paralityk -> paraskoczek -> para-adept -> paralotnik -> paralotniarz

Wielce upraszczając, tak w pięknej polskiej mowie, wyglądać mógłby ciąg słów opisujących kolejne etapy opanowywania nowej i nienaturalnej umiejętności, jaką jest paralotniarstwo. Od kanapy, na której zwykli przesiadywać lenie o cechach paralityka po trawę, na której ląduje się na takim sprzęcie:

Na wielu innych stronach możecie sobie poczytać o różnych aspektach dotyczących paralotniarstwa; o jego idei, historii rozwoju, wszystkich tych teoretycznych i okołotematycznych zagadnieniach z ciekawostkami włącznie. Na łamach mojego bloga paralotniarska materia ujęta będzie mocno subiektywnie i – mam nadzieję, że w Waszych oczach – nader atrakcyjnie.

Samo wspinanie się (w szczególności momenty w przewieszeniu, gdy przez krótką chwilę człek dzięki sile ramion wisi wysoko nad ziemią) jest dostatecznie niezwykłe dla przeciętnego Kowalskiego, a cóż dopiero latanie!

Przy czym, mówiąc to, nie mam na myśli siedzenia w fotelu pasażerskiego statku powietrznego, zwłaszcza należącego do tzw. tanich linii lotnicznych. Samoloty pasażerskie owszem pozwalają tanio, szybko i w miarę wygodnie kursować między lotniskami (a propos tych ostatnich: czy widzieliście to w Lukli?

Ale poprzez okienko aluminiowej puszki (w niektórych statkach zwie się ono iluminatorem) trudno się na dobre zachwycić pięknem Ziemi lub poczuć swobodnie jak ptak. W końcu trasa jest z góry ustalona, to nie my siedzimy za sterami, a zakres naszej wolności na pokładzie rejsowego giganta jest ściśle reglamentowany i nie pozwala nam zabrać niektórych dość zwyczajnych substancji, a co dopiero decydować o sobie niczym mitologiczny Ikar.

Długo zastanawiałem się, czy pójść w ślady Dedala (bo wiecie ten lepiej skończył, dzięki większej roztropności), a odpowiedni ćwiek wbił mi do głowy Piotrek, z którym zwiedzałem Himalaje: https://najednejlinie.pl/himalaje

Nawiasem mówiąc, Piotrek przedłużył o jakiś tydzień swój pobyt w Nepalu właśnie po to, żeby móc sobie polatać w Pokharze i. W końcu odważyłem się i zapisałem się na rekomendowany przez niego kurs paralotniarski w El Speedo.

Niby to PARAlotnia, a jednak w pojedynkę się leci

Przyznam się bez bicia, że nie sprawdzałem konkurencji, tym razem w 100% zaufałem rekomendacji Piotrka.

Wykoncypowałem sobie, że przecież z górskich szczytów można przecież zlatywać, a nie tylko zjeżdzać NA JEDNEJ LINIE. Marzy mi się połączenie dalekich trekkingów oraz paralotni, a jeśli okoliczności na to pozwolą, to pragnąłbym wyspecjalizować się w cross country. Tym samym sporo z moich przyszłych wypraw odbywałoby się z samą paralotnią i coraz to dłuższe dystanse pokonywałbym ponad górami.

Skracałbym sobie tym samym czas potrzebny na przejście z punktu A do punktu C (w międzyczasie osiągając punkt B, czyli dany szczyt), w czym widzę duży sens.

Nie schodzić, a zlecieć ze szczytu: +10 pkt do frajdy, +7 dni do pobytu 😉

Zapewne mały namiot zmieściłby się do bagażnika uprzęży, jako że cała konstrukcja waży niespełna 10 kg. Sprzętu zabierałbym znacznie mniej niż obecnie (wiadomo że nie jestem w stanie dźwigać radykalnie większych ciężarów), ale za to jaki byłby efekt…;-) W targaniu ciężkich przedmiotów na górskie szczyty mam już niemałe doświadczenie:

O szkole latania El Speedo – kurs paralotniarski

Po lewej stronie Dominik – świetny materiał na pilota, a w środku Dolibor – właściciel szkoły i uczestnik wyprawy paralotnią na K2 (coś niesamowitego). A za nami widać szkółkę

Ich główna baza znajduje się przy Javorowym Wierchu, w pobliżu którego jest lądowisko. Czy można sobie wymarzyć lepszą lokalizację dla takiej szkoły ?

