Byłem w okolicach Olsztyna, kiedy zostałem w trybie pilnym ściągnięty do domu przez mego kumpla Sylwiusza. Akurat dostał nieco wolnego z roboty, więc chwycił za słuchawkę i zakomunikował mi, że chciałby zaznać przyjemności polatania na paralotni nad Tatrami i ma nawet upatrzone miejsce startu. Rzucił świetnie mi znaną nazwę: Małołączniak, a ja uznałem, że latanie z nim może wygenerować więcej frajdy niż kolejna wspinaczkowa niedziela spędzona w rejonie Jury Północnej.

Sylwiusza już Wam nie raz przedstawiałem (np. jest bohaterem tego materiału*), ale tak dla jasności przypomnę raz jeszcze: to jest przesympatyczny chłop, który świetnie włada paralotnią. Wykorzystując termikę, potrafi godzinami utrzymywać się w powietrzu, dzięki czemu śmiało można go nazwać władcą przestworzy 🙂

Gdyby za pomocą wehikułu czasu przenieść go do czasów świetności starożytnego Rzymu, to znano by go tam pod jakże eleganckim nazwiskiem: Sylwiusz Aeolus. Ten drugi człon to łacińska wersja Eola, greckiego boga wiatrów zamieszkujące Wyspy Eolskie.

Dość popisów erudycyjnych, zejdźmy chwilowo na ziemię, która mimo wczesnej pobudki całkiem miło się nam pod nogami układała, gdybyśmy po niej z mozołem stąpali.

Dwóch dobrych kumpli relacja „od kuchni”

Byłem już w piżamie (na zegarze jakaś 23.30), gdy nagle znów dzwoni Sylwiusz i oznajmia tonem pewnego siebie panicza, któremu opłacono apartament w hotelu: „będę u Ciebie za 30 minut”. Zanim kliknąłem przycisk „rozłącz” – awizujący się w ten sposób gość usłyszał ode mnie pełne szczerości słowa: „Wiesz co Sylwiusz? Nienawidzę Cię!”, choć stwierdzenie to – jak się możecie domyślić – padło w afekcie.

Przez niego zaznałem snu tyle, co kot napłakał, ale ostrze tzw. sprawiedliwości dziejowej jednakowo dosięgnęło nas obu. On też nie był wyspany, gdyśmy razem człapali nocną porą na szczyt, który nie ma nawet okrągłych 2100 metrów.

Po drodze mój kompan co i rusz zapewniał mnie, że w kwestii nienawidzenia go za takie pomysły to jeszcze zmienię zdanie…i suma sumarum – w dużej mierze miał rację.

Ta wczesno-poranna kawusia i majestatyczny wschód słońca wynagrodziły mi przeciążenie organizmu.

Nasza najbliższa gwiazda dostarczyła koniecznej jasności, abyśmy mogli podziwiać niesamowite widoki. W oddali naszym oczom ukazały się m.in. Kasprowy Wierch, Świnice, Granaty i dalsze rejony Tatr Wysokich. A bliżej nas górował Giewont oraz roztaczała się pierwszorzędna panorama Zakopanego.

Pofrunąłem i polatałem, a Wam pewną dygresję – zaprezentowałem

A potem było równie pięknie i przyjemnie: mieszkańcy Zakopanego jeszcze spali, kiedy my przygotowywaliśmy paralotnie do startu. Bardzo wczesna pora dnia, zamrożona trawa i te minimalne podmuchy wiatru, które pomagały postawić skrzydło.

Takie okoliczności towarzyszyły rozbiegowi, po którym nastąpiło fruuuunięcie i trudny do opisania dopływ zadowolenia z życia. Przypomniały mi się wtedy słowa refrenu piosenki „Lecę, bo chcę… Lecę, bo wolność to zew…Lecę, bo wciąż kocham ciebie”, a ja leciałem i gęba mi się cieszyła, że hej!

Pod stopami rozpościerała się Wielką Polanę Małołącką (nie ukrywam, że to również moje upatrzone miejsce do awaryjnego lądowania), na wschodzie obecność swą zaznaczył oświetlony promieniami słońca Giewont (tego widoku nigdy nie zapomne, żadna kamerka nie jest w stanie oddać jego blasku), przed sobą zaś miałem Hruby Regiel.

Ten mierzący zaledwie 1339 m n.p.m. stanowi jeden z najniższych (choć zarazem bardzo wybitnych) szczytów zaliczanych w poczet Korony Tatr. Często przezeń przechodzę, idąc od Nędzówki na Przysłop Miętusi. A tego ranka przyszło mi nad nim przelecieć i z tego względu zaznałem dodatkowej radochy. Takie momenty mógłbym celebrować bez końca, ale wiadomo przecież, że nic nie trwa wiecznie.

Zwiastunem zakończenia tego lotu było dostrzeżenie pewnej zielono-białej stacji paliw należącej do pewnej globalnej korporacji (to mój punkt orientacyjny). Koncern ten otrzymał rekordową karę (i słusznie) za skażenie środowiska wiosną i latem 2010 roku w wyniku eksplozji platformy wiertniczej Deepwater Horizon.

a tak wygląda suszenie skrzydła. Dalej pole na którym lądowaliśmy (obok stacji)

Pragnąc świadomie czerpać radość ze styczności z przyrodą, musimy o nią dbać, nie ograniczając się tylko do segregowania śmieci. O odpowiedzialności ludzi owładniętych żądzą zysku trzeba pamiętać, bowiem zarabianie hajsu nie może odbywać się kosztem naszej planety.

Porównuję i testuję. Wiem, co lepsze – nie zgaduję

Mimo że istnieją wersje paralotni wyposażone w silnik spalinowy (motoparalotnie montuje się poprzez dostawienie tzw. wózka z napędem), to ja nie jestem ich zwolennikiem. Choć pozwalają na dłuższy przelot i ponoć łatwiej zyskiwać pułap dzięki takiemu wspomaganiu, to raczej nie zdobędą mego serca.

Owszem nie wykluczam, że któregoś dnia zechcę taką nowinkę wypróbować, ale uczynię to jedynie w celu dokonania testu porównawczego.

Tymczasem mogę Wam zaprezentować rezultaty porównania dwóch miejscówek startowych. Pierwszą z nich przedstawiłem tutaj:

W niniejszym wpisie macie drugą z nich, czyli Małołączniak. Tutaj start jest łatwiejszy, ponieważ zbocze powoli (ale stanowczo) opada w dół – a na Ciemniaku trzeba skoczyć w przepaść (na Słowacką stronę).

Ponadto opisywany tu teren jest rozleglejszy i pokryty trawą. To ewidentne zalety tego punktu startowego. Z kolei przewaga Ciemniaka polega na jego mniej żmudnym i krótszympodejściu.

Widoki zdają się być porównywalne – chociaż to akurat kwestia subiektywna. Oceńcie sami 🙂

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 10 Średnia ocena: 5]