Było nas czworo (bez skojarzeń z polską komedią małżeńską pt. “Czworo do poprawki” proszę 😉 akurat tyle, ile trzeba do większości deblowych gier zespołowych (bilard, kręgle, sporty rakietowe itd.), planszowych i karcianych. Albo do wspólnego wyjścia chociażby do teatru, restauracji, dyskoteki bądź popływania kajakami – czyli tych wszystkich grupowych atrakcji, od których odciął nas pewien niewarty przywoływania wirus.

Tak niewielka liczebnie ekipa idealnie mieści się w każdym, choćby nawet niewielkim aucie, co pozwala myśleć realnie o kolejnej, znacznie dłuższej eskapadzie, która wymagałaby dodatkowego sprzętu, prowiantu i bagaży.

Zanim takowa nastąpi, poznawaliśmy się w przyjemnych okolicznościach; wśród bardzo pięknej przyrody na polskiej ziemi, stanowiącej od niedawna moją bliską okolicę. Jeśli ktoś musiałby edytować np. dla potrzeb Wikipedii mój krótki esemesowy biogram, to fraza “polski podróżnik, miłośnik wspinaczki i wszystkiego, co górskie” zobowiązuje mnie do jeszcze lepszego poznania Tatr, nim godzien będę określić je “swoją dzielnicą”.

Oto, z kim miałem niekłamaną przyjemność miło spędzić tamten dzień:

Zuza w środku, Sylwiusz po prawej, a gdzie Skrzynia?

Zuza – całe życie na nartach jeździ, więc zaprawiona w bojach niewiasta. Dodatkowo od ponad 3 lat na skiturach, więc trochę nam tam (całkiem słusznie zresztą) “matkowała”, a ja niczym młody nieopierzony pelikan z otwartym dziobem łykałem wszystkie jej rady i sugestie.

Ania – pasjonatka biegania, z którą koleguję się od dłuższego czasu, pochodzi z Kielc, ale poznaliśmy się przy okazji biegania po warszawskim parku. Dla niej również był to jej pierwszy raz na skiturach. Wcześniej uczestniczyła w zaledwie jednym treningu narciarskim, więc tym bardziej należą się jej brawa za odwagę i gratulacje za radzenie sobie. Swoje sportowe (i nie tylko) dokonania dokumentuje na instagramie (“Skrzynia_biegow”)

Sylwiusz – Ślązak o tak rzadkim imieniu – mój ziom od paralotni. Zaprosiłem go na weekend do zimowej stolicy Polski i zapytałem, czy kiedykolwiek jeździł na nartach. Odpowiedział, że nie. Więc tym bardziej nie miałem cienia skrupułów, namawiając go skutecznie do utraty dziewictwa w tej materii. Inna sprawa, że towarzystwo sympatycznych, usportowionych koleżanek także stanowiło niebagatelny argument “za”. 😉

Z całej naszej czwórki jedynie Zuza była za pan brat z taką formą łażenia po górach. Tego dnia po raz pierwszy założyłem takie narty, przypiąłem do nich foki i przyzwyczaiłem się do nowej formy górskiej rekreacji. Do tej pory z instruktorem szlifowałem technikę zjeżdżania na stokach narciarskich w Białce Tatrzańskiej. Od paru tygodni byłem tam częstym gościem, dopóki ośrodek pozostawał otwarty. Niestety ogólnopolskie obostrzenia skutkowały zawieszeniem przeze mnie tej aktywności (stąd pomysł na skitury)

Dwojgu pozostałym bohaterom również należą się brawa.

Jak się chodzi na skiturach?

Sylwiusz pokonuje wzniesienie. Wygląda jakby jodełkował, a wczesniej podchodził bokiem
wywrotka 🙂 Powrót do pozycji V

Techniki są trzy, a to, z której korzystamy w danym momencie zależy głównie od kąta nachylenia zbocza. Jeżeli jest on niewielki, to opisane wyżej foki pozwalają na w miarę bezpieczne posuwanie się naprzód w normalnej pozycji. Narty są wówczas równolegle względem siebie, a my asekurujemy się kijkami, co wymaga dość intensywnej pracy ramion, podobnej do tej, która jest udziałem biegnących narciarzy i biatlonistów.

Jeśli natomiast stok jest bardziej stromy, to zmuszeni jesteśmy “jodełkować”. Nie mylić z “jodłowaniem” to rytmiczne stawianie kroków pozostawiające na śniegu charakterystyczne ślady przypominające jodłową choinkę. Nogi trzymamy szeroko w rozkroku, kolana są skierowane do zewnątrz, a a końcówki nart nieomal się stykają. Z podłożem stykają się wtedy wewnętrzne krawędzie nart, które ustawione są w pozycji V. I tak sobie tuptamy, będąc zwróconym twarzą ku szczytowi. 😉

Naprawdę strome zbocza wymagają od nas – narciarskich piechurów – schodkowania, czyli de facto wchodzenia bokiem. Nasze “płozy” powinny być tym solidniej zakrawędziowane, im większy kąt nachylenia stoku. Należy je ustawiać prostopadle do linie stoku i pamiętać o ugiętych kolanach i ostrożnym przenoszeniu ciężaru z jednej nogi na drugą czyli z narty górnej na dolną. W zachowaniu równowagi pomocne okazują się kijki, a równie nieodzowne są: spokój, opanowanie i cierpliwość. Im mniejszą wprawą w takim “przebieraniu nogami” możecie się pochwalić, tym trudniej Wam będzie dotrzymać kroku doświadczonym skiturowcom. Ale – jak do wielu rzeczy na tym świecie = takze i do schodkowania odnieść można stwierdzenie “nie od razu Kraków zbudowano”.

