O tym, że szczyty dzielą się na łatwe, średniotrudne oraz trudne nikogo przekonywać nie trzeba. Wchodzić można samotnie, w duecie lub w ramach większej grupy; z asekuracją dolną, górną lub bez niej; latem lub zimą, w pełnym osprzętowieniu lub będąc pozbawionym np. odpowiednio długiej liny lub wystarczającej liczby solidnych akcesoriów.

A i same drogi mogą lepiej lub gorzej “obite”, czyli zaopatrzone w nowy i kompletny zestaw ringów oraz stanowisk bądź pozbawione takich udogodnień. Bo nie jest tak, że raz zamontowany element pozostanie zdatny do użytku na wieki wieków. Może on ulec korozji, ukruszyć się lub pod wpływem znacznych obciążeń wygiąć się, tym samym tracąc na swej przydatności. Ba! Same punkty, w które ktoś kiedyś wbił kawałek metalu, mogą po latach zmurszeć (choć oczywiście nie tak bardzo jak drewno) albo zarosnąć i stać się przez to trudno dostrzegalne.

Okoliczności zewnętrznych wpływających na trudność danej wspinaczki jest zatem bez liku, a nie wolno zapominać o tych “wewnętrznych”. Mowa o aktualnej formie psychofizycznej wspinacza, która może być drastycznie różna, a wpływ na to ma wiele czynników. Na szczęście, można i – przede wszystkim należy – o nią zadbać. Nie tylko poprzez unikanie kontuzji bądź niwelowanie ryzyka wystąpienia uszczerbków na zdrowiu (nawet na niskich pułapach, gdzie nie grożą nam “poważne” choroby wysokościowe z AMS na czele). Szalenie istotny trening, o którym co nieco już pisałem tutaj:

Skale, cyfry, oznaczenia – wiedza przydatna nie tylko dla wyznawców

Powszechnie obecnie stosowana w Polsce skala ukonstytuowała się dzięku Wojciechowi Kurtyce, który klasycznie przechodził drogi hakowe. Zapewne nie był jedynym, ale – dzięki swoim wyczynom – zdołał on zyskać w środowisku wspinaczy taki respekt, że przystano na jego pomysł z 1981 roku. Jak oceniają rodzimi specjaliści, zapronował on wtedy “dosyć eleganckie rozszerzenie skali UIAA o kolejne stopnie już z przedrostkiem w postaci cyfry arabskiej. Czyli po VI+ następuje VI.1, VI.1+, VI.2 i tak dalej, aktualnie do VI.8. Nie ma minusów, ale mogą się zdarzać stopnie łamane np. VI.3+/4.” Wcześniej na krajowym podwórku używano głównie skali tatrzańskiej niemalże równorzędnej ze skalą UIAA. I tak ją odczytywano:

skala trudności wspinaczkowych Kurtyki oraz UIAA

Cyfra wspinaczkowa, a wartości

Wartości wartościami, ale trzeba wiedzieć i rozumieć co się pod daną liczbą kryje. Dla przykładu: 4 to tylko cyfra, ale dopiero sformułowania “4 miesiące ciężkiej pracy”, “4 dzieci na utrzymaniu” albo “4 przebiegnięte w roku maratony” pozwalają wyobrazić sobie, co ktoś ma na myśli, mówiąc o tym, co jest lub co było jego udziałem. Twórca rzeczonej skali w jednej ze swych książek objaśnił tę kwestię następująco:

(…) chodziło o to, że jedyną miarą chwały we wspinaniu się są trudności techniczne, wyrażane w skali wspinaczkowej właśnie cyfrą. Ale ja przejrzałem cyfrę na wylot. Cyfra, owszem, wyróżniała się, lecz właśnie dlatego była podłym rejestrem na usługach targowiska próżności. W istocie nie wyrażała niczego z siły wspinaczkowego doświadczenia. Cyfra była po prostu trucizną.

Tak postrzeganą cyfrę Kurtyka porównywał do sprzedajnej dziewki, która

nie raczy nawet rozczulić się nad cudem drobnego życia pełzającego w mchach po szarej skale. Ale jak ma się rozczulić, skoro wszelkie piękno przerabia na pychę i nie rozumie, że skała jest Ścieżką wiodącą do gwiazd, a mchy lgnące do niej są wyznawcami.

Te dwa cytaty z “Chińskiego Maharadży” dobitnie pokazują, że w umyśle wybitnego taternika kłębiły się liczne, nierzadko bardzo nietypowe skojarzenia, które podkreślały jego stosunek co oszacowania trudności, jakie dane skały stwarzały wyznawcom (czyli wspinaczom, którzy w całości poświęcili się tej aktywności). Dość powiedzieć, że piwnicę (to był głęboki PRL i takich obiektów treningowych jak obecnie, to pół wieku temu ze świecą było szukać), w której urządzili ściankę wspinaczkową, nazwali “kuźnią”.

