Bula pod Bańdziochem to naprawdę ciekawa miejscówka warta wielokrotnych odwiedzin. Położona w odległości niespełna 45 minut od Schroniska nad Morskim Okiem lokacja zawiera kilkanaście dróg o zbliżonej charakterystyce. Ta konkretna opisana poniżej cechuje się trawkami, połogiem, zacięciami oraz trudnym (ale nie bez przesady) i efektownym kominkiem.

Droga pt. „Bez znaczenia” wyznaczona została bardzo niedawno – ledwie niespełna 20 lat temu przez Grześka Sokołowskiego i Sławka Czajkowskiego

TOPO

Żadne tam deja vu – dwukrotne odwiedziny

Jej ponad 150-metrową długość przemierzyłem już dwukrotnie, za każdym razem robiąc za wodzireja. W pierwszej „przebieżce” towarzyszył mi Łukasz – ten sam wciąż młody wyga, z którym łoiłem Rysę Strzelskiego) Zaś moja rewizyta w połowie stycznia 2022 roku wiązała się z odwiedzinami moich starych druhów – Kacpra i Maćka, których już powinniście dobrze znać.

Bez znaczenia – Bula pod Bańdziochem – opis drogi

W skrótowym opisie tej drogi widnieje zapewnienie, że „właściwie 2/3 drogi to łatwy, śnieżny teren”. I to jest święta prawda, aczkolwiek bez trudu popylać po trawkach przez pierwsze 3 wyciągi to mogą już zaprawieni w bojach łojanci. Początkującym zalecałbym jednak zachowanie czujności i wyzbycie się myśli o kozaczeniu. Ale chcąc być wiernym chronologicznej damie, omówmy je po kolei.

Wyciąg 1. a właściwie przed pierwszym stanowiskiem

Początkowe kilkanaście metrów to banał niewymagający słów. Stanowisko założyłem dopiero przy drzewie – tym, które zaznaczone jest w TOPO. Natomiast oszpeić się warto pod ścianą tj. drajtulowym sektorem, przy którym nie tak dawno temu zrobiłem interesujące zdjęcie pewnemu ninja warrior (przy drodze “Ganja”)

Tam gdzie stoją Ci Panowie. NAstepnie nasza droga wiedzie w lewo przy ścianie

Zalecam szpejenie się właśnie tam, gdyż później to będzie już brakować na to miejsca. A samo dojście do stanowiska jest dosyć wąskie i wcale niegłupim pomysłem wydaje się asekuracja już wcześniej (jeżeli ktoś nie dość pewnie się jeszcze czuje).

Wyciąg 2.

Kolejne dwa wyciągi to łatwizna: trawki wokół gęsto rosną, nachylenie łagodne, więc „wagoniki same się toczą”

Wyciąg 3.

Precyzyjnie mówiąc, ten trzeci etap to również łatwy i naprawdę króciutki, co to by liny nie przesztywniać zanadto. Dotarliśmy do dużego drzewa wyrastającego z wielkiej skalnej półki. Tryb „auto” można tam sobie przedłużyć dla lepszej widoczności partnerów podczas asekurowania ich.

Wyciąg 4 ..trawers po płycie M4/M4+

Dopiero kolejny – czwarty odcinek – to iście skokowy przyrost trudności. Do tej pory dla rozwspinanych osób był luz-blues i bułki z masłem na przekąskę. 😉

A tu czeka na nas trawers wyceniany na 4 (wg mnie 4+). I to już nie są przelewki.

Szczegółowo Wam muszę ów trawers rozpisać, ponieważ według mnie to jest crux i zwyczajnie jest o czym rozprawiać. Najpierw trzeba dać krok w lewo i wejść na półkę. W całej tej operacji przydatne jest wbicie czekanów w kępę trawy. Za pierwszym razem ten ruch wykonywałem bez wbijania reksa i wyznam Wam, że to był dość czujny manewr. A skoro o manewrach mowa, to zapodaję Wam taki wpis:

Następnie trzeba zdecydowanym zrywem mięśni stanąć na tej kępie i przytulić się do ściany. W zasięgu wzroku, na wysokości oczu, w zagłębieniu tkwić będzie ów hak. Zamiast zwykłego wpięcia się weń warto go przedłużyć dwoma ekspresami górskimi (takimi np. o długości 60 cm każdy), żeby nie przesztywniać liny, jak już znikniemy za winklem.

Za drugim podejściem jednak wbiłem reksa i po chwili go wyciągnąłem. Na Kepę dobrze stanąłem i suma summarum dość gładko poszło. Kolejne +5 do psychy 🙂 Potem odnalazłem hak od razu za winklem po prawej stronie (okiem go trzeba w szczelinie wypatrzyć), i zniknąłem za winklem. Od tej chwili mogą pojawić się problemy z komunikacją, gdyż prowadzący traci kontakt wzrokowy z osobami idącymi za nim. Warto mieć ze sobą radio, jako że lina lubi się klinować tudzież przesztywniać.

Kontynuacja Kominkiem na szczyt

Dalej już kierujemy się do kluczowego kominka wycenianego na M5 (choć wg mnie jest to wycena na wyrost. Dałbym M4), o atrakcyjności którego decyduje w dużym stopniu sporawa nyża. Dość komfortowo można się w niej ulokować i zamontować rocksy przed fundamentalnym wyjściem poprzez mini-przewieszkę (uczciwie powiem, że ja też przewieszki nie poczułem).

Tak cudny kominek…że nic tylko pod nim rozpalić. 😀

Ponadto znajduje się w nim olbrzymi zakleszczony głaz, a takiego okazu pewnie mało kto się spodziewał.

Aczkolwiek moim zdaniem pokonanie go jest o niebo łatwiejsze (mimo że ma wyższą wycenę) niż poprzedzającego go trawersu. Na mój gust, są tam bardzo dobre stopnie oraz prawilne klamy, więc nogi można szeroko rozstawić i pewnie złapać równowagę. W sumie to do końca nie jestem przekonany o konieczności stosowania tam czekanów – wprawiony, wytrenowany wspinacz (nie trzeba być od razu takim tytanem jak Wojciech Kurtyka) poradzi sobie, używając w tym celu jedynie rąk.

TIP:

Wyjście na “Wierzchowinę”

Po czynności (mam tu na myśli wychodzenie z komina, bo przecież wiadomo, że prezenty same się pojawiają pod choinką), o jaką się podejrzewa się Św. Mikołaja, dotarliśmy na szczyt Buli (tam już byliśmy w 100 proc. bezpieczni), gdzie rosną kosówki. A nam w głowach wyrósł zamysł, aby zobaczyć lodospady pod Bańdziochem.

Muszę wyznać, że nie dość, że przepięknie się wylały, to jeszcze wyglądały na „nieużywane”. A nie od dziś wiadomo, że „dziewicze rejony” po dwakroć kuszą mężczyzn. Mimo tych pokus, nie wchodziliśmy zbyt głęboko. Przy takim ryzyku lawinowym, to nie była odpowiednia pora na penetrację. A jeżeli wcześniej lodospadu z bliska nie oglądaliście, to zerknijcie proszę np. w ten materiał:

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 6 Średnia ocena: 5]