Gerlach albo Gierlach czyli 2 zdobywników, 1 zapiątek i 0 zmartwień

Z nazwą Gerlach po raz pierwszy styczność miałem w dzieciństwie. Nie raz i nie dwa zdarzało mi się używać zastawy stołowej (wtedy nie wiedziałem nawet, że to się tak fachowo nazywa) czyli widelca, noża i łyżki sygnowanych słowem “Gerlach”. Okazuje się, że w słusznie minionym okresie marka Gerlach – istniejąca od 1760 roku – była w Polsce synonimem akcesoriów stołowych. Wow! Co za skuteczny “chłyt marketingowy” – skojarzyć za pomocą nazwy sztućce z najwyższą górą w danym regionie. Domyślam się, że autorowi tego konceptu mogło chodzić o “najwyższą jakość” wyrobów jego firmy.

A później, już na lekcjach geografii inny Gerlach (lub Gierlach – bo obie formy są w użyciu, choć ta druga rzadziej stosowana) poznałem. Teraz muszę Wam pokazać Króla Karpat (2655 m n.p.m.) i temu ma służyć niniejszy artykuł. 3,2,1,0! Startujemy z kolejnym, jeszcze świeżutkim materiałem z co dopiero odbytej (sierpień 2019 r.) wycieczki.

Razem ze znanym Wam już Marcinem (był ze mną m.in. na Mont Blanc, Elbrusie, Kazbeku, Kończystej i Kościelcu)..

…szliśmy Walowym Żlebem do Przełęczy Tetmajera, a następnie podążaliśmy wspaniałą granią aż do szczytu. Zanim to nastąpiło, mieliśmy przymusowy przestój pogodowy. Aura trzymała nas w niepewności aż do godziny 14, a rzeczą, mówiąc łagodnie, niezalecaną jest wychodzenie o tej porze w wyższe partie gór. Cóż jednak mieliśmy zrobić, kiedy przez połowę dnia nisko wiszące chmury schowały przed nami żleb? Słychać również było kilka grzmotów – a może to był tylko samolot? Nie wiem. Zresztą, czy statki powietrzne nad Tatrami lecą tak nisko lub tak hałaśliwie, by słychać je było? Ktoś z Was wie może?

W każdym razie czekaliśmy, obserwując, jak rozwinie się sytuacja. Kiedy miałem już zamiar podjąć decyzję o wycofie, zza chmur wydostało się słońce i był to dla mnie sygnał, aby obudzić mojego druha. Wylegiwał się nieborak na kamieniu (zmęczony całonocną podróżą), z nogami schowanymi w plecaku (zapewne dla lepszej termiki) 😀

Ale dlaczego w moim plecaku?! 🙂

Scenę tę z boku widziało dwóch mijających nas turystów i w pewnej chwili jeden z nich dał wyraz powątpiewania, czy ten człowiek obok mnie ma dość sił, by ruszyć na szczyt. Marcin wyglądał bowiem, jakby ducha wyzionął. To chyba był najzabawniejszy moment naszej wyprawy, która na dobre rozpoczęła się, gdy umilkł już gwar w Batyżowieckiej Dolinie. Całe tabuny ludzi, które zeszły Żlebem Batyżowieckim, już dawno się rozpierzchły.

Droga do Króla Karpat

Idąc granią na szczyt. Widok na Kończystą. Jej wierzchołek dotyka chmur

Powiązaliśmy się liną i weszliśmy w żleb. Początek był raczej nieciekawy – prawie wszystko, czego się dotknęliśmy…nie zamieniało się niestety (a może stety) w złoto…ale było ruchome. Nawet głazy wielkości niezłej klasy telewizora! Jednak w miarę upływu czasu, wieczór stawał się coraz bardziej magiczny, a zadowolenie ogarniało nasze umysły i było łatwo dostrzegalne na naszych twarzach.

