W kontrze do siebie postanowiłem umieścić moje ostatnie wielkomiejskie lokum (kawalerkę na warszawskim Mokotowie w sąsiedztwie Politechniki – jakieś 115 m n.p.m) oraz Nędzówkę (małą część względnie dużej tatrzańskiej wsi Kościelisko – 952 m n.p.m)

Centrum Warszawy było OK, ale…

Zamieszkiwanie blisko biurowca, w którym się pracuję; w miejscu świetnie skomunikowanym (metro, tramwaje) i w pełnej atrakcji stolicy, ma swoje ewidentne korzyści (że tylko wspomnę np. o małych, przytulnych lokalach gastronomicznych, wielkich centrach handlowych i nocnych klubach).

Młodych, aktywnych ludzi, sklepów i punktów usługowych jest w bród; można się obyć bez auta, a na miłośników wysiłku sportowego czekają liczne obiekty, do których nierzadko można mieć pół- lub prawie darmowy wstęp. Przynajmniej taki mają osoby zatrudnione w korporacjach – jeśli ich firma w ramach pozapłacowych świadczeń pracowniczych wyposaży ich w kartę typu Multisport. Jak to trafnie podsumował mój Nizinny przyjaciel: “Wszędzie blisko – z forsą wszystko!”

(żeby nie było to nadal pracuję w korpo i również taką kartę posiadam)

dopiero poza nią poczułem się swobodnie!

Wśród zalet mieszkania w górach wymienić należy:

CISZA

Jej “natężenie” na górzystym odludziu jest zdecydowanie mocniejsze niż w “oszalałej od hałasu” metropolii, w której wszystko jeździ, huczy, dudni, trzeszcze, szumi, i powoduje zgiełk. Cisza koi nerwy, umożliwia błogi sen, zapewnia okazję do przeżyć o charakterze duchowym. A przede wszystkim pozwala współczesnemu człowiekowi (nawykłemu do długotrwałego używania słuchawek) usłyszeć swój wewnętrzny głos, a nawet porozmawiać z sobą samym.

PIĘKNE WIDOKI

Krajobrazy muszą w jakimś stopniu wpływać na psychikę ludzi. Skoro są oni w stanie płacić nawet bajońskie sumy nie tylko za komfort, ale i za to, by widok z ich apartamentowców przyprawiał o zawrót głowy. Każdy, nawet największy abnegat pozbawiony gustu i niedbający o estetykę, od czasu do czasu jest w stanie docenić fakt, że oto przed jego oczyma wyrasta pejzaż rodem z fotosów filmowych.

Mam tu na myśli obraz rzeczywisty, naturalnie urzekający swą harmonią i barwami, a nie wygenerowane przez Hollywood kadry, obecnie będące w natarciu. Bo filmowcom jest łatwiej i taniej sięgnąć po CGI i komputerowo dopieszczać green-screeny niż kręcić plenery w pełnych uroku, nierzadko trudno dostępnych lokalizacjach. Do niektórych można dojechać, do innych dojść, a na te najwyższe – wspinać się godzinami z mnóstwem sprzętu na plecach.

Dość regularnie karmię się wspaniałymi zachodami słońca (to mi się chyba nigdy nie przeje), które obserwuję w niedzielne wieczory z wierzchołka Nosalu. Wracając z skądś, zahaczam o niego autem lub czasami wbiegam, nadrabiając dystans pokonywany w trakcie szybkiego przebierania nogami: o bieganiu po górach

OTWARTA PRZESTRZEŃ

Liczne polany leśne, pola, rozległe hale i pewne fragmenty dolin potrafią nieomal przytłoczyć swą wielkością miastowych, którzy mieszkają na zamkniętych osiedlach, w zwartej zabudowie podmiejskich domków lub w kamienicach wypełniających centralne dzielnice wielu polskich miast.

Żaden biurowy open-space (z ang. otwarta przestrzeń) nie umywa się do tych lokacji, które pozwalają podziwiać bezkresny horyzont.

BLISKOŚĆ NATURY (sensu stricto)

Nie wiem jak dla Was, ale ja mam tak, że przebywanie wśród tego, co naturalne po prostu leży w mojej naturze. Odstręczają mnie: tworzywa sztuczne, stosy niepotrzebnych przedmiotów, zaśmiecone alejki i zalane asfaltem przestrzenie (poza drogami) – wszystkie te bardzo przekształcone i zanieczyszczone przez chciwego człowieka miejsca. Swój głęboki sprzeciw wobec tego wyraziłem już kiedyś w jednym wpisie:

więc zanadto tej myśli ponownie nie będę rozwijać. Niechaj ten akapit domknie się cytatem autorstwa Mehmeta Murata Ildana (współczesnego tureckiego pisarza), z którym zgadzam się w 100 procentach: “Piękno natury pozwala zapomnieć o całej brzydocie świata!” (trochę brutalne, ale gdyby się nad tym głębiej zastnaowić, czyż to nie prawda?)

PRZYRODA (sensu largo)

– dla jednych to tylko chwilowa “odskocznia” od betonu, szkła i plastiku. Dla innych – źródło inspiracji w wielu dziedzinach, pomocne w zrozumieniu, jak dbać o zdrowie, prawidłowo odżywiać się, mieszkać w przyjaznym otoczeniu i żyć w harmonii (nie tylko z własnym zegarem biologicznym).

Większość z nas urodziła się mieszczuchami lub takowymi się stała, w międzyczasie przechodząc przez stadium bycia “słoikiem” (nie ma w tym nic złego. Sam czuję się jak słoik) Moim zdaniem, po osiągnięciu pewnego stopnia rozwoju i wyszumieniu się za młodu, zew natury prędzej czy później odezwie w nas z apelem: “Człowieku, nie pędź tak dalej i wyrwij się z okowów sztuczności – wróć na łono natury – tam, gdzie Twoje miejsce”.

TLENOSFERA

Mieszanka powietrza, jaką oddychałem, mieszkając na warszawskim Mokotowie (nawet dotleniana bliskością Pól Mokotowskich) ma się jednak nijak do tej, którą wdycha się, idąc chociażby Doliną Kościeliską. I nawet jeśli na dużych wysokościach tlenu zaczyna brakować:

to i tak, każdorazowo, wychodząc w góry, czuję jakbym dotleniał ciało i wchłaniał nową energię drogami oddechowymi. Górskie szlaki (te poniżej 2500 metrów) dostarczą Twym płucom nadwyżki życiodajnego powietrza, które potem wysokogórska wspinaczka będzie starała się zabrać z powrotem. Pod tym kątem patrząc, górska okolica jest jak sknera – wpierw trochę daje, później więcej zabiera 😀

Oczywiście, wszystkie okoliczne zabudowania muszą być jakoś ogrzewane, a ponadto trzeba do nich dojechać, więc powietrze w niecce podhalańskiej – mówiąc łagodnie – nie należy do najczystszych w kraju.

Pewnego razu na Sarniej Skale widziałem żółtawo-szare chmury unoszące się nad Zakopanem. Tamtejszy smog wygląda na tyle charakterystycznie, iż nie da się go pomylić z mgłą. Miałem tę niechcianą przyjemność “podziwiania go” w weekendowe poranki, kiedy na dłużej opuszczałem cztery ściany. Szczęśliwie jednak nie musiałem na co dzień mieszkać pod jego płaszczem.

Kościelisko bowiem położone jest na wzniesieniu, domostw jest niewiele, a większość z nich wyposażona w grzejniki elektryczne. Wynajmowałem mieszkanie przy tamtejszej głównej ulicy (Strzelców), tuż obok jednego z wejść do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Z pobliskich punktów widokowych nie raz i nie dwa widywałem, jak podczas bezwietrznych dni nagromadzona w dolinie zabudowa zimowej stolicy Polski dusi się w kłębach smogu. A o tym, jak mi się tam w szczegółach mieszkało, dowiecie się z tekstu:

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 7 Średnia ocena: 5]