Solidny trening wspinaczkowy wymaga niemal pełnego oddania i poświęcenia się.  Jednym słowem – zaangażowania ponad miarę w porównaniu do tych, którzy jedynie w celach „sylwetkowych” zapisali się na zumbę, aerobik lub jogę. Tudzież słabiej lub mocniej pracują nad swą rzeźbą, podnosząc lub wyciskając żelastwo. Mając zajawkę na wspinaczkę, do siłowni uczęszcza się więc niejako z obowiązku, czasem równocześnie z chodzeniem na ściankę (bouldering) lub wspinaniem się po murach albo innych okolicznych obiektach. Niekiedy nawet tam, gdzie wisi tabliczka „nieupoważnionym wstęp wzbroniony” – choć tego nie polecam, to bywa i nazbyt ryzykowne i bolesne w skutkach (nie tylko dla kieszeni).

Kilka słów wstępu – niejako na rozgrzewkę

Trening wspinaczkowy bardziej przypomina reżim, jakiemu poddają się ci, którym marzy się kariera zawodowego tancerza. Nawet jeśli przyjąć, że elementów czysto choreograficznych na linie wykonuje się mniej niż na parkiecie. W takim treningu (poza przyzwyczajeniem ciała do konkretnego wysiłku, pracy takich a nie innych partii mięśni) chodzi o połączenie ze sobą cech fizycznych tj. siły, zwinności, wytrzymałości na ból z umiejętnościami technicznymi oraz z tzw. „mocą mentalną”. Dopiero wszystkie one wzięte – jak to niektórzy zwykli mówić: zusammen do kupy – stanowią rdzeń wspinaczkowych możliwości.

Podczas treningu (tzw. wspinu oraz rozgrzewki i ćwiczeń ogólnorozwojowych) nadrzędnym celem staje się unikanie kontuzji – a takowymi grozi przeszacowanie własnych umiejętności, popisywanie się przed bliskimi lub brak uprzedniego odpowiedniego przygotowania fizycznego, z rozciąganiem i rozgrzewka na czele. Ta ostatnia może się składać np. z robienia pompek, przysiadów i pajacyków, truchtania czy skakanki.

Przydatne jest też oczywiście podciąganie się z odciążeniem uzyskiwanym przy pomocy gumy lub startu z nogą na stopniu. Robi się to wszystko po to, aby rozruszać układ kostny, podnieść temperaturę ciała i zwiększyć zakres oraz elastyczność ruchów. Należy także mądrze gospodarować odpoczynkiem i uważać, aby nie naciągnąć sobie czegoś np. w trakcie rozciągania. Zdrowie przede wszystkim; lepiej małymi krokami bezpiecznie dążyć do celu niż stawiać wielkie, ryzykowne szusy a potem przez kilka tygodni / miesięcy cierpieć z powodu kontuzji.

Współczynnik mocy do wagi

W jednym z rozdziałów książki pt. “Chiński maharadża” Wojciech Kurtyka opowiada o swych nieudanych biznesowych posunięciach  ze wczesnych lat 90. XX wieku. Wystarczy nam wiedzieć, że chodziło o próbę wprowadzenia do legalnego obrotu  parasoli pochodzących z importu, który – mówiąc kolokwialnie – nie miał wszystkich papierów w porządku ;-), 

Opowieść o zmaganiu z urzędnikami (urząd skarbowy leżał nad Drwiną i tak też zatytułował ów rozdział) przeplata z opisem niezwykłych (zwłaszcza jak owe czasy) osiągnięć fizycznych, do których doprowadziła go regularna, działalność treningowa. Warto dopowiedzieć, że nie odbywała się ona w dobrze wyposażonej siłowni lub sali gimnastycznej, a w mieszkaniu autora.

Współczynnik korby do torby – to jest to, o co walczyli adepci takiego treningu. Aby móc wyciągnąć jak najwięcej siły (korby) z masy (torby). Panom nie tyle zależało na muskulaturze co na sile – rozumianej raczej pierwotnie jako możliwości oddziaływania na materię za pomocą mało finezyjnej pracy mięśni – tych wszystkich zginaczy i rozciągaczy, bicepsów i tricepsów. Kurtyce i jemu podobnym chodziło o  dysponowanie w górnych kończynach taką krzepą, by swobodnie się wciągnąć, podciągnąć, a niekiedy zawisnąć lub w mniej lub bardziej karkołomny sposób nie odpaść od skały.