Od razu dwa słowa tytułem wyjaśnienia: Javorowy Wierch znajduje się po czeskiej stronie Tatr i chociaż jest to zagraniczna firma, to jest bardzo otwarta na Polaków. Dzięki m.in. swej witrynie dość skutecznie “łowi” naszych rodaków. Szkoda, że nie oferuje zniżek za polecenie kolejnego klienta – a byłby to dodatkowy sposób zmniejszania kosztów podróżowania po świecie, o czym pisałem w tym materiale:

Na takie “smaczki” mam spory apetyt, lecz zanim rzeczonych delicji dostąpię, to trzeba opanować podstawy: przeistoczyć się z paraskoczka w para-adepta (z kanapy już dawno temu wstałem ;-)). Temu służy kosztujący niemal 10 tys. koron czeskich (około 1700 zł) kurs podstawowy w “Beskidzkiej szkole latania”.

Odbyłem go w dniach 1-7 sierpnia 2020 roku, przy czym oferta jest tak zmyślnie skonstruowana, że płaci się za 7 pełnych dni kursu, który składa się z teorii i praktyki. Nauczeni ponad 10-letnim doświadczeniem czescy organizatorzy ustalili, że w razie złej pogody lub konieczności doszkolenia się, zapewnią 2 dodatkowe dni wszystkim chętnym.

A skoro już mowa o takich szczegółach, to w ich ofercie przewidziano specjalny rabat dla dwóch pań. Żeński duet ma o połowę taniej: owe niemal 10 tys. Koron starczy na pokrycie ceny kursu dwójce kobiet. Trochę to pachnie ekonomiczną dyskryminacją panów, ale nie od dziś wiadomo, że “chłopaki nie płaczą”. Za to płacą – jedna literka mniej w samym wyrazie, a jaka różnica! 😀

Źrebaki z żółtymi dziobami na oślej łączce

Nauka startów

Szmaty rozłożone do startu. Jednakże dosyć długo to trwało, ponieważ na 14 osób przypadało tylko 2 instruktorów. To chyba jedyna wada, jaką zapamiętałem. Najlepiej wpychać się na początek kolejki

Kurs zaczął się w sobotę rano, a zakończył w piątek wieczorem. Pierwsze dwa dni upłynęły na na nauce podstaw, tzn. fazy startu. Bieg, zatrzymanie, szybki checking, bieg, pozycja rąk i take off

Za miejsce ćwiczenia startów posłużyła tzw. ośla łączka. Na takie miano zapracował sobie niewielki pagórek, od którego odrywaliśmy nogi, co trwało przez niemal 2 dni. Parafrazując tytuł pewnej komedii romantycznej (“50 pierwszych randek”), mógłbym rzec, że czynności i procedury startowe złożyły się razam na kilkanaście / (kilkadziesiąt pierwszych razów).

Dość wolne tempo nauki od zera jest w tym sporcie konieczne, a samo latanie w takiej formie to piękne uczucie (przede wszystkim ze względu na nogi tracące styczność z podłożem.

Pierwsze razy w moim wykonaniu nie okazały się łatwe. Co najmniej 3 z nich spaliłem, a gdy przy kolejnym podejściu uderzył we mnie boczny wiatr, to z boku patrząc, wyglądało to, jakbym biegł wprost na drzewo. Finalnie udało mi się skorygować kierunek i oderwać się od Ziemi. Nie tylko wtedy pojawił się we mnie strach. Bałem się stracić kontrolę nad ciałem. Za bardzo je lubię, takie jakim jest.

Paralotnia to nie latawiec

Latanie, bądź co bądź jest czymś nienaturalnym. Przecież nie dostaliśmy skrzydeł od Boga (nie rozwinęły się też one u nas w toku ewolucji) i nawet najdoskonalszym statkom powietrznych zdarzają się niekiedy awarie.

Nawiasem mówiąc, Najwyższy musiał mieć jakiś powód ku temu. Może wiedział, że jesteśmy zbyt nierozważni (albo nawet wręcz zwariowani), co prowadzi wprost do niepotrzebnych wypadków? I choć wygląda dość groźnie, to statystyki dość jasno wskazują, że paralotniarstwo (poparte odpowiednim przygotowaniem i solidnym sprzętem) jest bardzo bezpiecznym sposobem przemieszczania się.

Pomijam należy w tym miejscu fakt, że podczas jednego z lądowań (łącznie zaliczyłem 10) miałem za dużo wysokości i aby ją wytracić, zdecydowałem się na zakręt 360.

W moim wykonaniu był bardzo łagodny (bądź co bądź – jestem żółtodziobem), i musicie wiedzieć, że gdy wieje wiatr, to zamiast zatoczyć pełny okrąg, prawie zawsze obserwuje się elipsę. Mniej lub bardziej równą, a chyba tylko mistrzom w tej dziedzinie udaje się wykręcić idealną.

