł zmrok, więc w poszukiwaniu czołówki zajrzałem do plecaka, a tam gdzie być powinna, to jej nie znajdowałem. Nagle moja własna pamięć robi za suflera i podrzuca mi taki tekst: „zostawiłeś ją, Pawle przy łóżku w schronisku!” A przecież jest radykalna różnica pomiędzy brakiem latarki w trakcie schodzenia z Kościelca, a niemożnością skorzystania z niej w sytuacji, gdy się wisi po ciemku na pionowej skale, a od wierzchołka dzielą Cię jeszcze 3 wyciągi.

Zresztą, jak pokazała inna z „przygód po ciemku”, nocne wspinanie się nie musi być (jeśli człek nie zapomni oświetlenia) aż takim hardkorem:

Ponadto uświadomiłem sobie również, że przekroczyliśmy czas powrotu zapisany w księdze wyjść a na domiar złego, ze względu na brak zasięgu nie byłem w stanie odhaczyć powrotu zdalnie. A bez sensu byłoby uruchamiać akcję ratowniczą z braku kontaktu, gdyż obiektywnie mieliśmy się dobrze.

Na szczęście TOPR-owcy „mieli nas na oku”, obserwując rozwój wydarzeń ze schroniska nad Morskim Okiem.

Przygotuj się na „szóstkę z plusem”:

Post factum prawie każdy jest mądrzejszy, bo trzeba nie tylko chcieć, ale i umieć wyciągnąć odpowiednie wnioski z lekcji, jakie dał nam los. Oto garść moich konkluzji:

Przed każdym wyjściem w nieznane (mam tu na myśli: trasy wspinaczkowe lub skiturowe), robię dokładne rozeznanie. O ile projektowanie wyprawy nie spoczywa na barkach przyjaciela, to własnoręcznie planuję eskapadę planuję i uwzględniam warianty awaryjne.

Na wspinaczkowe drogi wybieram się jedynie z doświadczonymi osobami, po kursach Taternickich

Dokładnie sprawdzam pogodę, Sprawdzam ją również na 3 dni wstecz – żeby oszacować grubość pokrywy lodowej. Czytam komunikaty lawinowe i biorę je pod uwagę. Weryfikuję bieżącą sytuację (m.in. podglądając widoki z kamerek umieszczonych w kluczowych punktach gór i rozpytując znajomych, którzy są akurat na miejscu).

Zabieram ze sobą kilka warstw odzieży – ubieranie się „na cebulkę” to stary i sprawdzony sposób. Zazwyczaj mam ich więcej niż trzeba, ale zabieram również dodatkowe rękawice i czapkę dla osób potrzebujących. Wyziębienie w górach to zbyt poważna sprawa, żeby do niego dopuszczać.

Wychodzę z bazy – najwcześniej jak się da. Kalkuluję tak, aby koniec włóczęgi nastąpił najpóźniej o zmierzchu. A jeśli miałbym znaczne opóźnienia, to wolę, by zapadająca noc w najgorszym wypadku zastała mnie już i kompanów idących już z powrotem szlakiem w kierunku schroniska.

Doposażam się „na wypadek kłopotów” – standardowo noszę ze sobą apteczkę i koc termiczny. Na grubsze akcje również BiviBag i drugą czołówkę – wszystko po to , aby w razie „kiblowania” poradzić sobie lepiej, a nie tylko „byłe jak”. Wychodzę z założenia, że lepszy nieco cięższy plecak niż nawet lekkie kontuzje i ryzyko zbędnej paniki, gdybym bez takiego ekwipunku wpadł w poważniejsze tarapaty.

Świadomość celu i obranie właściwego nastawienia. Last but not least: “The journey, not the destination, matters” (rzekł T.S. Eliot – znany amerykański poeta). Wybaczcie angielszczyznę, ale to droga się liczy, a nie to, czy moje stopy staną na szczycie. Dawniej miałem większe ciśnienie na to, by sięgnąć topu – obecnie nie czuję już takiego parcia.

– Oceniam szanse powodzenia jak i ewentualnej porażki; uwzględniam ryzyko i kwestie bezpieczeństwa w odniesieniu do wszystkich członków wyprawy. Solidarnie podejmujemy decyzje o wycofaniu się, a ja sam „obarczam się” coraz mniejszym żalem z tego powodu. Ostatnio taką mieliśmy w Alpach – zrezygnowaliśmy z przejścia grani Jubileuszowej, o czym możecie sobie poczytać tutaj:

A ów „plus” o którym mowa w śródtytule? To zwyczajny uśmiech 🙂 Zabierz go ze sobą i ciesz się każdą chwilą. Póki Ziemia nasze ślady nosi, i póki Ty, podróżniku/podróżniczko zdolny/zdolna jesteś, stawiać wciąż to nowe.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 29 Średnia ocena: 5]