Na przełęczy Tetmajera

Z Warszawy wyjechaliśmy autem ok. 21 w piątek. Gdzieś za Katowicami strasznie zgłodnieliśmy i musieliśmy coś wtrynić na szybko. W okolicy znajdowało się tylko KFC (nieczynne już w środku, za to z funkcjonującym wciąż drive thru), więc zaparkowalismy obok i pieszo podeszliśmy pod okienko. Aby nie mieć problemów z odebraniem posiłku (i przy okazji dla lepszej beki) przy pomocy wszelkich dostępnych śródków udawaliśmy pojazd mechaniczny. Beczka śmiechu została skonsumowana. 😉

Sam atak zajął nam dokładnie 2 godziny, natomiast zejście – co dziwne – trwało znacznie dłużej. Tak też staliśmy się “zdobywnikami” Gierlacha. “Zdobywnik” to neologizm mojego autorstwa – taki ochotnik na zdobywanie szczytów, nie w pełni super kompetentny, przyszły zdobywca. Ukryte w kosodrzewinie przy Batyżowieckim Stawie piwko (oczywiście nie pozostawiliśmy po sobie opakowań zwrotnych, ale muszę przyznać, że piwko zrobiło robotę) wypiliśmy dopiero po zmierzchu. Wróciliśmy bowiem (do stawu) po 20, pierońsko zmęczeni i ponad 30 minut musieliśmy odpocząć. Schodząc do Wyżne Hagi, widzieliśmy piękne światła Popradu i takim to “cywilizacyjnym” akcentem zapisze się w naszej pamięci ten trekking na Słowacji.

było pięknie 🙂

Wycieczka zaowocowała nie tylko wyżej zawartymi anegdotami, ale też kilkunastoma ciekawymi zdjęciami. Oto najlepsze z nich:

Grań od Przełęczy Termajera w kierunku szczytu
Ten zaklinowany głaz na grani w rzeczywistości wygląda na znacznie większy. Lubię takie charakterystyczne elementy

Poniższy fragment (Jerzego Żuławskiego, z wiersza pt. “Na Gierlachu”) pasuje do tej ilustracji:
Głazy mając pod stopą, a nad głową chmurę,
po stopniach piramidy, która z Bożej kielni
wzrosła, gdy jeszcze byli Jego snem śmiertelni,
bez odpocznienia szedłem na najwyższą górę.

Krzyż widoczny z oddali idąc granią od przełęczy Tetmajera

Kawał żelastwa nieco podobny do rękojeści miecza. Są takie obrazy ukazujące życie w średniowieczu (a mówiąc ścislej: jego aspekt polityczno-kulturalny) na których to oba te symbole ciemnych mroków występują razem. U mnie już jednak osobno – i tylko jeden z nich przedstawiono na fotografii. Nie muszę chyba mowić który, prawda?

Krzyż na szczycie

W starych góralskim dowcipie ktoś spytał kiedyś bacę: a jak się u Was mówi na mgłę? A ten (przez wikipedystów definiowany jako “kierownik zorganizowanej gospodarki szałaśniczo-pasterskiej (wypas owiec) w polskich Karpatach” – wybuchnąłem śmiechem, jak to odkryłem) na to: “gó..o widoć”.

Gerlach szczyt. Siedzę przy krzyżu. W tle mgła
U Króla Karpat – Gerlach szczyt

Kolejny Święty Paweł czy Paweł, któremu ktoś wbił krzyż w “krzyż” (czyli mówiąc dokładniej – krucyfiks w kręgosłup 🙂 ? Sami oceńcie, i odpowiedzcie sobie na pytanie: czemu osobnikowi ze zdjęcia maluje się taka radość?

Droga powrotna Batyżowieckim Żlebem

Przykład ostrożnego schodzenia ze szczytu z użyciem metody :”zjazd na pupie z nogami jako hamulcami” :-D. Za modela robi Marcin, ale samej czynności nie należy naśladować, o ile nie jest się nim lub innym…świrniętym i zmęczonym trekkerem.

A na zejściu, kiedy wszyscy turyści już się rozpierzchli, to cudowne górskie stworzenie przywitało nas “sszzy, sszyy” lub podobnymi okrzykami niezadowolenia. Pokłoniliśmy się ładnie i powoli ruszyliśmy do Batyżowieckiego stawu, a następnie do samochodu w Wyżne Hagi 🙂

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 25 Średnia ocena: 5]Już zagłosowałeś