Ze względu na boczny watr mało brakowało, abym przywalił w drzewo. Jeden z moich instruktorów (ten z większym doświadczeniem) widząc to, prawie dostał zawału. Wyraźnie nie był zadowolony i sumie to mu się nie dziwię.

Lądowisko. Trzeba uważać na kable biegnące wzdłuż szkoły. Używaliśmy ich jako punkt orientacyjny.

A to kable wysokiego napięcia. Oddzielają lądowisko od Jaworowego Wierchu. Trzeba uważać

A to już widok od na pas do lądowania. Za mną stoją kable wysokeigo napięcia, a po prawej znajduje się szkoła El Speedo. Na wprost szpital, nad którym wykonywaliśmy manewry

Paralotnią na K2 nad lodowcem Baltoro

Warci wspomnienia są także Tomek (sympatyczny gość, który nam pomagał ze sprzętem) oraz Dalibor – choć chwilami szalony, to suma sumarum świetny gość o pomysłach rodem z McGyvera. Na swym koncie ma wiele paralotniarskich rekordów – m.in. ten z K2 jako najbardziej znany.

Wraz z partnerem (Juraj Kleja) wybrał się na drugi pod względem wysokości ziemski szczyt, a cała ta śmiała wyprawa jest kanwą filmu “Zabijácka krása” (ang. “Killing beauty”, po polsku “Zabójcze piękno”. Stosowny trailer możecie zobaczyć pod tym linkiem: ElSpeedo 700

Kiedy uziemienie nas dopada

Deszczowe dni – wtorek i środę i pół czwartku – przesiedzieliśmy w bazie, a wznowienie lotów nastąpiło w czwartkowe popołudnie. Od razu udaliśmy się na Javorovy Wierch i przystąpiliśmy do dzieła. Kończąc je, czułem niedosyt, jako że zaledwie 1 (słownie: jeden) lot z góry oraz wykonanie ósemki nad cmentarzem (cmentarz znajduje się blisko lądowiska, więc fajnie nad nim ćwiczyć ewolucje), to dla mnie zdecydowanie za mało.

Notabene to ów wierch jest całkiem spory, a my względnie szybko przeszliśmy od słów do czynów. Zdziwiło mnie to tempo przejścia (momentami czułem się nieco rzucony na głęboką wodę) i oraz brak porządnego treningu przed prawdziwymi, wysokimi lotami. Te dwa dni niepogody na pewno przyczyniły się do pojawienia się “pragnienia podjęcia akcji”.

Media donoszą: Kowalski niczym duch. Latał nad cmentarzem 🙂

Śmichy-chichy oraz kiwanie…nogami 😉

Mieszany (czesko-polski) skład grupy kursantów owocował zabawnymi praktykami. Raz, że podczas wykładów dochodziło do zabawnych momentów powodowanych skojarzeniami językowymi np. “samochód” – jak maszyna może sama jeździć? Początkowo obawiałem się o to, czy zdołam zrozumieć poprawnie wszystkie istotne informacje. Martwiłem się niesłusznie i na zapas, gdyż kadra wykładowców omawiała kluczowe zagadnienia po polsku. Mimo że zasadniczo wykłady odbywały się w ich ojczystym dialekcie, czyli po czesku. M.in. za to chylę czoła przed nimi.

Drugim elementem świadczącym o wielokulturowym charakterze kursu była czynność służąca identyfikacji kursanta w powietrzu. Instruktorzy, chcąc nam przekazać z ziemi wytyczne dotyczące zachowania się w powietrzu, musieli wiedzieć, czy mają akurat do czynienia z Polakiem. W tym celu do naszych uszu dochodziła niezbyt poprawna, ale klarowna fraza: “jeżeli Polak, to pokiwaj nogami”.

Cały użyczony od nich sprzęt (tj. paralotnię oraz uprząż) ochrzciłem mianem “szmaty”. Nawet kask miałem własny, więc oznaczyłem go naklejką ze swym imieniem.

Gotowy do startu z Jaworowego Wierchu

Garść wspomnień, szczypta dygresji i krzta refleksji…

Moje wrażenia z kursu są bardzo dobre, aczkolwiek czuję się, że zdobyłem zdecydowanie za mało praktyki (zwłaszcza w porównaniu do teorii). Prócz tych dodatkowych 2 dni, których poskąpiła nam pogoda, będę musiał wylatać kilka dodatkowych dni pod okiem instruktora. Chociaż od biedy mógłbym samodzielnie, to jednak na razie, jeszcze nie chcę w takim trybie latać.

