Coraz mniej jest na naszej planecie skrawków niezbadanego lądu i nieprzemierzonych ścieżek wiodacych do nieodkrytych miejsc. Wszędobylscy ludzie byli już niemal wszędzie. Pula takich nieznanych przestrzeni zawiera w sobie również niezdobyte góry, a takie (poza K2 zimą) to już chyba tylko na Antarktydzie występują.

Jeszcze gdy robiłem w pieluchy było ich więcej, ale lata 90. XX wieku przyniosły znaczny postęp w odhaczaniu kolejnych szczytów, na których nie stanęła wcześniej ludzka stopa po długotrwałej i wyczerpującej wspinaczce. Jeden z takich przypadków, na które niedawno natrafiłem, wywołał w moim umyśle refleksję, że oto dopiero wdrapując się na bezimienny jak dotąd szczyt można poczuć PRAWDZIWĄ WOLNOŚĆ. Tą historią postanowiłem się z Wami podzielić.

Niedokładne pomiary, niepewne wymiary

Erhard Loretan- fot. Wojciech Kurtyka http://wspinanie.pl

Gdzieś pośród lodowej pustyni, gdzie diabeł mówi “dobranoc”, a świstak siedzi i coś tam zawija w jakieś sreberka… 😉 leżą Góry Ellswortha, nazwane tak na cześć lotnika i polarnika Lincolna Ellswortha (1880-1951). Jednym z dominujących nad okolicą tamtejszych łancuchów jest pasmo Sentinel, w obrysie którego znajdują się dwa najwyższe szczyty kontynentu. Są to: zaliczane do Korony (oraz do Koronki Ziemi) Masyw Vinsona (4892 m n.p.m.) i Mount Tyree (4852 m n.p.m.) O tych wszystkich prestiżowych “nakryciach głowy dla górali” będziecie mogli niebawem przeczytać.

Na razie oddalmy się kilka kilometrów od nich i naszą uwagę skupmy na Mount Epperly, której pierwszym zdobywcą był Erhard Loretan (1959-2011).

Otóż oficjalne dane (nie wnikam dokładnie, jak się je zbiera i przetwarza) mówią, że szczyt Epperly liczy co najmniej 4359 m n.p.m. ale urządzenie GPS należące do chilijsko-australijskiego duetu wspinaczy (Camilo Rada i Damien Gildea) wykazało ponoć, że pułap tej sterty skał sięga 4512 m ponad powierzchnię toni morskiej. Wprawdzie weszli oni w 2007 roku od innej strony (od południowego stoku), ale te aż 153 metry różnicy jest zastanawiające. Jeśli ich GPS był w 100 procentach sprawny, to ja się pytam: skąd aż takie rozbieżności? 😉

Wyczyn Loretana. Góra dotąd nienazwana

Co mnie jara? wyznaczenie innej drogi. Wejścia na bezimienny szczyt, zamiast nabijanie punktów do Korony Ziemi (Mount Vinson)

Dziewiczego wejścia dokonał Erhard Loretan w czwartek 1 grudnia 1994 roku. Dzień wcześniej po stuminutowym locie z Punta Arenas, wysiadł z cessny, pożegnawszy się ze swym wspólnikiem, z którym pierwotnie miał wyruszyć w polarną otchłań. Powodem ich rozstania była konieczność dopilnowania interesów przez Romolo Nottarisa. Co ciekawe, w samolocie pozostali pasażerowie, którzy za cel obrali sobie najwyższy szczyt Antarktydy, zdobyty po raz pierwszy przez amerykańską wyprawę pod wodzą Nicholasa Clincha w 1966 roku.

Wyczyn Loretana wiązał się z koniecznością samotnego przetrwania przez kilkanaście dni w niezbyt sprzyjających (łagodnie mówiąc) okolicznościach przyrody, w których jednostka zdana jest tylko na siebie i sprzęt, jakim akurat dysponuje. Szwajcar poruszał się na nartach, a cały dobytek sunął za nim na sankach. To były czasy, kiedy nie było tak rozpowszechnionej jak dziś łączności komórkowej. Zgaduję zatem, że śmiałek ów co najwyżej mógł mieć ze sobą telefon satelitarny, choć ani słowa nie było o tym w tekście. Z większą dozą prawdopodobieństwa należy założyć, że pozbawiony był wszelkiej łączności. Samotność i samodzielność. Pustka na pustkowiu. Odcięcie od ludzi i kurczowe trzymanie się liny. Wyobrażacie to sobie?

O ile z samej pogody nasz szwajcarski bohater mógł być zadowolony, o tyle z lodowego kuluaru i kształtu piaskowca stanowiącego skalne zwężenie broniące dostępu do szczytowego plateau, już nie. Ponadto wszędzie zalegający śnieg, niekiedy sypiący się na niego z góry i okalający cały jego horyzont. O sukcesie nie mogłoby być mowy, gdyby nie pomysł, na który Loretan wpadł w kluczowym momencie wspinaczki.

Mając jedynie kilka haków i 20-metrową, niezbyt grubą linę zdecydował się na tymczasowe “porzucenie” plecaka i kilkukrotną próbę dostania się na skalną półkę. Za czwartym razem udało mu się to, a potem wciągnął plecak i kolejną godzinę spędził, pokonując ostatnie trudności. Ujarzmienie ściany zajęło mu ponad 9 godzin, ale satysfakcja przerosła jego oczekiwania. Czuł się bez mała, jakby stanął na Księżycu. I słowa te bardziej niż obserwowaną wtedy panoramę oddają brak śladów ludzkiej aktywności. A w pewnym sensie nawet wręcz jakichkolwiek przejawów obecności form życia.

