Tradycją jest, że w początkach listopada gros naszych rodaków (niektórzy mówią, że niemal połowa Polski) szwenda się po grobach i cmentarzach. Nie inaczej w tym roku ze mną i Łukaszem zwanym “Luksonem”, choćby nawet strasznie wiało:

Bezpośrednie wejście na Kieżmarski zaczyna się na Cmentarzysku, a kończy 500 m wyżej na samym szczycie…ależ to było męczące przeżycie 🙂

Co Kieżmarskiego łączy z kanapką?

Górka, na którą się wspiąłem, należy do grona najwyższych tatrzańskich lokacji (2558 m n.p.m.), a jednocześnie do tych „mniej znanych”. Najciekawsza z dykteryjek o niej, na jakie natrafiłem przy okazji pisania tego posta, dotyczy samej nazwy. Kieżmarski to przymiotnik odrzeczownikowy, a pod stanowiącym fundament tego słowa rzeczownikiem „Kieżmark” kryje się słowackie miasto powiatowe, znajdujące się w historycznym regionie Spisz.

Z kolei nazwa tej miejscowości wywodzi się od niemieckiego złożenia Käsemarkt, które znaczy tyle, co „targ serowy”. Gdybym to wiedział przed wyprawą, to spałaszowałbym przed obiektywem jakąś serową przekąskę 😀

Miejscem startu był parking w miasteczku o nazwie Tatrzańska Łomnica. Znajduje się tam stacja kolejki, która wiedzie na sam szczyt Łomnicy. My wybraliśmy znacznie bardziej żmudny wariant – pieszym szlakiem do Skalnego Plesa, dokąd to również dojeżdża kolejka. Już po wszystkim stwierdziłem, że postąpiliśmy nieco bezmyślnie, bo zupełnie bez potrzeby straciliśmy wiele sił i nawet przerwa na chmielowy trunek, nie była w stanie zregenerować nas w dostatecznym stopniu

Jakiś smutny ten filmik mi się nagrał

Kieżmarski szczyt – opis drogi

Od Skalnego Stawu szliśmy ku lejkowi Kotła Kieżmarskiego, skąd początek biorą wszystkie główne ścieżki. Nasza tak na dobre zaczynała się na Cmentarzysku. A skoro „pobyt na grobach” mieliśmy odfajkowany, to mogliśmy iść z poczuciem spełnionego obowiązku. 😉

Samo dotarcie tam było znacznie trudniejsze niż w przypadku dojścia do Grani Żabiego Konia (od szlaku na Rysy no słowackiej stronie).

Moim zdaniem ów teren zasługuje na II lub nawet II+ stopnia trudności. W szczególności w czasie deszczu trzeba tam bardzo uważać, bo w wersji zalanej wodą rejon ten może zmienić się w śmiertelną pułapkę. Po drodze znajdziemy ze trzy spity, z których ewentualnie można się ewakuować, ale takich przygód lepiej unikać.

Kieżmarski należy do Korony Tatr i nic nie daje większej satysfakcji niż wejście na szczyt od podstawy góry na wierzchołek właśnie drogą wspinaczkową, a nie turystycznie. Mimo, że oznakowanych szlaków brak, to tymi “nieoficjalnymi” ścieżkami turyści podchodzą i ryzyko jakoś ich nie odstrasza.

Filar Mogilnickiego

Kieżmarski szczyt na wprost. Z lewej strony, mniej więcej na połowie wysokości góry (tam gdzie więcej bieli) znajduje się Cmenatrzysko, skąd rozpoczyna się nasza wspinaczkowa droga

Podczas wchodzenia nie zauważyliśmy żadnych sztucznych ułatwień (np. ringów) służących do przygotowania stanowiska. Owszem w nasze pole widzenia dostała się jakaś plastikowa butelka, a potem nawet stara taśma, ale jak się później zorientowałem owa taśma przydać się mogła co najwyżej do wycofu. Mam tu na myśli zjazd w dół, gdyż z tamtego miejsca niemożliwe było poruszanie się w kierunku horyzontalnym. Dostępna jedynie była opcja wertykalna czyli w górę lub w dół.

Oceniając to wejście całościowo, muszę przyznać, że orientacja na filarze Mogilnickiego nie była łatwa, co skutkowało licznym gubieniem się i konieczności korygowania naszego położenia. Przez niemal cały czas napieraliśmy solidnie w górę, ale zazwyczaj lewą stroną filara. Trochę tak jak piłkarze, gdy atakują lewą częścią boiska, nie mogąc przenieść ciężaru gry na prawe skrzydło. Przy czym wiedzieliśmy, że powinniśmy odbić na jego prawą stronę – tam gdzie teren jest łatwiejszy (wycena: III), ale co i rusz nie znajdowaliśmy takiej możliwości.

