Postanowiłem zapisać się na zimowy kurs taternicki, bo co to za zima na samych tylko nartach i paralotni? A gdzie rozwój wspinaczkowy, ja się pytam! Gdzie progres w zakresie skillsów. Czasy mamy bowiem niekoniecznie sprzyjające: pogoda płata figle, covid 19 wciąż jest obecny, ale siedzieć w chałupie na pupie lub tylko pracować całymi dniami nie wypada. To byłoby bardziej szkodliwe, więc zdecydowałem się dopełnić taternickiego szkolenia.

Historia drogi Kochańczyka. Powrót do przeszłości – na rozgrzewkę.

Niemal dokładnie ćwierć wieku temu (w okresie przedwiośnia 1996 roku) pewien znany już wówczas w środowisku wspinaczkowym instruktor Michał Kochańczyk prowadził szkolenie w Tatrach. Swoją w bazę miał w równie znanej Betlejemce na Hali Gąsiennicowej. Jednym z jego młodych adeptów był Bogusław Laskowski, a gdy marcowe załamanie pogody uniemożliwiło obu mężczyznom pokonywanie kolejnych dróg szkoleniowych, postanowili zrekompensować to sobie ćwiczeniami lawinowymi.

Wprawne oko nauczyciela (już wówczas “Dziadka” ;-), bowiem ów łojant liczył znacznie więcej niż 30 wiosen) dojrzało szansę wytyczenia nowej drogi na niezbyt okazałym progu opadającym ze ścian Kotła Kościelcowego. Kociół ów znajduje się w rejonie Hali Gąsiennicowej, a konkretna lokacja, której dotyczyć będzie ten wpis, nosi oficjalną nazwę Buli pod Kotłem Kościelcowym.

Bula to termin z dziedziny geomorfologii, oznaczający “kopiaste lub okrągławe wzniesienie na grzbiecie górskim” (nieco mniej wybitne od kopy). Jeżeli nie jesteście po raz pierwszy na tym blogu, to pojęcie wybitności już powinno być Wam znane, poruszane było m.in. tutaj:

Wraz ze swoim kursantem doświadczonemu taternikowi udało się poprowadzić drogę, o której on sam pisał, że “ma charakter szkoleniowy i można się na niej wspinać nawet w czasie niepogody”. Chodzi mu przede wszystkim o to, że właśnie w warunkach lawinowych, ta konkretna droga nadaje się do wycofywania się. Pozwala to znacznie zredukować ryzyko gwałtownego oderwania się mas śniegu z wielkich pól tej góry oraz z przebiegającego w pobliżu żlebu.

Z czasem – ta nazwana Drogą Kochańczyka (wycena M3 lub III w skali Kurtyki), bo w zamierzeniu autorów mająca uchodzić za ścieżkę treningową – stała się jedną z najpopularniejszych dróg zimowych w okolicy. Jest dość mocno oblegana, o czym dowiedziałem się post factum. Co więcej byłem dość długo pewien, że to właśnie z nią przyszło mi się ponownie zmierzyć w marcu 2021 roku. Ponownie, gdyż szedłem już tamtędy kilkanaście miesięcy wcześniej:

“Panie Kowalski, to nie ta droga!” 😀

Mamy akurat przedwiośnie 2021 roku i byłem święcie przekonany, że łojąc tamtego dnia, podążam śladami panów Kochańczyka i Laskowskiego. Nie potrafiłem ukryć zdumienia, gdy się okazało, że “na dzień dobry” zaplikowane mi zostały sąsiadujące z nią Warianty Kursowe. To był pierwszy dzień kursu, więc miałem prawo oczekiwać, że w ramach “zapoznawania się z łojantami” będzie raczej lajtowo.

Warianty Kursowe. Wyciąg 1.