Regularnie i żmudnie ćwicząc, wykuwali tam swoją Moc tj. połączenie siły mięśni, umiejętności technicznych oraz odwagi i hartu ducha. Ja i moi koledzy po fachu, chcąc się rozwijać, de facto podążamy ich ścieżką. Tyle że współcześnie mamy łatwiej ze sprzętem, infrastrukturą, logistyką i takimi – za przeproszeniem – pierdołami jak uzyskanie pozwolenia na za wyjazd zagraniczny czy dostępnością do informacji oraz bazy noclegowej.

Radość odnajdę, stresy pogubię, oto dlaczego w góry iść lubię…

Niemal całkowicie zgadzam się z poglądem mistrza Kurtyki, że nie dla cyfry człowiek te drogi robi, a raczej dla…oświecenia. Rozumiem je jako istotną zmianę w świadomości doświadczania życia, rozwoju osobowego i naszej przynależności do świata przyrody ożywionej. Zmianę, która nosi w sobie znamiona głębszej filozofii i która potrafi bardzo korzystnie wpłynąć na nasze nawyki, tryb życia oraz stopień zrównoważenia między wysiłkiem a odpoczynkiem, ambicją a pokorą, pracowitością a lenistwem, wreszcie egoizmem a wychodzeniem naprzeciw potrzebom innych ludzi.

W tym miejscu krótka dygresja: moje pokolenie dorastało już w kulturze “należy mi się” i zewsząd epatowani jesteśmy do nieustannej konsumpcji, a ta prowadzi do nadmiernej eksploatacji Ziemi. W tej mierze również potrzebne są: opamiętanie, harmonia i umiar. Przy okazji: gorąco Was do nich namawiam. Wspinaczka zapewne nie każdego do osiągnięcia takich celów doprowadzi, ale mój osobisty przypadek potwierdza, że akurat ta pasja ma w sobie taki potencjał. Ba! Nawet działa w praktyce, bo chyba powoli staję się wyznawcą. I coraz trudniej pojąć mi tych, dla których pokonanie Cyfry to esencja wspinania się. Czasem aż mnie już mdli, jak słyszę po raz n-ty: “A jaką najwyższą drogę zrobiłeś? Więcej niż VI.3 ?”

Dla mnie wspinanie się to znacznie więcej niż cyfry. Nie muszę robić trudnych dróg, pakować się w miejsca tyleż odległe, co egzotyczne. Te łatwiejsze i geograficznie bliższe również sprawiają mi radość. Wystarczą miłe oku plenery i poczucie bezpośredniej styczności z naturą. Kiedy można, to traktuję skały jak schody (a uprawiając trekking – niemalże po nich wbiegam, ledwo dotykając ich powierzchni). Zaś kiedy trzeba, to przyklejam się do wapiennego ostańca, przywieram prawie całą powierzchnią ciała, jakbym miał się z nim na kilka chwil zespolić. Uwielbiam chłodzące podmuchy wiatru we włosach, gdy letnie słońce w zenicie “przechadza się” po nieboskłonie. Ale nie mam wcale za złe powietrzu, gdy inny wiatr robi mi “afronty” jak ten tu opisany:

To jest właśnie ów kontakt z przyrodą, konieczność zmagania się z jej ekstremami i dostosowania się do zmiennych (zwłaszcza w górach) warunków pogodowych jest tym, za czym tęsknię, ilekroć znów przekraczam progi swego warszawskiego mieszkania, wróciwszy z kolejnej wyprawy.

Lubię, kiedy droga jest ciekawa, gdy potrafi mnie zaskoczyć lub wzbudzić sobą chociażby nawet przelotne, ale jednak wrażenie wyjątkowości. Kiedy jestem zmuszony kombinować, rozwiązywać na bieżąco wynikłe problemy niczym jakąś układankę. To daje sporą satysfakcję cząstkową a ponadto przekłada się na wykonanie kolejnego ruchu w sekwencji. Taka aktywność pobudza moją kreatywność i zwiększa poziom naszej zaradności. A bez nich nie sposób sobie wyobrazić tworzenia coraz lepszej wersji samego siebie i budowania pewności siebie. Przejścia, takie jak chociażby tu zrelacjonowane:

sprawiają mi to niewysłowioną frajdę i stanowią ogromną zachętę do podnoszenia się z wyrka.

Nie żebym nie potrafił docenić zalet (raz na jakiś czas) odespania w sobotni poranek nader pracowitego tygodnia pracy lub w niedzielne przedpołudnie gorączki sobotniej nocy…Ale zwyczajnie nie potrafię zrozumieć tych ludzi, którzy mając zdrowie i sporo wolnego w okresach wolnych od pracy, gnuśnieją, siedząc w czterech ścianach…Zwłaszcza gdy nie mają (jeszcze 😉 ) na karku 40-tki, gromadki dzieci i rodziny, której muszą swój wolny czas poświęcić.

Jeśli macie takich wśród swoich znajomych, to przekażcie im proszę dobrą nowinę (o tym, że jest taki blog jak mój) i zachęćcie do jego odwiedzenia. Może i któreś z nich zamiast siedzieć na kanapie, zechce odpocząć aktywnie np. w górach? 🙂