Dość już mając świątecznego lenistwa w domu, zajrzałem na topo strony, z myślą, gdzie by tu połoić? W oczy rzuciła mi się fraza: „Idealna na krótki styczniowy dzień”. I to było coś! Taka rekomendacja dotycząca wspinaczkowej drogi postawiła mnie na nogi. W dodatku była zapowiadana jako niezbyt trudna, niedługa i jeszcze urozmaicona – rozmaite formacje, nieco skały, lodu, trawek…Wycenione trudności to M5, czas przejścia góra 4 godzin, zejście tylko 30 minut…wszelkie te parametry wydały mi się spoko.

Tak w rzezywistości wyglądała pierwsza próba. Wróciliśmy tydzień później

Ponadto planowany duet z doświadczonym partnerem (Łukaszu pozdrawiam Cię serdecznie!), zakładał, że to będzie – no może nie bułka z masłem – ale łatwa w konsumpcji pożywna kanapka.

Rysa Strzelskiego TOPO

Ostatni wyciąg zaznaczony dla Wesołej Zabawy (ten na lewo) oraz Rysa Strzelskiego (ten na prawo)

Z POCZĄTKU TO NAWET WYGLĄDAŁO LOGICZNIE…

Ale po kolei: co się wydarzyło w poświąteczną, grudniową noc, po tym jak z Łukaszem doczłapaliśmy się do schroniska nad Morskim Okiem? Tu Was zaskoczę…nic się nie działo (poza tym, że w izbie zgromadziło się kilkanaście osób, spośród których opuszczone powieki widziałem może u trojga), więc szybko poszliśmy kimać. 😀 Z premedytacją to uczyniliśmy, jako że o 7 pobudka i początek przygody. Przez prawie całą dobę poprzedzającą godzinę zero padał śnieg, a to oznaczało, że pierwsze kilkadziesiąt wędrówki przypominało odśnieżanie pionowego, niebywale nierównego chodnika.

Właściwie to nawet nie tyle przypominało, co dokładnie tym było: torowaniem sobie drogi: od miejsca, w którym żółty szlak skręca w stronę Progu Mnichowego, po sam punkt startu wspinaczki. A parę chwil po starcie uzmysłowiłem sobie, że to nie jest mój typowy poziom trudności. Normalnie rzadko takie drogi robię (w szczególności zimą), bo latem to jeszcze jakoś względnie się idzie. Przy czym i tak nie czuję się jeszcze na siłach, by prowadzić przez takie „kwiatki”. Kluczowe fragmenty szedłem jako drugi, mając zapewnioną asekurację od góry.

Kiedy śnieg pada to szykuj się na “odkurzanie”

Rysa Strzelskiego dała nam popalić – przede wszystkim w aspekcie poszukiwania stopni i krawądek. Były one bowiem zupełnie niewidoczne pod nawisami białego, miejscami mocno zmrożonego puchu, podobnie zresztą sprawa miała się z hakami. Niemal każdy metr pionowej powierzchni trzeba było „odkurzyć”, aby złapać kończyną punkt podparcia i ruszyć cielsko w górę.

Zwłaszcza trzeci wyciąg (bardzo czujna płyta za M5+) dał nam do wiwatu: ja na nim odpadłem, a Łukasz bardzo długo się męczył, zapychał i napierał, aż znalazł rozwiązanie, wykonując w tym celu niewielki trawers w lewo. Miałem nieodparte wrażenie, że tego dnia, w zastanych warunkach, to nawet opisywane w topo łatwe wyciągi sprawiały mi nie lada trudności.

Rysa Strzelksiego – opis drogi …czyli dalej relacjonuje juz w pełni chronologicznie

Wyciąg 1.

Pierwszy wyciąg do małej nyży. W środku zmiesci się jeden zespół

Zdaniem wspinaczkowych kozaków pierwszy wyciąg biegnie przez łatwą, trawiastą depresję, i nawet – jak pisze Damian Granowski – „iście patagońskie grzyby śnieżne” stosunkowo nietrudno idzie obejść z lewej strony. Owi spece utrzymują, że stanowisko montuje się na stojąc na małej nyży skalnej. Ja tam doświadczyłem prawdziwie niewygodnego stanu w kominie: było tam zbyt mało miejsce – mniej niż w zwyczajnej kabinie prysznicowej – a nas było dwóch i przecież do ułomków nie należymy. Tym bardziej, że jak człek oszpejowany to zwyczajnie grubości nabiera.

Wyciąg 2.

Według sugestii wyjadacza Granowskiego (którego uwielbiam i robiłem kurs Taternicki), na kolejnym wyciągu rzekomo lepiej iść, trzymając się blisko komina. Zaufaliśmy mu i wybraliśmy wariant przez płytę 😀 Bardzo czujny i trudny fragment – zdecydowanie na to swoje co najmniej M5, zasłużył.