W ich przypadku przyrost mięśni nierozerwalnie łączył się z przyrostem masy. Autor „Chińskiego maharadży” czuł się rozczarowany tym, że „w kosmosie pitek i fakerów balast torby pozbawiał go wdzięku i lekkości”. Owe rozterki generowały u niego niechęć do ciała. A myśl, że w magazynie zalegają mu setki niesprzedanych parasoli, dodatkowo pogłębiała skalę jego irytacji. Zdecydował, że panaceum na te przykrości uczyni ćwiczenia z gatunku takich, które dziś moglibyśmy określić mianem “starej szkoły“.

Nowoczesna (reprezentowana przez większość współczesnych instruktorów wspinaczki) koncepcja przyuczania nowych adeptów do poruszania się w pionie koncentruje się raczej na technice i zdaje się być “uniwersalna”. Opisane poniżej ćwiczenia można zaliczyć do nabywania specjalistycznej siły wspinaczkowej, która kojarzona jest z elitarnością. A jak się tak czyta po raz n-ty poniższe akapity, to na myśl przychodzą skojarzenia z elementami kalisteniki.

Ćwiczenia na rurze i związane z nią zażyłości

Poziomo zawieszona nad głową wąska rura umożliwia ćwiczącemu rozrost wielu grup mięśniowych, nie tylko (co najbardziej oczywiste) bicepsów, ramion i pleców. Zależnie od szerokości rozstawienia dłoni, zastosowanej techniki chwytu (podchwyt lub nachwyt) oraz tempa wykonywanych podciągnięć (ważne dla budowy mięśni rozwijane są również mięśni grzbietu, obręczy barkowych, brzucha oraz w najmniejszym stopniu klatki piersiowej. Przy okazji: dla budowniczych masy ważne przypomnienie – pamiętajcie, by faza opuszczania się była dłuższa niż podnoszenia, wówczas osiągniecie lepsze rezultaty.

Rura, przez jednego z przyjaciół naszego bohatera, była nazywana drągiem. Kurtyka, podobnie jak inni, dość niechętnie opowiadał współtowarzyszom o swych “zażyłościach z rurą”. W trudnych czasach stanowiła ona dla niego istotną podporę, w pozytywny sposób wpływając zarówno na jego formę fizyczną, jak i na poczucie godności. Tak właśnie – godności – to nie jest przejęzyczenie. Takimi meandrami potrafi płynąć strumień męskiego ego, kiedy to facet w sile wieku, spoglądając w lustro, nie widzi siebie takiego, jakim zawsze chciał być. Czyli bogatego, przystojnego i wciąż młodo wyglądającego, a przy tym świetnie wyedukowanego herosa, któremu inni kłaniają się w pas, a młode, piękne kobiety to nawet padają do stóp, hehe.

Ćwiczenie 1. Wzniosłe brzuszki

Wyobraźcie sobie ćwiczenie zbliżone wyglądem do zwykłych brzuszków, polegające na podnoszeniu na wysokość rury kolan. Nie jest to proste, gdy się zwisa na podkurczonych rekach, a nogi trzyma się wyprostowane. Przy każdym uniesieniu stopy wędrowały ponad pół metra powyżej głowy, a do wykonania takiego manewru choćby kilka razy konieczne są naprawdę mocne mięśnie brzucha i wytrzymałe barki. A takich powtórzeń nasz witeź potrafił zrobić nawet powyżej 30. Nadał tym wyczynom miano wzniosłych brzuszków.

I jeśli ich kiedyś spróbujecie, to pojmiecie, jak hardkorowe to było ćwiczenie. Rezultaty tych działań mogły cieszyć wspinaczkowego guru, obserwującego z tygodnia na tydzień coraz smuklejszą talię i lepsze zarysowanie mięśni brzucha. A do tego odczuwał radość z racji mocniejszych ramion. Nic tylko posmarować dłonie talkiem i przyklasnąć. 😉

Poprawa fizyczności nie była jednak w stanie zaspokoić ambicji naszego bohatera, który popadał w coraz trudniejszą sytuację biznesową spowodowaną niemożnością legalnego spieniężenia zalegającego towaru. Rozważał wówczas opcję przemytniczą, po którą już kiedyś zdarzało mu się sięgać. Jednakże między koniecznością pozbycia się cichaczem sprowadzonych parasolek a nielegalnym przewożeniem przez granicę indyjsko-pakistańską alkoholu jest dość istotna różnica. Czytaj:

O ile na Dalekim Wschodzie, w trakcie wyprawy życia to była prawie kwestia z gatunku do or die, o tyle w Polsce po 1989 roku w warunkach rozkwitających jak grzyby po deszczu bazarów już o takiej presji nie można mówić. Nie do końca legalny import po prostu wiązał się z ryzykiem zubożenia w konsekwencji grzywny oraz konfiskaty towaru ze strony służb celnych i podatkowych.

