Bywalcom skałek lub tym, którzy nieco więcej czasu spędzili w najwyższych polskich górach, nie trzeba przedstawiać Mnicha. To bardzo znany szczyt i po wielokroć opisywany w książkach oraz w sieci, więc daruję sobie tym razem topograficzne wstawki i historyczne asocjacje. Z łatwością takowe znajdziecie choćby w Wikipedii, a ja rzucę tu tylko kilka liczb dotyczących tej położonej w Dolinie Rybiego Potoku góry.

Otóż Mnich dorósł do wysokości 2068 m, z czego ponad 670 wznosi się nad lustrem największego tatrzańskiego jeziora. A do tego jeszcze 260-metrowa opadająca niemal pionowo północno-wschodnia ściana turni. Po tamtej stronie wytyczono jedne z najtrudniejszych dróg wspinaczkowych w Tatrach – alternatywne wobec tzw. “ścieżki przez płytę”, wiodącej na Mnicha od zachodu. Tę ostatnią (ocenioną na II w skali trudności) lepiej pozostawić zupełnie początkującym osobom, które również chciałyby stanąć na czubku tej góry, a nie mają zdrowia, odwagi, czasu czy też ambicji na “hard way”.

Niezłą satysfakcję daje dopiero droga Klasyczna IV, a jeśli ktoś szuka naprawdę ciekawych trudności, to powinien wybrać drogę Orłowskiego V lub Kant Klasyczny VI-. Ja właśnie tak zrobiłem stsując strategię gradacji trudności (małych kroczków), prowadząc najpierw na drodze Klasycznej i Orłowskiego, natomiast w przypadku Kantu Klasycznego oddałem prowadzenie bardziej doświadczonym kolegom, więc szedłem na drugiego

Szlak na mnicha odnajdziemy bez problemu. Do Szpiglasowej Przełęczy przez blisko ok. 3,5 km prowadził mnie żółty szlak biegnący lekko pod górę. Dzięki temu zaczęło się bardzo przyjemnie, a potem przyjemne…były już tylko widoki.

Przy Wrotach Chałubińskiego zmieniłem ścieżkę na czerwoną, a zaraz potem skręciłem w przedept dostępny wyłącznie dla osób, które mogą pochwalić się umiejętnościami taternickimi. Wbiłem się w północno-zachodnią ścianę niemal jak w masło i aż dziw bierze, że szło mi tak łatwo…no dobrze, przyznam się Wam, że gdzieś na drugim wyciągu były 1-2 miejsca trudniejsze, ale ich pokonanie jedynie spowolniło nieco mój rajd.

W przypadku drogi Klasycznej ,szczególnie istotnym jest to, aby nie przeoczyć pierwszego STANU pośredniego, czyli stanowiska, składającego się z dwóch metalowych kółek (tj. RINGÓW) na trwale umieszczonych (dzięki cementowi). W przeciwnym razie dość szybko można osiągnąć KRUX, czyli taki moment podczas wspinaczki, w którym osoba nie jest w stanie iść dalej. Zanadto się boi lub nie ma do czego się przypiąć, aby nie odpaść ze skały.

Na Mnichu akurat nie ma potrzeby budowania własnych stanowisk (używa się do tego FRIENDÓW lub KOŚCI), bo już są wmontowane i bez większych problemów można wykonać stan. Ponadto na szczycie Mnicha znajduje się stan zjazdowy, czyli dodatkowe 2 ringi spięte łańcuchem, do którego przytwierdzono tzw. KOLUCHO. Takie miano nosi punkt centralny służący do przełożenia liny, co pozwala na opuszczenie się na dół, czyli ZJAZD.

Po tych krótkich żargonowych wstawkach (bo skałkowcy jak niemal każda społeczność mają swój własny slang), powróćmy do opisu wrażeń, przystępnego dla wszystkich. Wokół rozpościerały się wspaniałe tatrzańskie granie i plenery, doskonale widoczne przy tak ładnej, prawie bezchmurnej pogodzie. Po widocznym na zdjęciach ubiorze można by sądzić, że było chłodniej, ale temperatura w południe osiągała swoje blisko 20-stopniowe maksima. Mimo połowy sierpnia w kalendarzu, trzeba się właściwie ubrać, jako że aura jak kobietą – zmienną jest, zwłaszcza w górach. Ze szczytu Mnicha świetnie widać było panoramę Morskiego Oko oraz jego brzegi – zalane turystami, potocznie zwanymi “zdobywcami Cerpostrady”.

Trawers Mnicha ścianą północną

W górnej częsci zdjęcia widać dwóch wspinaczy na Sprężynie
Widok na Morskie Oko

Jeżeli po zameldowaniu się na szczycie poczulibyście niedosyt, to mam dla Was pewną propozycję. Otóż można udać się w trawers Mnicha u jego podstawy na ścianę północną. Takie przejście w poprzek zbocza, nieco na ukos, zaowocuje odnalezieniem takiej perełki jak np. Sprężyna szacowana na VII punktów w skali trudności.

Na razie jeszcze nie mam takich umiejętności, by w taką eskapadę wyruszyć. Jeden z tamtejszych wyciągów jest co prawda za VI, ale ja się na to jeszcze nie piszę. Byłem za to świadkiem wyczynów moich bardziej kompetentnych kolegów. Powiodła się im ta sztuka, dzięki czemu wiem, że mam od kogo się uczyć. Zresztą pozwólcie, że przedstawię Wam tych sztukmistrzów:-) Panie i Panowie! Oto przed Państwem Tomasz i Piotr, których poznałem podczas kursu taternickiego. Takowe szkolenie przeszli już dawno temu, regularnie ich spotkać można w tamtych okolicach i świetnie się z nimi gada – o górach i nie tylko.

Rzeczony trawers (choć sam w sobie dość niebezpieczny) zasługuje na moją rekomendację – nie tylko ze względu prawidłowe zabezpieczenie go PORĘCZÓWKAMI. Przede wszystkim przyzwyczaja nas do ekspozycji i uczy chodzenia na lotnej asekuracji. Mam tu na myśli czynności, jakie wykonują dwaj powiązani ze sobą liną wspinacze. Chodzi o odpowiednie przeloty, które leżą w gestii pierwszej z idących osób. Drugi partner czeka na zakończenie tej fazy. Rusza dopiero, kiedy lina zaczyna się kończyć. A dzięki dodatkowym oporęczowaniu, to asekuracja jest względnie łatwa. Zdecydowanie polecam! Dajcie znać w komentarzach, kto z Was stanął był lub usiadł na głowie Mnicha.

PS. W moich kolejnych wpisach na blogu żargonowe terminy i zwroty (powyżej zaznaczone KAPITALIKAMI) będą się pojawiać ponownie. W miarę możliwości będę je wyjaśniał, ale pragnę Was z nimi oswoić i zachęcić Was do szukania ich znaczenia także na własną rękę.

Głosy gości / Oceń wpis
[Razem: 10 Średnia ocena: 5]