Bula pod Kotłem Kościelcowym
Podejście pod Bulę. W tle Czarny Staw Gąsienicowy
Drogi na Buli pod Kotłem Kościelcowym – źródło Damian Granowski Drytooling.com
Warianty Kursowe na powiększeniu. – źródło Damian Granowski Drytooling.com

Podzieliśmy się na zespoły, typowe dwóch na dwóch. 😉

Moim partnerem był Maciek (na początek jemu w udziale przypadło prowadzenie), a drugi duet tworzyli Janek wraz z instruktorem. Jak dla mnie, początek drogi był dość trudny. Trawersowaliśmy na lewo, a następnie przeszliśmy na prawo, przechodząc przez wystający spory głaz. I ten głaz był właśnie taki problematyczny, żeby osadzić asekuracje, trzeba było wyjść wysoko na nogach Chwilami odnosiłem wrażenie, jakby to był drajtul, gdyż skała była całkowicie osłonięta od śniegu.

Przydarzyła się nam heca z czerwonym friendem – dla niezorientowanych w temacie – krzywkowym przyrządzie służącym do zakładania punktów asekuracyjnych. Takowy z czerwonymi wihajsterami utkwił nam w skale, po tym jak zbyt głęboko wcisnął go Maciek. Mimo kilku prób wyciągnięcia go (skutek był taki, że troszkę poraniłem sobie kłykcie, starając się go dobrze chwycić – bez rękawiczek, bo manipulowanie gołymi palcami jest przecież precyzyjniejsze), nie udało się go nam ruszyć.

Dopiero po zakończeniu wspinaczkowej batalii, wróciliśmy w to miejsce i używając kilku narzędzi nasz instruktor wyjął tego czerwonaka. Dla nas to była nauczka, aby nie wciskać friendów zbyt głęboko w szpary. Oraz tak manipulować tym przyrządem, żeby krzywki nie były maksymalnie złożone. Dla Was niechaj ta historia będzie przestrogą – nie bierzcie z nas przykładu, nie idzcie tą drogą 😉 To znaczy same topo możecie zrobić, ale bez takich wpadek.

Dalej poruszaliśmy się “żeberkiem” po skosie, który od pionu odbiega mniej więcej tak, jak pokazuje na tarczy zegara wskazówka wycelowana w godzinę 11. Aż do skrzyżowania z Drogą Roka innej trasy obrać się nie da, a na krzyżówce założyliśmy pierwsze stanowisko.

Pierwsze stanowisko

Wyciąg 2. Kowalski na prowadzeniu, już świadomy swego miejsca na Ziemi

Dokonaliśmy zmiany “na fotelu kierowcy” – odtąd to ja szedłem na pierwszego, pamiętając, by uprzednio podwinąć portki i zebrać do kupy rozbiegane myśli. Może gdybym miał jakąś niewiastę za partnerkę, to bym się skłaniał ku jakiejś metaforze tanecznej…Ale wiecie zamiast np. Ani – tej Ani – bohaterki tej konfesji:

na jednej linie złączony byłem z Maćkiem, a mówiąc delikatnie: wiecie, to nie to samo 😛

Start drugiego wyciągu – Warianty Kursowe
Drugi wyciąg. Autor zdjęcia Damian Granowski

Tak czy owak ruszyliśmy dalej, aż do wspólnego siodełka z Drogą Klisia. Kliś to również nazwisko, w tym rejonie główne drogi mają niezbyt wyszukane nazwy – za to skutecznie upamiętniają tych kozaków, którzy je wytyczyli. Z siodełka mogłem dość dobrze przyjrzeć się położonemu o kilka metrów niżej stanowisku, przy którym odpoczywała dwójka innych łojantów podążających Drogą Kochańczyka. Stawiam dolary przeciw orzechom, że to był tandem instruktor-kursant, takie po prostu sprawiali wrażenie. Zresztą sami zobaczcie:

zespół podchodzący Drogą Kochańczyka

W tamtym punkcie krzyżują się ze sobą 3 drogi:

  • Klisia (widać stąmtąd piękne zacięcie M 4+),
  • Kochańczyka,
  • oraz kontynuacja drogi Warianty Kursowe.

