Etapy budzenia w sobie pasji

Punktem wyjścia jest odkrycie tego – musisz na to coś „wpaść”, zrobić to po raz pierwszy. To się nie stanie, jeżeli nie będziesz próbować nowości, jeśli ciągle tkwić będziesz przy czymś, co już znasz lub co masz opanowane. Pozwól od czasu do czasu, by w wolnych chwilach kierował Tobą Twój wewnętrzny eksplorator, poszukiwacz nowych wrażeń, rzeczy i smaków. Ktoś, kto otwarcie wyzna przed otoczeniem, że nie zdołał zjeść wszystkich rozumów i jest ciekawy tego, co się kryje za kolejnym zakrętem.

Kolejnym etapem jest poświęcenie się temu, czyli wielokrotne dokonywanie wydatków energetycznych. W przyrodzie ożywionej prawie wszystko postępuje w zgodzie ze swoim schematem („zużyj jak najmniej energii”). Dlatego właśnie piorun na ogół przemieszcza się ku Ziemi po linii prostej (najkrótszą z dróg), niedźwiedzie zapadają w sen zimowy, a przeciętny student nabywa notatki od ziomeczka ze starszego roku. Chodzi o łatwe i szybkie osiągnięcie pewnego celu, o oszczędność czasu, wysiłku i zasobów np. pieniędzy. Bez których to notabene trudno podróżować gdzieś dalej:

A jeżeli obecnie nawet nie masz zbyt wielu wolnych środków na ten cel, to nie zrażaj się i nie rezygnuj. Kto naprawdę pragnie coś osiągnąć – szuka sposobu, a ten, któremu nie zależy – szuka wymówki.

Kolejny krok jest w mojej opinii najtrudniejszy. Nazywam go zwątpieniem. Kiedy robi się trudno, trasa zaczyna biec ostro pod górkę, albo gdy doświadczasz niepowodzenia lub dosięgają Cię konsekwencje błędów, to zaczynasz wątpić. Opadasz z sił i dopadają Cię myśli o możliwej porażce, konieczności odwrotu lub rezygnacji z dalszego podążania obranym planem działania. To naturalne, nierzadko dojmujące psychicznie stadium podróży do celu. Nie wolno Ci wówczas ot tak rezygnować, musisz znaleźć w sobie wolę do kontynuacji lub przemyśleć wszystkie za i przeciw.

Pasja to popełnianie błędów

Ostatni wyciąg na drodze Żeberko na Buli pod Bandziochem – Kominek
Lodospady pod Bańdziochem
Lodospady pod Bańdziochem – na szczycie Buli
Zdjęcie portretowe Maćka

W mojej pracy czasem zachęcam zespół do popełniania błędów (rekomendowane jedynie przy założeniu, że kultura organizacyjna firmy na to pozwala) i uczenia się, jak reagować na ich konsekwencje. Dzięki temu ewentualne uchybienia czy problemy w przyszłości nie przeistoczą się w wielki kryzys. A ludzie, z którymi pracujesz na tę okoliczność będą już przetestowani – zyskają większą pewność siebie, a cała negatywna sytuacja nie będzie ich tak paraliżowała.

Z popełnionych omyłek trzeba wyciągnąć lekcje – a takie korzyści oferuje niemal wyłącznie praktyka. Teoria i akademickie rozważania są w tym względzie niewystarczające. Jeżeli przetrwasz etap zwątpienia, to okaże się, że najprawdopodobniej odkryłeś swoją zajawkę 🙂 I życzę Ci z całego serca, żebyś ją pielęgnował i nie poddawał się.

Wszystko może się przejeść – nawet ten sam rejon Tatr

Wyznam Wam, że ostatnio bardzo mi tego uczucia brakowało. No bo ileż to razy można wchodzić na Giewont? Na nim (oraz na wielu innych tatrzańskich wierzchołkach) byłem już o każdej porze roku, również w nocy, biegnąc lub idąc co najmniej raz każdą z możliwych dróg, samotnie lub z przyjaciółmi. Więcej takich materiałów z mojej strony nie uświadczycie:

Nie ukrywam, że wychodząc w góry bez liny nierzadko dopada mnie niedosyt, monotonia lub nawet lekka nuda. A jeszcze przy obecnej pogodzie (w okresie przejściowym od listopada do marca-kwietnia) bardziej ambitne “lokalne” wyprawy są trudne realizacji.