Lekko odbijając się od pionu należy osiągnąć drugie stanowisko wyposażone we wbite na stałe haki oraz przytwierdzone do nyży repy. W środku owej „skalnej dziupli” wystarczyło miejsca, by rozprostować kończyny. Słabiej zorientowanym w przedmiotowej dziedzinie spieszę z wyjaśnieniem: nyża to spore zagłębienie w skale, coś jak wnęka – o rozmiarach umożliwiających zmieszczenie człowieka. Niektóre nyże (dawniej nazywane niszami) mają na tyle pokaźną objętość, że pomieściłyby nawet autobus z turystami.

Wyciąg 3. M5+. Dla mnie mocne M6

Trzeci wyciąg powitał nas wejściem na płytę, której pokonanie wymagała ciągłego utrzymywania równowagi, do czego przydaje się co najmniej kilkumiesięczny trening akrobatyczno-cyrkowy. Kłopot w tym, że ja takiego nie przebyłem, więc oceniam, że te kilkanaście metrów tamtego dnia na tej płycie, to była chyba najtrudniejsza wspinaczkowa aktywność, jaką do tej pory wykonałem.

Przemierzając ten długi dystans, znaleźliśmy dwa haki pod śniegiem oraz trochę trawy do wbicia reksa. Męczarnie zakończyliśmy przy głazie, obok którego Łukasz zrobił stanowisko z własnej asekuracji. Nazajutrz uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie przegapiliśmy ukryty pod śniegiem stan.

Łukasz wbija Reksa. Start z nyży. W środku miejsce na biwak

Wyciąg 4.

Potem zmieniłem się z kompanem i tym razem to ja prowadziłem, bo wydało mi się, że teraz będzie o niebo prościej. Trzymałem się linii skał po lewej stronie, będąc święcie przekonanym, że tamtędy właśnie biegnie rysa. Bardzo, ale to BARDZO pragnąłem się do niej dokopać, a na przeszkodzie stały pokłady przymarzniętego śniegu.

Wiele ruchów ramion potem, w końcu udało mi się dojść do bardzo grubego korzenia kosówki i tam zamontowałem stanowisko. Łukasz, gdy do mnie dołączył, przyznał mi rację: ten czwarty wyciąg był niebanalny.

Wyciąg 5. Ciemność widzę, ciemność!

A potem nastąpiło to, o czym normalnie się nie wspomina, gdyż to zwykły banał. Otóż zgasło światło, gdyż słoneczko postanowiło udać się na spoczynek. Więc moja ręka powędrowała do plecaka i długo w nim gmerała, w poszukiwaniu czołówki.
Bezskutecznie, a ja nie mogłem uwierzyć, że tak dałem ciała…

W sekundę uprzytomniłem sobie, że nagłowna lampka została na pryczy w schronisku. Głośnym i brzydkim słowem na “k”, powiadomiłem o tym Łukasza. Ten tylko spuścił głowę i westchnął głęboko. A ja przypomniałem sobie, jak przed pójściem spać, pakowałem wszystko, co trzeba do plecaka, który wygodniej było postawić w pustej kuchni. I wracając z tego pomieszczenia do łóżka, oświetlałem sobie ścieżkę czołówką (przecież nikt lawirując po ciemku nie chce walnąć w coś nogą, ani tym bardziej zwalić się komuś innemu na pryczę), i tę lampkę gdzieś przy poduszce musiałem wcisnąć.

Patent na brak czołówki

Mój umysł zaczął szybko przetwarzać rozmaite warianty (pytanie “co tu robić?” odbijało się w tę i we w tę od wewnętrznych ścian mózgoczaszki), ale wśród nich nie było optymistycznego scenariusza. Wprawdzie już kiedyś podczas wspinaczki dodatkowe oświetlenie zapewniał nam księżyc,

ale tym razem mimo klarownego nieba (wyznam że pogodę mieliśmy piękną – prawie zerowy wiatr i niemal bez chmur), naturalnego satelity Ziemi nie uświadczyliśmy.

Ostatecznie uratowała mnie latarka w komórce. Wpiąłem ją w podłużną kieszeń, która w mojej kurtce znajduje się na wysokości klatki piersiowej. Zyskałem wprawdzie tyle światła, żeby operować liną przy stanowisku i wypatrywać za chwytami (zarazem nogami w rakach szukając stopni). lecz moje ręce co i rusz zasłaniały mi jasność, a ponadto co jakiś czas cała komórka chowała się samoistnie w otworze, gdyż niczym na trwałe nie była przytwierdzona. Wyciągałem ją, montowałem ponownie i tak w koło.