Na upartego można by tam założyć stanowisko pośrednie, ale lepiej grzać do góry, odbijając na prawo w kierunku śnieżno-trawiastej wielkiej półki (teren 0+). Tak też zrobiliśmy, a po przejściu około 15 metrów nadszedł czas na założenie kolejnego stanowiska u podstawy prawego zacięcia.

Wyciąg 3. Brak liny i stanowisko z czekanów

Start wyciągu 2.

Start trzeciego wyciągu rozpoczął się od pokonania zacięcia M2. Wdrapywaliśmy się prawą stroną, która jawiła mi się jako praktycznie pozbawiona trudności – wariant ten “leci” dalej łukiem po żeberku aż do pól śnieżnych.

Z pól śnieżnych widzę prawilne stanowisko zjazdowe – tyle że zabrakło liny, żeby tam dotrzeć. Gdybym za partnera miał bardziej doświadczoną osobę, to można by pójść na lotnej. Ale instruktor uznał, że nie jest to najbezpieczniejsza z opcji, więc zmontowaliśmy dodatkowe stanowisko z…czekanów.

Pola śnieżne. tutaj montuję stanowisko z czekanów pod czujnym okiem instruktora Damiana

Wyglądało to tak, że każdy z nas wykopał odpowiedniej wielkości dołek i umieścił weń czekan. Następnie przywiązaliśmy do nich taśmy (na tzw. krawat) i złączyliśmy je dzięki takiemu “zakręconemu karabinkowi”, który fachowo zwie się HMS-em.

Krzyknąłem do Maćka, że mam “auto”, więc on się wypiął ze swojego przyrządu. W tym czasie ja wybrałem linę i podłączyłem go do niego jako asekurujący. W efekcie tych zabiegów on szybko i sprawnie pokonał dzielący nas dystans. Potem razem, przeszliśmy te kilka ostatnich metrów i znaleźliśmy się na stanowisku zjazdowym.

Warianty Kursowe – zjazd

Jest to wspólne stanowisko dla wszystkich wyżej wspomnianych dróg. Zjazd odbywa się do żlebu obok.

Maciek i Janek na stanowisku zjazdowym
Zjazd do żlebu

Związaliśmy ze sobą dwie liny połówkowe i byliśmy gotowi na najprzyjemniejszą część całej operacji: zjazd i zejście do schroniska w Murowańcu, gdzie czekał na nas obiad. Już wtedy byłem głodny jako cholera, a w głowie kołatała mi myśl o pysznym schabowym, jaki tam podają.

Z racji zagrożenia lawinowego ograniczyliśmy pierwszy zjazd do pośredniego stanowiska zjazdowego, żeby z tamtego miejsca ostrożnie zjechać jeszcze raz już do żlebu. Wszystko po to, aby jeszcze będąc spiętymi liną (mieć jej większy zapas) na spokojnie zejść do wypłaszczenia – bez obaw, że na dół sprowadzi nas siła wyższa w postaci małokomfortowego zwału białego puchu. Mógłby on być groźny – dla mnie i moich druhów.

Stanowisko zjazdowe pośrednie. Mnóstwo miejsce. Przystanek dla wspinaczy z 60m liną pojedynczą
Razem z Jankiem już stoimy bezpiecznie “na ziemi”

A na sam koniec jeszcze drobna wskazówka. Otóż przy zjeździe warto unikać zjeżdżania przez same kosówki, gdyż przy ściąganiu liny w dół, biedaczka może się zaklinować. A to byłoby jak na jeden dzień i jedne topo za dużo: wystarczy, że posiłek nasz opóźnił się z powodu owego czerwonego frienda. Zarówno friendów, jak i przyjaciół nie zostawia się zakleszczonych w skalnych szczelinach – zapamiętajcie to sobie po wsze czasy. To powiedziawszy, odmeldowuję się 🙂