Pokolenie naszych rodziców (a jeśli urodziliście się już w tym stuleciu, to w miejsce “rodziców” podstawcie “dziadków”) korzystało z analogowych aparatów fotograficznych. Zdjęcia ze swych podróży uwieczniali na kliszach, a potem je musieli wywoływać (z reguły czynił to za nich technik fotografik, pracując w specjalnym pomieszczeniu zwanym ciemnią – gdyż nie dochodziło tam światło słoneczne.

Krótka historia fotografii

Utrwalenie obrazu (negatywu) na światłoczułym materiale srebrowym uzyskiwano dzięki obróbce chemicznej. Następnie przy pomocy powiększalnika negatyw rzucany był na papier światłoczuły, a jego kolejne etapy zanurzania w specjalnych odczynnikach doprowadzały do otrzymania pozytywu, czyli odbitki. A w zasadzie lepiej mówić “odbitek”, bowiem wiele takowych można było uzyskać z jednego negatywu. Przy czym żadna z nich nie była klasyczną kopią – prawidłowo uzyskanej odbitce bliżej (w sensie definicyjnym) do oryginału. Współcześnie fotografia analogowa została niemalże całkowicie wyparta, a po takie instrumenty sięgają prawie wyłącznie artyści-fotograficy.

O fotografii podróżniczej

Pasjonatom historii fotografii (zwłaszcza tej, której motywem przewodnim jest przyroda górska) zapewne dobrze znane są takie nazwiska jak: Ansel Adams, Charlie Waite, Max Rive, Joshua Snow, Felix Inden, Joe Cornish, Ole Henrik Skjelstad czy też Cath Simard. Przy czym ta krótka lista w porównaniu do całej zbiorowości wybitnych pejzażystów stanowi ledwie wierzchołek góry lodowej!

Polacy nie gęsi

Te osobistości reprezentują głównie euroatlantycki krąg kulturowy; ale jak to mawiał klasyk – Polacy nie gęsi… Tatrzańskie panoramy nie raz padały łupem uzbrojonych w obiektyw mężczyzn, wśród których trzeba oddać należne wyrazy uznania przede wszystkim: Awicie Szubertowi (jego uznaje się za pioniera), Stanisławowi Bizańskiemu i Waleremu Eliaszowi Radzikowskiemu.

A bliżej współczesności w tym kontekście wymienić należy nazwiska takie jak: Adam Czarnowski, Michał Cała, Karol Nienartowicz, Janusz Krzeszowski, Kuba Witos czy też Michał Sośnicki.

Mojej pasji początki

Jeśli o mnie chodzi, to już od kilku lat dokumentuję swoje podróże, ale tak na serio, to dopiero założenie bloga w 2019 roku sprawiło, że zacząłem nieco większą wagę przykładać do robienia zdjęć. Wcześniej to głównie “cykało się fotki”, czasem człek “strzelił sobie gdzieś selfiaczka” lub próbował uchwycić kamerką jakąś wyjątkową chwilę.

Uznałem, że skoro tyle wysiłku i czasu poświęcam na oglądanie górskiej przyrody, to muszę umieć zaprezentować ją Wam w pełnej krasie. Abyście byli równie mocno zachwyceni zarówno krajobrazem, jak i wytworami cywilizacji, która pozwala ludziom nie tylko tymczasowo przetrwać górskie ekstrema, ale wręcz w ich pobliżu zamieszkiwać. Skoro już wspomniałem o mieszkaniu w górach, to mam w tej kwestii sporo Wam do opowiedzenia:

Na każdego człowieka – “To coś” czeka – jego Eureka!

Pamiętacie to uczucie, kiedy po raz pierwszy zrobiliście coś „wielkiego” lub coś, co wprawiło Was w zachwyt? Spróbuję to uczucie jakoś nazwać. Hmmm… na myśli przychodzą mi takie słowa jak: ekscytacja, ciekawość, motyle w brzuchu, niepewność, dzikie serce.

Dodam od razu, że tu wcale nie chodzi o adrenalinę i robienie nie wiadomo czego. Dla amatora pływania będzie to np. przepłynięcie całego basenu pod wodą, a dla szachisty – zaskoczenie doświadczonego przeciwnika w kilku ruchach. Pierwszy krzyknie: „Wow! Dokonałem tego!” (a może nawet „Eureka!”), a z ust drugiego paść może: „Szach i mat! Po partii. Dziękuję!”

Każdy będzie miał swoją własną definicję, bo jak wiadomo jesteśmy różni i mamy odmienne doświadczenia. Owa różnorodność nie tylko sama w sobie jest piękna, ona również dostarcza całej gamy emocji i zdarzeń, z których niektóre uznajemy za piękne. A bogactwo tych rozmaitych stanów i sytuacji – nawet jeśli spora część z nich leży na drugim krańcu kontinuum naszej przyjemności lub stanowi wypełnienie naszej codzienności („zwykły dzień w biurze”) jest warte zachowania.

Pielęgnowanie całego tego „skarbca” jest kluczowe, abyśmy wiedzieli, gdzie i w czym znajdujemy piękno, radość, frajdę. Dla mnie – jako pasjonata wszystkiego co górskie – ów powab tkwi na ścieżkach prowadzących ku szczytom – ścieżkach, które wymagają ode mnie aktywności oraz odpowiednio rozwiniętych umiejętności. Lecz drogi te wychodzą z dolin, do których się schodzi, aby odpocząć i z czystym sumieniem pozwolić sobie na chwile leniuchowania.

Jeśli przyjrzeć się bliżej opowieściom różnych ludzi, którzy już przez to przeszli – dokonali czegoś wielkiego, ogarnął ich przemożny zachwyt, poczuli w trzewiach to „coś”, co przerwało ich zwyczajny krąg codzienności – to daje się w nich dostrzec pewien wzorzec.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 15 Średnia ocena: 4.7]