Do Czuby nad Karbem (wschodnia wystawa Kościelca) prowadzi kilka dróg – w drugim dniu zimowego kursu taternickiego wybór instruktora padł na drogę Głogowskiego. Podzieliliśmy się na dwa zespoły. Perwszą parę tworzył nasz guru Damian z Maćkiem. Mnie zaś przypadło w udziale prowadzenie drugiego tandemu, a na “tylnym siedzeniu jechał” Janek.

Szpeimy się na wypłaszczeniu. W tle Czarny Staw Gąsienicowy. Od Lewej Maciej, Janek i ja. Fot. Szkoła wspinania drytooling.com.pl

Droga Głogowskiego TOPO. Czuba nad Karbem

Na Poniższym TOPO zostały zaznaczone:

  1. Droga Potoczka (M4 przed ostatni wyciąg)
  2. Droga Głogowskiego M4 /M4+ (końcówka pierwszego wyciągu)
  3. “Katowicka Kombinacja” M4+/5) 2013 Mateusz Grobel
Droga Głogowskiego – powiększenie
Szybka Trójka na początku drogi Głogowskiego. Prowadzący przed głównymi trudnościami

Wyciąg 1.

Droga rozpoczyna się trawersem w lewo. Ze względu na trudności M2, trzeba być czujnym i ciasno przylegać do ściany. Tuliłem się do niej jak do naprawdę ciepłej panny w zimną noc, gdy podczas biwakowania dysponuje się jedynie tanim, chińskim śpiworkiem, a nie takim wypasionym jak te:

A tak po prawdzie, to miejsca było tam niewiele, więc przytulony do ściany być musiałem. W szczególności, żeśmy niejako w ten sposób zapłacili “frycowe”, gdyż zbyt wcześniej skończyliśmy trawersować i zaczęliśmy wędrówkę ku wyższym piętrom. A trzeba było jeszcze trochę przemieścić się w lewo.

Maciek na prowadzeniu w pierwszym zespole
Trawers na początku drogi. Fot Szkoła wspinania drytooling.com.pl

Stainpuller

Przy podążaniu w górę natrafiliśmy na kominek. I jeszcze nam “śmiał” sprawiać problemy, mimo swej wyceny M4. Przypomniały mi się drajtulowe historie – Wam też je od razu przypomnę:

Oonieważ chwytów to tam za dużo nie było, za to można mówić o całkiem poprawnej asekuracji w rysie – pod warunkiem, że podejdziemy tam na nogach. Owa formacja skalna, przed próbą wyjścia z kominka skłoniła mnie do założenia 3 punktów i wszystko byłoby git, gdyby nie pewien szkopuł. Dla tych, którzy nie wiedzą: szkopuł to nie jest przepołowiony Szkop. 😀

Problematyczne było wyjście z owego kominka, ale wówczas mnie olśniło i wpadłem na taki pomysł. I nawet nie musiałem mu nadawać żadnej nazwy roboczej, bo ta technika (niczym zaciągnięcie wajchy) jest znana jako stainpuller. Być może słyszycie o niej pierwszy raz, ale tym razem akurat Wikipedia nam nie pomoże.

Typowy czekan (wyglądem przypomina cyfrę 7) składa się z rękojeści, zakrzywionego nieco trzonu oraz ostrza. Trzyma się go standardowo, rękojeścią od dołu, a ostrzem do góry. I teraz sobie wyobraźcie, że taki czekan trzymacie do góry nogami, czyli ostrzem do dołu. W celu zaklinowania go w skale i tym samym zrobienia sobie czegoś jak kształt drążka. Dziabę bowiem trzymamy powyżej głowy i takie jej usytuowanie pozwala nam się podciągnąć. I teraz już z grubsza wiecie, jak można się wygrzebać z kominka na Głogowskim.

Kominek pokonany. Stanowisko nr 1

W pobliżu wyjścia z kominka znajduje się na trwałe zainstalowane stanowisko, do którego – szczerze mówiąc – nie mieliśmy zaufania. Stanowisko wykonane było bowiem z dwóch taśm, które przyczepione były do czegoś, co pod większą warstwą śniegu było zupełnie niewidoczne. Jakiś punkt zaczepienia musiał jednak być, aczkolwiek dla pewności dorzuciliśmy trzeci przelot zrobiony z przedłużonej pętli. Zamontowaliśmy ją wysoko nad stanowiskiem i połączyliśmy z punktem centralnym.

Zdjęcie poniżej przedstawia Janka, którego asekurowałem od góry, parę razy obciążył linę. Lina jednak trzymała go krótko, więc nic mu się nic złego nie stało. Przy drugim podejściu Janek, wiedząc już o patencie pt. Steinpuller, poradził już sobie i nie miał większych kłopotów z pokonaniem kominka.

Widok ze stanowiska na Janka

I tym razem teoria potwierdziła się w praktyce: w odpowiednich warunkach i z właściwą asekuracją, bezpieczne odpadanie ze skały przedstawia się tak jak to tutaj opisałem:

Wyciąg 2.