Jak pewne się domyślacie, ewentualne kłopoty w powietrzu mogą się źle skończyć. A poniekąd to również i dla Was, bo w razie mojej poważnej kontuzji, stracicie szansę na regularne czerpanie treści podróżniczych z tego mojego blogowego źródełka. 😉 Tym bardziej, ze wszelkie ósemki, skręty, ćwiczenia typu B-stall i tzw. “uszy” na Javorowym wierchu odbywają się nad…cmentarzem, więc byłoby całkiem blisko 🙂 😀

Latać wyżej i wyżej

Tutaj próbuję podwinąć prawe skrzydło. Ćwiczenie ma na celu przygotować do sytuacji utraty sterowności

Ostatniego dnia słońce naprawdę mocno grzało, dzięki czemu powstała dobra termika. W konsekwencji odniosłem wrażenie, iż przy sprzyjających warunkach mógłbym wznieść się na BARDZO dużą wysokość. A przecież żaden ze mnie pilot-oblatywacz lub inny kosmonauta ;-). Nie wiem nawet, kiedy sobie zapracuję na miano paralotnika 😉

To był ten pierwszy raz, kiedy to zamiast opadać, głównie się wznosiłem. Nienaturalną rzeczą jawi mi się latanie jako takie, a co dopiero powiedzieć o dość gwałtownym i permanentnym nabywaniu pułapu.

W kontekście mitu o Ikarze, to brzmi jak pułapka. Ulatywałem wówczas nad wspomnianym cmentarzem i zastanawiałem się, czy kiedyś zdołam wylądować. Nie dysponowałem żadnym przyrządem do oceny wysokości, ale dobre kilkadziesiąt metrów nad grobami leciałem i pomyślałem, że jeśli miałbym kiedykolwiek spaść, to wolałbym w jakąś górską mega przepaść, a nie ot tak na nagrobki.

Oczywiście pikowałbym trzymając się jednak JEDNEJ LINY. 🙂

O wariatach i wariometrach

W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję techniczną. Bardziej zaawansowani adepci paralotniarstwa stosują wariometr – urządzenie pokazujące im prędkość poruszania się w pionie. Czyli de facto aktualne pułapy, na których się znajdują, bo nowsze wariometry elektroniczne są zintegrowane z wysokościomierzem.

Człowiekowi bowiem nie jest łatwo ocenić, jak wysoko nad ziemią się znalazł wzlatując, a jeszcze trudniej oszacować jak szybko się wznosi lub opada. A ogromna większość latających zwierząt (na czele z ptakami), mimo że ewolucyjnie są za homo sapiens daleko w tyle, to po prostu wyczuwają drobne różnice w ciśnieniu powietrza na różnych wysokościach.

Takie myśli towarzyszyły mojemu ostatniemu lotowi. Zrobiło mi się na tyle gorąco, że musiałem się orzeźwić (zimna oranżada – choć niezbyt zdrowa to w takich chwilach bywa jak znalazł). Trochę ze strachem, a trochę z ekscytacją przyznałem przed samym sobą: “kurcze, ale było fajnie!”

a na koniec na to wszystko jeszcze…zasmażka 😀

Zastanawiałem się, czy w tym artykule opisywać elementy samego sterowania podczas lotu, przeróżne ćwiczenia i wszelkie paralotniarskie “technikalia” (te podstawowe, z którymi się zapoznałem). Ostatecznie uznałem, że na razie Wam tej wiedzy oszczędzę: nie jest ona aż tak fascynująca, abyście mieli frajdę z czytania akapitów dotyczących różnic i podobieństw między poszczególnymi manewrami.

Zamiast tego napomknę jeszcze, że w paralotniarstwie mówi się o czymś takim jak “latanie po meblach”. Otóż, w trudnych warunkach atmosferycznych należy lecieć nisko i patrzyć pod siebie, bo tam widoczność najlepsza.

A jeżeli znajdujemy się w miarę blisko macierzystego lotniska startowego (otoczonego domkami), to po ich rozstawieniu na ogół jesteśmy w stanie szybciej zlokalizować nasze lądowisko. Ponadto trzeba unikać piargu jako pasa rozbiegowego: niejeden doświadczony paralotniarz doznał bowiem kontuzji, biegnąc po kamieniach.

Na koniec podkreślę to raz jeszcze: paralotniarstwo mimo że to sport ekstremalny jest bezpieczny, o ile się do niego solidnie przygotujemy, wykażemy dużą dozę ostrożności i odłożymy na bok jakiekolwiek myśli o brawurze i popisywaniu się. Dość już w historii było Ikarów-marzycieli, którzy żywot swój skończyli, nim go naprawdę zaczęli.

A jak mi idzie obecnie? Zobaczcie sami:

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 16 Średnia ocena: 5]