Bez dobrej kondycji szalenie trudno znaleźć czas wolny i siły fizyczne na zwłaszcza dalsze i dłuższe niż kilkugodzinne „ekspedycje”. Sama „instytucja” wolnego od pracy weekendu nie wystarczy, jeśli ktoś przez 5 dni pod rząd haruje niczym przysłowiowy wół roboczy. Przecież trzeba mieć energię, aby aktywnie spędzać czas poza domem.

Oto moje, na własnej skórze sprawdzone, nierzadko w bólach się rodzące przemyślenia:

Twój organizm błaga: No smoking please!

Rekomenduję: Zero papierosów! A jeśli nie potrafisz żyć bez nikotyny, to przynajmniej ogranicz ją do minimum. Jeżeli nigdy (tak jak ja) nie paliłeś, to czuj się zwycięzcą/zwyciężczynią. Jeszcze większym/większą, jeśli udało Ci się ten zgubny nałóg rzucić. A za kandydata/kandydatkę na gwiazdę możesz uchodzić, jeśli jesteś na etapie rzucania palenia i nie brak Ci silnej woli oraz wytrwałości w tym procesie. Tak czy owak, niechaj Ci na finalnej, bez tytoniowej i wolnej od dymu wiktorii zależy. A jeśli dodatkowo znasz jakieś sympatyczne Wiktorie, to liczba mnoga wskazana 🙂

Alkohol? Tak, ale miejmy proszę: umiar i dobry powód!

Beer filter

Oczywiście, ktoś powie, że „wszystko jest dla ludzi”, ale z truciznami trzeba ostrożnie. A z chemicznego punktu widzenia etanol jest trucizną, zaś „używanie alkoholu jest zawsze szkodliwe dla zdrowia, niezależnie od spożywanej ilości”. Ten ostatni cytat znalazłem w Wikipedii, choć podpierać się taką „oczywistą oczywistością”, to tak jak bez mała tłumaczyć komuś, że droga wiodąca na szczyt zazwyczaj (bo są też wyjątki) biegnie w górę.

Lampkę czerwonego wina czy jedno piwko można uznać za izotonik lub coś, co nam nie zaszkodzi i w pewnym sensie potwierdza to również polskie prawo. Tytułem przypomnienia: maksymalna, dopuszczalna zawartość alkoholu we krwi wynosi w Polsce 0,2 promila, chociaż np. na Słowacji (którą często „odwiedzam” w Tatry sobie chodząc), wartość ta musi być równa zero.

Spożywanie większych ilość będzie równoznaczne z zatruwaniem organizmu i zwłaszcza w górach nie należy tego robić. Takie nieodpowiedzialne zachowanie prowadzi wprost do problemów tutaj wymienionych:

A ogólnie w podróży? Również odradzam „tankowanie tego rodzaju paliwa”, choć imprezy okolicznościowe oraz „gościnne występy” u wielu lokalnych mieszkańców różnych krain (oh, nigdy nie zapomnę Czaczy u Gruzinów) można przy pewnej pobłażliwości uznać za „uzasadnione odstępstwa”. Moje trunkowanie wygląda z grubsza tak: średnio 3 razy w tygodniu raczę się JEDNYM (bo to JEDNA LINA :))

Moje ulubione piwko to Guiness. Ambrozję tę konsumuję na przemian z inną czeskiej produkcji, która ma delikatny, słodkawy smak, i górskie (a jakże! ;-)) zwierzę w nazwie. Jest to Kozel 🙂

Mocnych alkoholi od dawna już nie pijam. Jeśli ktoś lubi dla towarzystwa, to wydaje mi się, że takim odpowiednikiem piwka będą 2 shoty po 40 ml. Zdarza mi się co jakiś czas wzbogacać herbatę niewielką dawką Malinówki – z racji smaku i dla efektu pocieszenia się na szlaku.

Kawa? Jeśli już, to „małą i nie za często, proszę”!

Obecnie nie wyobrażam sobie życia bez „małej czarnej”, choć mam świadomość, że takowa w nadmiarze szkodzi – bo wypłukuje z organizmu magnez. Aktualnie to jedyna używka, po jaką sięgam, gdyż ciast i czekolady, tudzież batonów z bakaliami ani zdrowych przekąsek nie wliczam do tego zbioru.

Kawa (spożywana przeze mnie zwykle w porze lunchu) kojarzy mi się głównie z chwilą przerwy od pracy. Wypijam dziennie 1-2 filiżanki, optymalnie byłoby jedną; lubię zwykłą, parzoną z mlekiem a jej gorzkawy smak „zabijam” czymś słodkim. O jej przyrządzaniu nakręciłem nawet materiał wideo:

ale na co dzień z takich urządzeń jak french press nie korzystam.

Zwykle czekam, aż sama się zaparzy (ze 3-4 minuty), a dopiero potem dolewam mleka. Najbardziej smakuje mi „wywar” z tureckich tygielków – takowy dostępny jest m.in. w schronisku na Ornaku, a jeśli dołożyć doń tamtejszą szarlotkę, to uzyskuje się deser omniommniom 😀

Częścią ekwipunku podczas moich górskich wypraw (zwłaszcza latem) jest półlitrowy termosik z jedynym rozpuszczalnym „szatanem”, jaki uznaję (bo bzdurą jest nosić w plecaku pojemnik z fusami). Mówiąc o kawie rozpuszczalna smakuje mi Carte D’or Creme – orzechowai, która dostarcza mi wzmocnienia.

Wyspać się, a nie zaspać – to jest sztuka!

W trakcie wypraw z szybkim zaśnięciem nie mam kłopotu, bo iluś godzinny trekking samoistnie wywołuje sen i często ok. 21.00 zastać mnie można śpiącego. Dzięki temu dość wcześnie wstaję, bo nierzadko taka jest ekspedycyjna konieczność, aby zwinąć obozowisko o świcie.

Natomiast w dni robocze, wolne od wspinaczkowych wysiłków, nie potrafię usnąć przed północą. Efekt nie jest przyjemny: chodzę potem niewyspany przez pół dnia i dopiero po obiedzie „rozkręcam się”. Wieczorem przeważnie nie chce mi się spać, a ja surfuję po sieci i trwonię czas na „rzeczy”, które częstokroć nie mają większego sensu. Powiedzieć, że „nie lubię siebie za to” jest nader łagodnie.

W uszach co poniektórych może to dziwnie zabrzmieć, ale marzy mi się wstawać codziennie przed 7.00. Niby nic wielkiego, ale powiedzcie to komuś, kto zaczyna pracę o 9.00 w trybie zdalnym, który na dobrą sprawę nie wymaga od niego żadnego szykowania się do roboty. Wystarczy bym „normalnie i trzeźwo” prezentował w oku internetowej kamerki, która nie widzi niczego poniżej wysokości łokcia.

Bez ruchu nie ma życia!

Zdarza mi się, że w mocno pochmurne dni, przy bardzo niskim ciśnieniu i będąc w bardzo ponurym nastroju, nie przypominam aktywnego podróżnika. Siedzę w domu jak strudzony życiem emeryt, bez weny, radości w oczach, i najchętniej wówczas schowałbym się pod kocem. Nie mam psa (jeszcze, bo kiedyś pewnie jakiegoś przygarnę ze schroniska), który by mnie zmuszał do wychodzenia, czasem nie chce mi się iść na siłownię (pompki to i na dywanie machać można), a po zakupy nie muszę. Bo te ostatnie zwykle robię co parę dni.

Ale takie chwile stanowią drastyczny wyjątek od reguły, którą dla mnie jest codzienna porcja ruchu. Mój organizm po prostu domaga się aktywności, więc odbywam minimum 3 treningi w tygodniu (jako uzupełniające na siłowni) albo biegam po górach. Oczywiście weekendy spędzam na nartach, wspinaczce lub trekkingu.

A pod rzeczonym kocem chowam się rzadko – na ogół po wieczornym spacerze. Ten ostatni jest dla mnie takim właśnie substytutem intensywnego poruszania się. Uznałem, że co najmniej 30 minut spacerowania dziennie to jest absolutne minimum – dla zdrowia trzeba się ruszać, a świeże powietrze sprzyja plenerowym aktywnościom.

Wyginam ciało śmiało” – by mi uśmiechało 🙂

Specjalnie przeniosłem stretching do osobnej rubryki – tak ważny jest moim zdaniem, iż na takie wyszczególnienie zasługuje. Wprawdzie nie powoduje znacznego spalania kalorii, ale dla organizmu ma zbawienny wpływ. Nasze mięśnie (niezależnie od przyrostu ich masy) wraz z wiekiem tracą na elastyczności.

Niedawno przekroczyłem wiek chrystusowy i niemalże z automatu zaczął mnie boleć kręgosłup. Boleć! Jak on śmiał! (szok i niedowierzanie! :-D) A jednak. Zdałem sobie sprawę, że sam do tego doprowadziłem poprzez niewłaściwą postawę przy komputerze i siedzenie na fatalnym krześle.

Krzesło już zmieniłem na lepsze, a łóżko (niezbyt twarde) zamieniłem na karimatę rozłożoną na podłodze – od miesiąca śpię w domu we śpiworze 😀 Ileś dodatkowych minut miesięcznie zyskałem w ten sposób (bo nie muszę rozkładać pościeli), ale przede wszystkim sprzyja to redukowaniu bólu pleców. Rozciąganie naprawdę zdaje egzamin w tym względzie, a ponadto reguluje oddech i zwiększa moje zdolności motoryczne.

Zanim w wielki świat wyruszę, książko-żercą stać się muszę! 🙂

A teraz Moi Drodzy mały, niewinny coming out. Otóż przyznać się chciałbym, że jestem uzależniony od smartfonu, a w zasadzie od informacji i przepływów danych, które urządzenie to zapewnia. Często nawet łapię się na tym, że nic pilnego, konkretnego ani potrzebnego na nim nie wykonuję.