Innymi słowy, jak spałaszujesz szarlotkę na Ornaku, to licz się z tym, że w innych schroniskach ten sam rodzaj deseru już nie będzie Ci tak dobrze smakował. Bo ten dostępny na Ornaku stanie się Twoim ulubionym i przez pewien czas inne ciasta postrzegać będziesz jako mniej atrakcyjne. Nie potrwa to długo, bo nawet największy przysmak potrafi z czasem spowszednieć. I zapewne będziesz szukać jakiejś odmiany, modyfikacji – ot np. zechcesz dodać do niego jagód lub choćby bitej śmietany. Przy okazji – moja szarlotka już te wszystkie dodatki ma:

Fotografia podróżnicza

Powyższe etapy i odczucia doprowadziły mnie do nowej zajawki, którą jest fotografia podróżnicza. Chociaż przez kilka ostatnich lat nacykałem sporo zdjęć, to jednak czuję, że daleko mi do profesjonalizmu. Tę dziedzinę sztuki zgłębiam powoli i od podstaw. Tj. od tych najmniej ciekawych zagadnień – poznawania fundamentalnych praw optyki i atrybutów technicznych.

Coraz więcej kluczowych (jak np. ogniskowa lub czas naświetlania) pojęć przestaje być dla mnie czarną magią. Najważniejsze, że potrafię te zjawiska wyjaśnić własnymi słowami (nie chodzi o wbicie do głowy pewnych zasad, tylko o ich zrozumienie). Skoro nie poddałem się na tym szczeblu, to mniemam, że jestem w stanie przebrnąć przez kolejne fazy studiowania tej dziedziny.

Czy sprzęt w realizowaniu pasji jest taki ważny?

Buty za Ciebie nie wejdą na szczyt

Następnie kupiłem używany aparat – bezlusterkowca – taki starszy model Sony Alpha A6000, którego nie będzie mi żal, jeśli spadłby mi kiedyś na grani. Zainwestowałem natomiast w dwa obiekty zmiennogniskowe 17-50mm oraz 50-200mm, chcąc eksperymentować i rozeznać się w ich możliwościach. Później już tylko wypatrywałem momentu, żeby wypróbować te ogniskowe w boju.

Jak sami widzicie do spraw sprzętu podchodzę z przymrużeniem oka. Aparat nigdy za WAs dobrego zdjęcia nie zrobi. Owszem, technikala są ważne, ale jeżeli wyjdziesz na Giewont z najnowszym aparatem i tylko cykniesz fotę – to podejrzewam, że będzie ona nudna jak flaki z olejem – czego na Tatromaniaku jest całe mnóstwo.

Musisz zaciekawić widza, spojrzeć na przedmiot z innej perspektywy, obudzić w nim uczucia

Bądźcie krytyczni wobec swojej pasji, a nie słodko-liryczni!

Przede mną (jako amatorem) zapewne masa błędów, ale przy odrobinie szczęścia i samozaparcia, czuję, że mam szansę na cyfrowe trofeum. Kto wie – może kiedyś zobaczycie moją fotografię na okładce National Geographic? 🙂 A propos tak “zacnych” ilustracji, to rzućcie okiem na te nunataki:

Za tysiącami niewiele mówiących lajków. Postaram się każde zdjęcie opatrzyć krótką historią, a na ciekawskich czekać będą szczegóły techniczne.

Ps. Obecnie (grudzień 2021 roku) poszukuję również koncepcji. Myślę o tym, żeby dodawać zdjęcia pozbawione edycji – bez filtrów, kadrowania i retuszu. Takie prosto z aparatu – aby odwzorowywały to, jak naprawdę wyglądają górskie (i nie tylko) plenery. Standardowo dużo pracy wkłada się w ich obróbkę – a ja przecież staram się oszczędzać energię. Mam wrażenie, że takie podejście przypomina przemieszczanie się pod prąd…ale może akurat w tym „szaleństwie” jest metoda?

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 11 Średnia ocena: 5]