Powinniśmy iść tym wgłębieniem, ale od początku sunęliśmy z lewej strony aż do momentu kiedy natrafiliśmy na rzeczoną taśmę do WYCOFU. Ona bowiem umożliwiała nam zjazd oraz niemal jednoczesne odbicie w prawo. To był dobry patent, aby znów wspinać się właściwym torem prowadzącym do wierzchołka.

Jednakże było już bardzo późno i zaczynało się ściemniać. Znaleźliśmy się w nieciekawym położeniu, które wymagało od nas (ode mnie oraz od Łukasza) podjęcia szybkiej decyzji. Albo wspinać się dalej tym lewym skrzydłem albo ewakuować się na dół. Uznaliśmy, że będziemy cisnąć do przodu, gdyż ze szczytu czeka nas w miarę normalne (bez zjazdów, ale po ciemku) schodzenie na nogach ową nieoficjalną drogą turystyczną.

Jak zdobyliśmy Kieżmarski szczyt i kogo spotkaliśmy w trakcie zejścia?

Kieżmarski szczyt. Widok na dolinę. Do wierzchołka jeszcze 200m w pionie

Parliśmy mocno, ale na ok. 50 m przed szczytem zgasło światło. Mam tu myśli, że niemal momentalnie zrobiła się noc. Było zupełnie ciemno. Zacząłem rozważać sens ewentualnego “kiblowania”, ponieważ były ku temu dobre warunki. W pobliżu mieliśmy dogodną półkę skalną i bylibyśmy zasłonięci od wiatru, ale pogoda – mówiąc łagodnie – nie była naszym sprzymierzeńcem. Ileś godzin przed wyprawą sprawdzaliśmy prognozę, ale nie wiedzieliśmy, że późnym wieczorem mają nadejść przymrozki, a miejscami również opady śniegu.

Dlaczego zaskoczyła ciemność? Normalnie to byłby pewien wstyd przyznać się, iż zapomnieliśmy o sobotniej (a w zasadzie niedzielnej) zmianie czasu z letni na zimowy. Podchodząc pod górę w niedzielę czuliśmy się wyspani mimo, że wstaliśmy zgodnie z budzikami nastawionymi na 5.30. Okazało się potem, że spaliśmy godzinę dłużej, gdyż budziki nastawiły się automatycznie. Konsekwencją tego było nastanie nocy już o 16.10, a jeszcze dzień wcześniej zmrok zapadał dopiero ok. 17.15. Taki fun fact, jak mawiają Anglosasi.

Zmrok i upływający czas (mieliśmy nieodparte wrażenie, że bardzo nam go brakuje) sprawiły, że wspinając się, używałem coraz mniej przelotów, a znacznie częściej wchodziłem na tzw. żywca, czyli bez asekuracji. Dotarłszy do bezpiecznego miejsca, montowałem tam stan i od góry służyłem Łukaszowi asekuracją. Z nas dwóch, wypadło na mnie, jako że chłopak dopiero co rozpoczynał przygodę ze wspinaczką. Musiał zatem cały czas wędrować “po kablu”. Dodatkowo, już po zmroku, starałem się zmniejszać odcinki między stanami, abyśmy obaj byli “w zasięgu krzyku”. Szczęśliwie żaden z nas nie musiał drzeć gęby, wołając o pomoc. 😉 Posiłkując się terminologią piłkarską, obaj byliśmy lewoskrzydłowymi: Łukasz – pomocnikiem, a ja obrońcą, zabezpieczającym tyły. 🙂

Musicie mi uwierzyć. Tak wygląda Kieżmarski szczyt w nocy 🙂

Zejście z Kieżmarskeigo szczytu

Schodziliśmy granią Kieżmarskiego Szczytu do przełęczy. Tu za pamięci wskazówka: lepiej nie trawersować w łatwym terenie od razu po ukończeniu drogi na prawo, tylko odbić granią w prawo w kierunku Huncowskiej Przełęczy i non-stop granią podążać. W ten sposób dojdziemy do szerokiego żlebu (uwaga, bo tam miejscami bardzo krucho), który wyprowadzi nas wprost do Doliny Kieżmarskiej. Szukajcie kopczyków na drodze – one wskażą Wam drogę. Zejście oceniam jako łatwe, tylko momentami pojawiały się niezbyt okazałe trudności. Warto dodać, że drogą powrotną oświetlał nam księżyc, a gdy znaleźliśmy się na Huncowskiej przełęczy to na szczycie zauważyliśmy…światła. Nie były to duchy, ani inne straszne stworzenia.