Po prostu przeglądam sieć, żywiąc się treściami, bez których spokojnie mógłbym się obejść. Bo naprawdę nie są mi do życia niezbędne, a po prostu pozwalają się poczuć „w kontakcie ze światem ludzkich spraw, opinii i ciekawostek”. Dopuszczam do siebie myśl, że zapewne spora część z nich to tzw. fake newsy, przed którymi trzeba umieć się bronić.

Zamiast gapić się w niebieskawy ekran, podjąłem w marcu (okazję – znalazłem: kolejna rocznica moich urodzin) decyzję: od kwietnia będę wieczorami więcej czytać. Raz: że mam sporo zaległości czytelniczych (biblioteczka niby pod ręką, a jednak dłoń wieczorami po telefon sięgać zwykła), a dwa: że czytelnictwo trzeba mocniej propagować i z wiedzy sprawdzonej robić użytek.

Pragnę więc chłonąć więcej książek – tych tradycyjnych, papierowych o interesującej mnie tematyce, głównie poradnikowo-edukacyjnej. Jak pelikan instrukcje łykam i częściej się będę raczył odpowiedziami na pytania zaczynające się od wyrazu JAK:

  • robić lepsze zdjęcia?
  • wyżej i dłużej latać na paralotni?
  • lepiej przygotowywać do górskich wypraw?
  • szybciej kumulować na ten cel fundusze?

W zakresie ostatniego z tych postulatów prośbę miałbym do Was: doradźcie mi w tym względzie, podzielcie się proszę wskazówkami. Nie muszą to być mega dopracowane wypowiedzi pisemne, po prostu sypcie pomysłami na ten adres: najednejlinie(at)gmail.com

Rzadziej się do sieci logować – częściej sobie w realu folgować!

Ograniczyć media społecznościowe pragnąłbym również. Blog ten prowadzę i zaprzestać nie zamierzam, profile mam, instagram i fejs puchną od kolejnych, sporadycznie ładowanych na serwer kilobajtów …ale wszystkie te działania muszą mieć swoje granice.

Pogodziłem się z myślą, że pełnokrwistym youtuberem i blogerem nigdy raczej nie zostanę. Nie zależy mi tak bardzo na monetyzowaniu swej obecności w tzw. socjalach, choć pewnie miło byłoby kiedyś mniej musieć pracować, a więcej podróżować. Ponadto nie potrzebuję ciągłej aprobaty od kogokolwiek, tudzież nie mam poczucia, że muszę coś robić pod publiczkę.

Natomiast aktualne pozostają moje zamiary wyrażone tu dawno temu:

Nieprzerwanie pragnę pokazywać Wam piękno trudno dostępnych miejsc, ewidentne korzyści wynikające ze zdrowego trybu życia i cały ten „pakiet szczęścia” związany ze zdobywaniem górskich szczytów, realizacją celów w nie zawsze sprzyjających okolicznościach przyrody. Ale muszę to wszystko zbalansować, bo nie chcę marnotrawić czasu na tworzenie stories, które wymagałyby rozkmin typu: „z jakiego punktu najlepiej nagrywać materiał, aby ten wiele lajków zebrał?”.

Góry i dalekie kraje stanowią piękną areną naszych codziennych zmagań z chęcią wypoczywania i komfortu. Życzę nam wszystkim gorąco, by na tej właśnie arenie (a nie w świecie wirtualnym) rozgrywało się życie każdego z nas i wolne ono było od częstego leniuchowania. Na leżenie plackiem i wysypianie się nadejdzie kiedyś pora, gdy faktem stanie się myśl o godzinach wyrażona łacińskim zwrotem: vulnerent omnes, ultima necat („wszystkie ranią, ostatnia zabija”).

Tymczasem zakończę cytatem ze Spinozy: „Jeśli chcecie, aby życie uśmiechnęło się do Was, przynieście mu najpierw dobry humor” 🙂

Moje 7 przestróg dla samego siebie:

  • Wstawać wcześnie rano. Rano to jest najpóźniej o 7.00
  • Dzień zaczynać od rozciągania i gimnastyki
  • Codziennie spacerować, dotleniać umysł, krokami odmierzać świat.
  • Uprawiać dowolny sport (e-sportu nie wliczam, sorry), a jeśli chcecie mieć rezultat to minimum 1 trening co drugi dzień.
  • Przez około godzinę-dwie przed snem czytać słowo drukowane.
  • Ograniczyć prokrastynację i bezproduktywne korzystanie ze smartfonu
  • Rozważnie z używkami: 1 filiżanka kawy dziennie wystarczy oraz nie więcej niż 34 porcji słabego alkoholu tygodniowo. I to tylko, mając dobry powód ku temu. W celach zdrowotnych (piwo na zakwasy, czerwone winko na krążenie) lub towarzyskich (dbajcie o relacje z przyjaciółmi i bliskimi).
Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 42 Średnia ocena: 4.9]