Wyciąg.. Ostatni (choć ja lubię go rozdzielić – szczegóły w poście poniżej)

Skoro piszę te słowa (i w jednym kawałku jestem), to patent ten zdał jakoś egzamin. Od tamtej chwili już do końca szedłem jako drugi, a minę miałem nietęgą. Do mety mieliśmy jeszcze trzy wyciągi – na wszystkich liderował Łukasz. Przez ostatnim z nich (tzw. Kociołek), podjęliśmy decyzję o wyborze wariantu drogi „Wesołej Zabawy!”, który już wcześniej wspólnie robiliśmy:

Muszę się pochwalić, to przez to zacięcie i płytę z jednym hakiem oraz wyceną M4, to dosłownie przebiegłem. Inaczej niż za pierwszym razem, posuwałem się bliżej prawej strony (blisko zacięcia), a wzrok mój głównie na stopach spoczywał. Powyżej głowy, bez oświetlenia to nawet nie miałem co spoglądać, więc skoncentrowałem się na tym, by stopami odnajdywać dobre stopnie. Poszło gładko – i całe szczęście, że parę minut nadrobiliśmy.

Spóźnionych górołazów służby ingiwilują 🙂

A trzeba Wam wiedzieć, że mieliśmy DUŻE opóźnienie. W księdze wyjść dla TOPR-u wpisałem szacowany powrót na znacznie wcześniejszą porę. O dobre 3 godziny, więc miałem poważne obawy o to, czy aby za nami nie wyjdzie ekipa ratunkowa. Wstyd byłby wielki, a nie wykluczam, że mój budżet ucierpieć mógłby na tym.

Będąc na szczycie Progu Mnichowego, z racji braku zasięgu, nie mieliśmy, jak się zameldować. Tuż po wejściu do schroniska, kilka osób od raz wypytało o nasze tożsamości. A zaraz potem dowiedzieliśmy się, że byliśmy pod ciągłą obserwacją. Co 30 minut pod Morskie Oko wychodził ratownik i zerkał, oceniając nasze postępy. Jak się potem okazało, byliśmy na tyle dobrze widoczni, że nawet lornetek nasz anioł-stróż nie potrzebował. Równie dobrze mógłby sobie zajadać popcorn, gapiąc się na dwóch gapowiczów, z których jednemu często „migało światełko”. Ponad 4 godziny spóźnienia ostatecznie zanotowaliśmy 🙁

Tropem dzikich zwierząt 😉

Wiecie już wprawdzie, że ostatni, ten łatwy odcinek przebyty “biegiem” doprowadził nas dokładnie pod szczyt Progu Mnichowego Lecz nie było tam absolutnie żadnych ludzkich śladów, niczego co jakkolwiek „pachniało cywilizacją”. Za to zobaczyliśmy coś, co przypominało ślady jakiegoś zwierzęcia.

Byliśmy tak zmęczeni po całym dniu, że podążaliśmy nimi trochę na ślepo. Do najrozsądniejszych decyzji, tamta na pewno nie należała. W sumie to niezbyt mądre było: podążać nocą za jakąś kozicą, ale najwyraźniej te nasze tatrzańskie okazy są bardzo mądre, bo doszliśmy do żółtego szlaku.

Rysa Strzelskiego – Wyciagnięta lekcja

Podsumowując: co to za doświadczenie było! Prawdziwa górska przygoda!

Były blamaże i momenty chwały; odrobina pecha i całkiem długi (liczący tyle metrów co ścieżka z tropami) skrawek fartu. Zapamiętam ten dzień także ze względu na trudności techniczne, konieczność pozbywania się śniegu i ów łatwy pokonany już dwukrotnie odcinek “Wesołej Zabawy!”. Tudzież z racji nauczki, jaką dostałem, a która przypomina mi inną, udzieloną przez profesora Kazbeka:

Nie zrozumcie mnie źle, ale to właśnie z takich przeżyć wyciąga się najcenniejsze lekcje. Prawdziwego taternika poznamy właśnie po tym, jak radzi sobie w kryzysowych sytuacjach, niezależnie czy on sam popełni fuck up, czy też padnie ofiarą niezależnych od niego okoliczności. A oto, co zanotuję sobie (tak w głowie, jak i w telefonie) w rubryce z nagłówkiem: Bear in mind (w wolnym tłumaczeniu: „Miej to Pawle w głowie, a głowę na karku!”):

a) gruba kurtka puchowa Rab i 3 pary rękawic zdały egzamin. W szczególności słowa uznania należą się ludziom odpowiedzialnym za wytworzenie łapawic Black Diamond Guide Finger (zakres -31/-12 °C),

b) nie do końca ufać rekomendacjom i opisom topo tworzonym przez macherów, którzy średnio-trudne trasy uznają za stosunkowo łatwe. Brać poprawkę na to, że moje kung fu nie dorasta do ich poziomu wyszkolenia. A jeśli dodać jeszcze do tego zimowe komplikacje, to koniecznym staje się chodzenie „na drugiego”, mając za partnera lepszego od siebie zawodnika,

c) wnioski na przyszłość: nauczyć się sygnałów świetlnych SOS, zabierać zawsze dwie czołówki oraz dawać sobie większy margines czasu na pokonanie drogi (oszczędzić fatygi ratownikom górskim, którzy przecież mogą być komuś innemu w trudniejszej sytuacji bardziej potrzebni).

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 9 Średnia ocena: 4]