Ćwiczenie 2. Dziesięciokrotki

Naszemu siłaczowi rura służyła również jako przyrząd do wykonywania dziesięciokrotek. Takim mianem określił on podciąganie się na dwóch rękach przeplatane zwisaniem na jednej. Przy czym, zwisać należy tyle sekund, ile wynosi iloczyn: 10 razy liczba podciągnięć. Jak zrobisz ich 5, to potem trzeba 50 sekund wytrzymać (nie jest zabronionym zmienianie rąk w czasie zwisania), i to jest ćwiczenie naprawdę męczące. Zarazem pozwalające w zaciszu sali gimnastycznej lub nawet własnych czterech ścian efektywnie zmęczyć się naśladując wysiłki podejmowane przez wspinaczy.

Kurtyka po latach wyjawił, że dzięsieciokrotki pozwalały mu zaznawać czegoś w rodzaju “oświecenia”, a z zewnątrz jego sylwetka przypominała ponoć podwieszoną pod sufit kulę mocy. Nic dziwnego że euforyczne doznania pojawiały się w sytuacjach, gdy liczba podciągnięć przekraczała 20. I w nagrodę za ten wysiłek nie mógł się ów siłacz w owych czasach raczyć jak my dziś karotką czy innym kubusiem. 😉

Ćwiczenie 3. Zadawaj ze szmaty

“Niech moc będzie z Wami” – ten slogan zna prawie każdy – nie tylko miłośnik Gwiezdnych Wojen. W czasie największego psychicznego zgnębienia, przytłoczenia przez codzienne bolączki i niepowodzenia Kurtyka napełniał się mocą i lepszym samopoczuciem. Chcąc dodać sobie otuchy i zapomnieć o trudnościach sięgał po wybitnie wspinaczkowy wariant podciągania się. Mówiąc wprost – zadawał ze szmaty. Czyli podciągał się na jednej ręce z pozycji startowej opisywanej jako zupełny zwis.

Ów zupełny zwis w nomenklaturze wspinaczkowej porównywany jest ze szmatą. Taką która luźno zwisa np, w czasie wysychania na sznurze. Regularne treningi sprawiły że nasz mistrz dwukrotnie w jednej serii zadawał ze szmaty, co jest mega dobrym wynikiem, wziąwszy pod uwagę fakt, że przed laty (a jest on grubsza w wieku Twoich czy moich rodziców lub nawet dziadków) kalistenika czy crossfit nie były aż tak popularne. Owszem jej poszczególne elementy znane były wyczynowym sportowcom, kulturystom i joginom, ale ludzi o takiej wiedzy i zacięciu do formowania krzepy niełatwo było spotkać poza określonymi środowiskami.

Pod wpływem wyjątkowo niefortunnych niekorzystnych dla naszego bohatera zdarzeń dotyczących wkurzył się na tyle, że zdołał zadać trzykrotnie ze szmaty, tym samym bijąc swój prywatny rekord. A jak się skończyła cała ta historią z parasolkami i skarbówką? Jeśli Was zżera ciekawość – to już sami doczytajcie w “Chińskim maharadży” lub napiszcie w komentarzu, bym dosłał Wam odpowiednie fotki.

Kurtyka przyznał też, że trening wspinaczkowy w jego wykonaniu miał dwie strony medalu: jasną i ciemną. Awersem była chluba czerpana z dużo większej niż przeciętna sprawności fizycznej, która bliższa była zawodowym sportowcom albo dzisiejszym crossfiterom. Przy czym nie trzeba być chłopem jak dąb, mieć barków jak u drwala i smukłości gimnastyków oraz elastyczności, jaką prezentują akrobaci. Rewers w tym ujęciu stanowiła konieczność pewnych wyrzeczeń, podporządkowania się rygorowi oraz jak to określił bohater tej opowieści „neurotyczna udręka często chybionych wysiłków”. Na tym skończę, bo wybieram się na plenerową siłownię, aby chwycić za drążek. Carpe diem, carpe drąg. 😀