Huncowska Pzełęcz i widok na Poprad. Tutaj czekaliśmy na Słowaków, zjedliśmy po batonie i podziwialiśmy widoki. Odczuwałem spokój, choć wiedziałem, że do Camp-vana jeszcze kawał drogi

Okazało się, że tego dnia nie tylko my mieliśmy problemy z dokładną orientacją w czasie i przestrzeni. W obliczeniu właściwych ko-ordynatów pogubiło się również dwóch Słowaków, którzy szli na szczyt od Grani Wideł. Zaczekaliśmy na nich i po takiej “przerwie w meczu, pełny skład znów wybiegł na murawę” :-D. Mam tu na myśli, że zaczęliśmy schodzić razem. Wszystkim było raźniej, choć nocny trekking sprawia, że nawet dość łatwa droga nie przypomina spacerku po miejskim parku. Zwłaszcza momentami gdy robiło się nader stromo, a grunt rozpadał się pod naciskiem butów. Oto nasza wspólna fotka już po zejściu do Doliny Kieżmarskiej. Stamtąd mieliśmy już prostą trasę do zaparkowanego vana.

Kieżmarski szczyt w nocy
Od lewej: ja, dwóch Słowakó i Lukson. W kupie raźniej i bezpieczniej. Wszyscy się cieszymy po mozolnym zejściu

V jak van i W jak wygodny, czyli nieco więcej o nas i naszym wehikule

Łukasz – dotąd chodził po górach tylko trekkingowo; należy do tych, którzy je kochają, ale liny nie używał. Idąc ze mną na Kieżmarskiego nie wiedział, na co się pisze, więc można powiedzieć, że został jakby “przez trenera wystawiony do gry na innej pozycji, znacznie wyżej niż grał do tej pory”. No i nikt go nie uprzedził (nawet “grający trener”, czyli ja), że “po 16.10 nad stadionem zgaśnie światło”, a potem, że “płyta boiska będzie dziwnie krucha” 😀 Ale tak bardziej serio, to i tak należą mu się słowa pochwały za ten występ.

Chłopak ma mocną głowę lub – jak powiedziałby jeden z czołowych polskich mejwenów – silny mental. Przede wszystkim nie panikował i nawet po ciemku dawał radę. Zresztą uwieszony liny podczas wspinaczki również spisywał się niczym zuch. Abstrahując od gór, trzeba powiedzieć, że Lukson jest samodzielną i pełni zaradną jednostką o technicznych zainteresowaniach. Potrafi naprawić silnik: tj. rozłożyć, wyremontować i nawet go złożyć. 🙂

Zresztą podróżowaliśmy jego vanem (specjalnie przerobionym), w którym znajdował się nawet duży palnik, miejscówki do spania, a do pełni szczęścia brakowało tylko prysznica. Wóz pomieściłby z 8-9 osób, a nas było ledwie dwóch, więc gdyby ktoś chciał przeżyć tego typu przygodę górską, to zapraszam do kontaktu ze mną.

Mój nizinny przyjaciel trafnie podsumował moje zachwyty, że “takiego vana to nie powstydziłby się nawet Van Helsing”. 😀 Wprawdzie nasza wyprawa odbyła się na kilka dni przed Halloween, i nie natrafiliśmy na żadnego wampira (o ile ufać ekspertom, to w Europie – no może poza Transylwanią – niemożliwością jest natknąć się na latających krwiopijców), ale ja tak mam, że w będąc w górach zawsze czuję wielką moc.

Z uwagi na zmęczenie i konieczność wymienienia czegoś więcej niż krótkich uprzejmości, cały powrót strasznie się wydłużał. Na parking, czyli metę dotarliśmy troszkę przed północą. Zatem cała wycieczka zajęła nam łącznie prawie 18 godzin. Polecam wyciągnięcie nauczek na podstawie naszych błędów, które skończyły się w moim przypadku potulnym snem (niczym baranek). Oraz grupowym złożeniem wniosków o L4 następnego dnia, który – a to niespodzianka, hehe! – okazał się typowym, wzywającym do pracy poniedziałkiem! 😀

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 14 Średnia ocena: 5]