Co nas czeka, jeśli porwiemy się na najwyższe szczyty Azji i Antarktydy?


Himalaje i KarakorumAntarktyda
WysokościOd 6000 do 8850 m n.p.m.Od 2000 do 4900 m n.p.m.
Widoki / krajobrazTypowy, wysokogórski, z ostrymi szczytami, w dolinach feria barw, egzotyczne owoce, kwiaty i mnóstwo zieleniBiała, lodowa pustyna, pod stopami głównie śnieg i lód (gdzieniegdzie sastrugi), skał jest mało, za to pełno nunataków i tzw. oaz. A pod nimi kilkukilometrowy lądolód.
WsparcieMożliwa pomoc Szerpów i wielu innych turystów, których jest dość dużo (zależnie od miejsca, pory roku i pogody)W czasach Loretana zdobywcy zdani niemal wyłącznie na siebie; dziś jest nieco lepiej – dzięki załodze stacji Union Glacier, która zapewnia możliwość dolecenia (samolotem De Havilland Canada DHC-6 Twin Otter ) do nie tylko do bazy (base camp), ale wręcz pod sam biegun.
UdogodnieniaRozległa i różnorodna baza hotelowa, miejscami mocno rozwinięta sieć szlakówTylko namioty własne i gościnne “łóżka” na stacjach polarnych, brak szlaków
Języki, które warto znać, by łatwiej się porozumiewaćAngielski, chiński, tybetański, pakistańskiAngielski, francuski, rosyjski
Temperatury latem / zimąZimą na ośmiotysięcznikach bywa nawet minus 40-50 stopni, choć przykładowe styczniowe temperatury z obozu Concordia (pod K2) to minus 15-20 w dzień i o jakieś 10-15 stopni mniej nocąMega zimno: w środku nocy polarnej do minus 80 stopni, a podczas dnia polarnego do minus 15 stopni
“pół litra”Loretanowi niekiedy pół litra wody wystarczało na cały dzieńLoretan potrzebował pół litra wody na godzinę, musiał wspinać się z kuchenką
Posiłki
Dal bhat. Lub golonka o ile jesteś Kukuczką
Loretan musiał zrezygnować z wielu typowych posiłków, ograniczych się do płynnych i żywności “paczkowanej”.
Jak się przemieszczać?Pieszo lub z wykorzystaniem zwierząt pociągowych lub pojazdów terenowychPieszo lub na nartach, skuterach, ratrakach
Jak dotrzeć z Polski?Wszelkie lądowe środki transportu i statki powietrzneStatek morski lub powietrzny
Koszty w przeliczeniu na 1 szczytWyprawa na Cho Oyu ekspedycja Adventure Peaks 25 000$ i trwa 44 dni. Wylot z Kathmandu do Lhasy (Tybet)
Wyprawa na Mount Vinson z Adventure Consultants kosztuje 44 250$ i trwa 15 dni. Wylot z Punta Arenas

Żaden tam “jadłospis”: nunataki i sastrugi

Nunataki na Antarktydzie. Fot. National Geographic

Wspomniane w zestawieniu nunataki (dosł. “czarne skały”) są czymś, co “odkryłem” podczas zbierania informacji koniecznych do napisania tego artykułu. Taką nazwą (zaczerpniętą z pewnego grenlandzkiego dialektu) określa się zbiorczo szczyty lub wzgórza wyrastające ponad powierzchnię lądolodu otoczony z każdej strony lodowymi skorupami. Przybierają przeważnie “postać ostrych i poszarpanych skał i masywów skalnych, który jest wynikiem intensywnego wietrzenia mrozowego. Po ustąpieniu lądolodu odznaczają się w krajobrazie silnym kontrastem z obłymi formami terenu, znajdującymi się poniżej dawnej powierzchni lodu.” Tyle wystarczy nam wiedzieć, a jako ciekawostkę powiem, że w Polsce również występują nieliczne góry (np. Ślęża w przeszłości, współcześnie zaś Czarna Kopa w Tatrach) spełniające kryteria, które pozwalają zaliczyć je do tej kategorii.

Kolejną, nieznanym mi elementem krajobrazu antarktycznego są sastrugi (lub zastrugi). To forma erozji występująca na powierzchni śniegu ujawniająca się poprzez ostre, nieregularne rowki lub grzbiety. Przyczyną ich powstawania w rejonach polarnych jest wiatr oraz sól będąca składnikiem cząsteczek śniegu. Ponoć są równie mocno “nielubiane” przez narciarzy i snowboardzistów jak zaspy i nawisy śnieżne. I chociaż chyba nikt nie wie dokładnie, ile słów dotyczących śniegu znają Eskimosi (w szczególności, że eskimoskie plemiona używają różnych dialektów), to faktem jest, że im więcej czytasz o Antarktydzie, tym bogatszy staje się Twój zasób dziwnych wyrazów. 🙂

Któregoś dnia pojawi się na tym blogu co najmniej jeden wpis dotyczący specyficznego języka pasjonatów gór. Obiecuję Wam to. 🙂 Tymczasem zakończę cytatem z bohatera tej opowieści: “(…) zrozumiałem, że Antarktyda tchnęła we mnie nowe życie, na nowo rozbudziła entuzjazm i zmieniła moje wyobrażenie o alpinizmie i szerzej rozumianej przygodzie.”

ja to szanuję 🙂

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 9 Średnia ocena: 5]