Rozpoczynając drugi wyciąg, kierowaliśmy się po skosie w lewo. I dość szybko dotarliśmy do kosówki przed zacięciem. Kosówki można użyć do założenia stanowiska, jednakże postanowiliśmy wypróbować innej koncepcji. Użyliśmy jej jako przelot, a samo zacięcie wyprowadziło nas 10m w górę do kolejnego komino/zacięcia. Zakładamy stanowisko.

Początek drugiego wyciągu
Janek na prowadzeniu. Początek drugiego wyciągu. Fot Damian Granowski

Wyciąg 3. Do pól śnieżnych już na “lotnej

Do pokonania pozostaje komino/zacięcie M3+

Zacięcie na początku trzeciego wyciągu. Fot Damian Granowski

W zacięciu znajduje się kość (wykorzystana przez nas do asekuracji), którą ktoś tam kiedyś osadził na stałe.

jak się dobrze przyjrzeć to ją widać na tym zdjęciu

Dalej w naszym rozkładzie wspinaczkowej jazdy było już łatwiej, a i same widoki znacząco się “wyładniały”. I to znacząco. Poruszaliśmy się po grani, po czymś co przypominało żeberko. W połowie jego długości, utworzyliśmy następne tymczasowe stanowisko z kosówki. Posłużyło nam ono, aby “ograbić” Janka z nadmiernej liczby ekspresów, później szliśmy na lotnej.

Po rzuconej przeze mnie komendzie (“Uwaga: Lotna”) Janek zlikwidował ten stan. Teren, po którym szliśmy, był na tyle łatwy, że mogliśmy pozwolić sobie na to, aby rozdzielały nas średnio 2-3 przeloty. Zaś mijane w trakcie tej przeprawy widoki podobały się nam bardzo. Mam nadzieję, że Wam też przypadną do gustu takie oto pejzaże:

Freski widoczne na śniegu na Czarnym Stawie Gąsienicowym
Granaty

Wyciąg 4: odcinek “na styk” versus “prawie jak po schodkach”

Nie minęło zbyt wiele czasu, nim dotarliśmy do trzeciego stanowiska na Polach Śnieżnych (Niestety ktoś te haki i czarne tasmy umieszczone “na stałe” już zgarnął. Stan zamontujesz z trzech punktów)

Już tylko jeden wyciąg oddzielał nas od szczytu. Ten odcinek można sobie skomplikować. Maciej wraz z instruktorem zdecydowali się na ten trudniejszy wariant idąc zacięciem M4. (w rzeczywistości znacznie trudniejszy)

W jego opinii był to odcinek “taki na styk” – wszystko co trudniejsze byłoby dla niego “jazdą po bandzie”. Po przejścu tego etapu (nieomal odpadł od ściany), wyraźnie mu mina zrzedła a cera przybrała blady odcień. Oświadczył potem stanowczo, że nie ma zamiaru powtarzać takich wyczynów, za dużo go kosztowały.

Maciek pakuje się w trudniejszy wariant

Zmieniam mokre rękawice, na takie grubsze z Decathlonu, raczej nienadajace się do czujnego poruszania się i asekuruję Janka.

Nie ukrywam, że miałem już dość trudności jak na jeden dzień, więc omijamy zacięcie (droga wybrana przez Macieja i Damiana). Idziemy po turystycznym obszarze – na tyle trywialnym, że można było wbić tam buldoga przy pomocy czekana

O komunikacji w trakcie wspinaczki i zamawianiu pizzy

Wyjście na szczyt Czuby nad Karbem

Janek dotarł na szczyt Czuby nad Karbem. Dołączył do Damiana i Macieja, którzy zmontowali stanowisko z wielkiego bloku skalnego i liny. Przez dłuższą chwilę nie miałem z nimi konktaktu, więc nie wiedziałem, co jest grane. Nie czułem również pociągnięć liny, a jest przecież wspinaczkowe “komunikacyjne ABC”, gdy się wisi NA JEDNEJ LINIE.

Zadzwoniłem do instruktora (urządzeń innych niż szpej w trakcie robienia wyciągów zasadniczo się nie używa – wystarczy bowiem, że wisi się na linie, więc doprawdy nie ma potrzeby dodatkowo wisieć na telefonie :D), by się dowiedzieć, czy u nich wszystko OK. Okazało się, że wszystko gra i buczy tj. Janek osiągnął już stanowisko, i czeka na mnie biorąc kąpiel słoneczną. Mogłem więc ruszać dalej.

Zejście z Karbu. Tego dnia było lawiniaście, więc nie schodzimy żlebem.

Na tyle dobrą łączność mieliśmy, że w sumie to mógłbym w ten sposób zamówić pizzę, hehe. Biorąc pod uwagę rozpowszechnianie się systemów dostaw (najnowsze wieści mówią o dronach transportujących do szpitali, leki, krew i tkanki do transplantacji), to kto wie? Może jeszcze za naszego życia takie zamówienie (“Halo…Kowalski speaking…dużą pizzę na szczyt kilkutysięcznika raz proszę! Tak, na grubym cieście, i z podwójnym serem. Dziękuję. :-)”) będzie czymś zwyczajnym?