Dolina Goryczkowa jakby żywcem wyjęta z marzenia

Samą drogę na skiturach wspominać będę jako bardzo łatwą i przyjemną (ok. 1h podejścia). Taka akurat, w sam raz na początek. Trochę czasu nam się zeszło w Kuźnicach, gdzie wypożyczaliśmy sprzęt dla naszej ekipy. Uczyliśmy się też, jak szybko i sprawnie zakładać i zdejmować foki. Zasadniczo do tego w sumie sprowadzało się “oszpejenie się”, choć tym razem zamiast trudnej ściany przed nami była miła wędrówka.

Kierunek Dolina Goryczkowa 2,9 km.
Mapa pokazuje ścieżkę którą podchodziliśmy do stacji kolejki Goryczkowa oraz początek zjazdu (nartostrady) w dół do Kuźnic

Tyle teoria, przed końcem tego wpisu, wróćmy jeszcze na nasz szlak, który przez niemal całą drogę przebiegał wzdłuż potoku i nartostrady. Gdzieś w połowie wędrówki nasza marszruta odbijała nieco bardziej w las, a pod sam koniec mieliśmy kilka stromych odcinków. Na tyle stromych, że troje z nas zdecydowało się pokonać je bez nart. Wyjątkowo upartym typem okazał się Sylwiusz, który nie odpinał wtedy ślizgów, męczył się chwilami niemiłosiernie, ale wytrzymał w swym postanowieniu. Ten jego upór w pewnej chwili sprawił, że przypomniałem sobie Erharda Loretana, który też korzystał z podobnych zapewne nart, gdy niestrudzenie sunął po lodowcach Antarktydy:

Kilka wywrotek na skiturach owszem zaliczyliśmy, żadna jednak nie miała posmaku ryzyka złamania sobie czegokolwiek, a śmiechu trochę przy nich było. Koniec końców, przecież nie trzeba być orłem, aby porządnie “wywinąć orła” i tym samym dać towarzyszom asumpt do okazania na twarzy nader zdrowego gestu radości. Szło nam się łatwo, a tym co pozostanie mi w pamięci będzie wrażenie, że z nartami na nogach trasę tę (nawet być może latem) pokonuje się w krótszym czasie niż w solidnych butach trekkingowych.

Bezproblemowy okazał się również zjazd. Tylko sam początek nosił znamiona stromizmy, potem teren uległ spłaszczeniu, a gdzieniegdzie nadarzała się okazja do wyskoku z hopki. Dla całej naszej czwórki było wystarczająco dużo miejsca – zwężenia a i owszem występowały, ale obylo się bez wąskich gardeł. Dodatkowo, co bardziej niebezpieczne miejsca ogrodzono siatką lub obłożono materacami. Pomimo tak dobrych okoliczności nie da się tej trasy porównać z tym, co miłośnikom białego szaleństwa oferują właściciele stoków stricte narciarskich.

Przymierzyłem – pochodziłem – skitury pokochałem

Tak uroczo i prosto wiodła nas ścieżka w Dolinie Goryczkowej (przy podejściu)
Najbliższe otoczenie przed wejściem do lasu
Przechodzimy właśnie przez mostek

Z zimy na zimę coraz mocniej uwielbiam jazdę na nartach. Ze wszystkich rodzajów, które miałem okazję wypróbować, szczególną uczuciem darzę właśnie skitury. To był mój pierwszy raz i wyznam Wam, że je “pokochałem od pierwszego założenia”. Za co ?

Skitury pozwalają wyruszyć na spotkanie pełnokrwistej przygodzie, wejść między drzewa, łazić wzdłuż wijącego się potoku górskiego, a potem zjechać nartostradą wprost do schroniska. To znacznie inna gama smaków niż te, których źródłem są stoki narciarskie, obecnie zawieszone. Posiadając skipass można na nich trenować do woli, szlifując technikę jazdy i podziwiając co zdolniejszych towarzyszy. Ale dopiero skitury pozwalają trawersować (np. w Alpach, do których będę musiał wrócić kiedyś z nartami) i mieć pewność, że nawet dłuższa przygoda zakończy się szczęśliwie – ot np. jakimś ciepłym, domowym obiadkiem. 🙂

Jeżeli jesteś ciekaw na jakim sprzęcie się ślizgam, zerknij tutaj: