Na ten ostaniec nie ma co jednak tylko rzucać okiem – to jest must-climb, a nie atrakcja typu must-see. Powiem Wam szczerze: jak już któregoś zimowego dnia zrobię wreszcie mój prywatny ranking jurajskich formacji, to Okiennik Wielki w czołówce się znajdzie – kto wie…może nawet na podium? 😉 Ale po kolei, bo jeszcze mi ktoś zarzuci, że zaczynam od podsumowania, a nie od faktografii.

Jak dojechać?

Kliknij w link Google maps

„Spod samiuśkich Tater” wyruszyłem w rejon Jury Krakowsko-Częstochowskiej, konkretnie do Zawiercia, skąd odebrałem moją towarzyszkę. Okazuje się, że to całkiem spore miasto, w którym nie tylko ciężka wytwórczość hutnicza ulokowała swoje fabryki. Dawniej pod miastem doszukano się też pokładów rud srebra, cynku, uranu i ołowiu. Współcześnie cały ten przemysł wydobywczy zdaje się być w odwrocie, zaś stopniowo coraz prężniej rozwija się branża turystyczna.

Zawiercie dla Jury staje się powoli „bramą” – tym, czym tak bliskie mi Kościelisko od dekad jest dla Tatr Zachodnich. To właśnie tam krzyżuje się wiele szlaków turystycznych prowadzących do centralnej części Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej.

A same Skarżyce to zawierciańskie sołectwo, w którym dominuje XVI-wieczny kościół pod wezwaniem Trójcy Przenajświętszej.

Pojechałem tam wraz z Anią, której posypały się inne weekendowe plany, a i dla mnie był to również raczej spontaniczny wypad. W telefonie mam ją zapisaną jako „Ania od Filipa Wspin” 😀

Wraz z koleżankami – climberkami założyła ciekawy profil na insta @pro.gesteron.xx., a ja zawsze będę propsował takie incjatywy. Więc wbijaj!

Ani (oraz Filipowi) życzę jak najlepiej. To para takich osób, których chyba nie sposób nie darzyć sympatią.

A tutaj rok temu łoimy Łabajową Skałę

Okiennik Wielki

Z lewej strony skały znajdują się jeszcze dwie prostrsze drogi V oraz VI

To właśnie na terenie Skarżyc leży grupa skał wapiennych zwana Okiennikiem Wielkim. Takie miano zyskała ze względu na występowanie dużego, prostokątnego otworu skalnego (jakieś 7 na 5 metrów), które w fachowej terminologii geologicznej tworzy tam „naturalne schronisko”. Poniżej tego „okna” mieści się niewielka jaskinia z pozostałościami wskazującymi na to, że była zamieszkiwana już przed tysiącami lat.

Obecnie to prywatny teren popisowo służący takim jak ja miłośnikom wspinaczki. Doliczono się prawie 100 poprowadzonych tu dróg wspinaczkowych (na ogół trudnych lub jeszcze trudniejszych).

Miało być łatwiej, a sera nie było.

Z puli tych łatwiejszych wypatrzyliśmy dla siebie dwie ciekawe i dosyć przystępne, o jakże „smacznych” nazwach. Były to: 34. Ser Szwajcarski (V) oraz 33. Ser Kukuczki (VI) – widoczne na tej ilustracji:

Źródło: https://wspinanie.pl/topo/polska/polnoc/okiennik/okiennik.htm

Odpowiednie topo widniało wprawdzie w przewodniku Grzegorza Rettingera, lecz dojście do tych dróg nie było tak oczywiste. Prawie dwukrotnie okrążyliśmy całą formację w poszukiwaniu przejścia, którego umiejscowienie jest – jak to kiedyś ładnie mówiono – „ukryte przed wzrokiem niepowołanych”. Myśmy się czuli w 100 procentach powołani do znalezienia go. 🙂

Okazało się, że aby tam się dostać, należy wdrapać się po połogiej skale na dużą półkę. Bez większego problemu można uczynić to w podejściówkach

Niestety, prześladował nas pech. Nie mam dostatecznej wiedzy entomologicznej, więc nie powiem Wam, na jaki to gatunek żółto-czarnych owadów zaraz potem natrafiliśmy. Prawie na pewno nie zagnieździły się tam szerszenie, ale rój pszczół czy też os skutecznie wyperswadował nam dłuższy pobyt w tamtym miejscu.

Zgodnie zarządziliśmy i przeprowadziliśmy ewakuację, mimo że owe dłuższe drogi wspinaczkowe wyglądały naprawdę super. Ania została przeze mnie opuszczona na linie, a mnie samemu nie pozostało nic innego, jak tylko zjechać w dół z ringa.

Żeby nie zgubić rzeczy przymocowałem płachtę od liny do plecaów. I tak jakoś wyszło 😀

Swą uwagę skupiliśmy na bardziej przystępnych, ale krótszych ścieżkach.

Koń jaki jest – każdy widzi. A jaki być może? Rozgrzewkowy 🙂

W ramach rozgrzewki zrobiliśmy taką 15 metrową, której nieznany autor nadał miano „Przez Konia” (IV+). To droga z sześcioma ringami o iście górskim charakterze. Idzie się grzbietem skały, by następnie wdrapać się na jej wąski wierzchołek. Tam pojawia się konieczność przetrawersowania się na wprost do stanowiska.

Gdyby można było na niej usiąść okrakiem, to widok ten przypominałby siedzenie na grzbiecie konia.

Omawiana droga to generalnie fajna zabawa, choć ze względu na ekspozycję odradzam ją osobom, które pierwszy raz dotykają skały. Odpadnięcie od ściany z takiego miejsca wiązałoby się z nie w pełni kontrolowanymi ruchami do złudzenia przypominającymi wahadło.

Koniec końców, otarcia i zadrapania umniejszyłyby naszej skórze urody, gdyby ów upadek z konia nastąpił.

Przy okazji przestrzegam o konieczności wspinania się (oraz asekurowania innych) w kasku na głowie. Tylko on może sprawić, iż unikniemy poważniejszych obrażeń naszej łepetynki.

Śliczne zacięcie V – TRAD

Rysa po prawej

Omawiana przeprawa ma wspólne stanowisko z drogą tradową o nazwie „Śliczne zacięcie” (V). Osoby niebędące szczęśliwymi posiadaczami szpeju tradowego, mogą sobie założyć wędkę, idąc „Przez konia”.

Ze swej strony polecam jednak zabrać ze sobą pętle i kilka friendów. Asekuracja tutaj jest naprawdę dobra, a końcówka dosyć ciekawa, gdyż stanowisko mieści się „za winklem”, czyli musimy się wychylić za kant. Ale bez obaw – na tym kancie znajduje się solidny ring.

Krótko, ale intensywnie VI+

Zostając w tym samym miejscu, zyskamy sposobność do skosztowania „Trzech schronień Dharmy” (VI+). Ostatni wyraz to wieloznaczny termin religijny wywodzący się z nauk hinduistycznych, rozpowszechnionych głównie w Indiach, które graniczą z odwiedzonym przeze mnie Nepalem. Aczkolwiek filozoficznie, to mnie znacznie bliżej jest do buddyzmu.

Kruks tej drogi umiejscowiony już przy pierwszej wpince. Ja ją zakładam z ziemi – co oznacza, że asekurująca mnie osoba musi bardzo uważać na ruchy wspinacza wychodzącego wyżej i szybko osiągającego drugą wpinkę.

Ta ostatnia bowiem znajduje się stosunkowo blisko, co jest szalenie mało wygodne dla osobników słusznego wzrostu. Biorąc pod uwagę takie okoliczności, odpuściłem sobie tę drogę. Po prostu jestem za długi – w przeciwieństwie do Ani, która ładnie i zgrabnie przeszła ją niczym spider-woman.

Najpiękniejsze VI.1? czyli “The Doors”

A za kolejną z przygód to dałbym się… chyba posiekać. No może trochę przesadzam, ale ten klasyk to wg mnie to najfajniejsze VI.1 na Jurze. Ewidentnie to doświadczenie rozpala mnie od środka, sprawiając, że mój wewnętrzny ogień bucha radosnym płomieniem i ogrzewa otoczenie.

Nie żebym nagle przeistoczył się w poetę – takie asocjacje same nasuwają się na myśl z związku z nazwą tej drogi. A brzmi ona: The Doors (VI.1).

Największym i zdaniem wielu najlepszym kawałkiem tej legendarnej kapeli uznaje się nagrany w 1967 roku „Light my Fire”.

Podążając tymi „Drzwiami”, natrafimy na kilka wyzwań. Za pierwszy z problemów uznałbym dotarcie do takiej niecki, która nas nieco wypycha – widoczne na zdjęciu jak przechodzę ją na wędkę.

Żeby się w niej utrzymać, trzeba skorzystać z dziury głębokiej na dwa palce i użyć jej jako taki trochę podchwyt. Należy wyjść wysoko na nogach i lewą ręką chwycić się czegoś wyżej żeby wydostać się z przewieszki. Umożliwi nam to dostanie się na dość szeroką półkę zapewniającą nam całkowity rest.

Tam też nie tylko można, ale i trzeba odpocząć przed kruksem tej drogi, a ten ostatni jest solidnie…poważny. Albowiem praktycznie nie znajdziemy tam stopni. Nie chcę, by poniższy opis zabrzmiał zbyt strasznie, ale to jest coś takiego, co od łojantów wymaga zarówno siły fizycznej, jak i koncentracji psychicznej.

Kryzysowy kruks

Oto bowiem palce naszej lewej dłoni spoczywać będą wysoko nad głową w takich ryskach (ni to dziurki, ni to ryski) i powinno nam się udać zmieścić aż trzy. Z kolei fragment naszej prawicy (tak ze dwa paluszki) możemy umieścić w dość płytkiej dziurce, która wszakże pozwala w miarę pewnie chwycić się skały. Lewa stopa ma wybór: jedna z dwóch wyglądających na względnie głębokich szpar, przy czym obie są soczyście wyślizgane.

Taką śliskość to aż trudno do czegoś „zwyczajnego” przyrównać. Z tego super śliskiego otworu przyjdzie się nam wybić, przyciągając się lewą ręką jak najmocniej z bicka, a prawą ręką sięgnąć trzeba vertykalnej klamy. I wtedy następuje kryzys!

Nogi zaczynają się wysuwać, bo miejsca na jakiekolwiek stopnie już nie ma. Kurczowo próbujemy coś chwycić „na tarcie”, a w tym samym czasie nasza lewa ręka musi powędrować ku w pionowej rysie powyżej. I ta kończyna odkryje taką niby-klamę, ale to chwyt daleki od solidnego. Jedyna wówczas myśl-pytanie: co zrobić, by nie odpaść?

Odpowiedź brzmi: trzeba przeszczelić (tj. poprawić) jeszcze nieco wyżej do poziomej klamy i od tego momentu – duże uff, jesteśmy w domu.

Dopiero wtedy z takim pochwyceniem się skały, można odstawić prawą nogę najdalej jak tylko się da – aż do pewnej nierówności. To nam pozwoli znaleźć punkty podparcia i wciągnąć się w górę.

To jest kruks jakich mało! Właśnie to wyjście ponad ten przelot to coś, co się potem przyśnić może i spowodować nieznaczny rozstrój nerwów. Cała ta trudność bierze się z tej pozycji startowej, która wygląda tak, że ręce mamy w tych dziurkach wysoko, a nogi nieomal wiszą w powietrzu. Toteż trzeba szybko działać, bo się po prostu męczymy. Brak stopni uważam za naprawdę upierdliwy.

Ostatecznie tego kruksa przeszedłem trzy razy, lecz za każdym razem na wędce i po “blokach”, co nie przysparza mi chwały. Na wędce bowiem prawie każdy jest mocny, a prawdziwą satysfakcję to ten klasyk może mi kiedyś dostarczy.

Tamtego dnia z Anią w tandemie na poprowadzenie drogi z dołu zabrakło mi sił. Większość czasu przy „The Doors” spędziliśmy i to one mnie wyczerpały.

Ludzie z niskim poziomem motywacji (lub wysoką skłonnością do leniuchowania) nierzadko mawiają: „Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?”. Cóż po prostu nie każda droga musi nam odpowiadać poziomem trudności 🙂 Za to cały, jakże dzwoniasty Okiennik Wielki to istny wspinaczkowy super-hantel i na nim wszelkie skillsy ćwiczyć polecam.

Kiedy zgłodniejsz

Po tych wszystkich breweriach zachciało się nam jeść. Na zasłużoną szamkę udaliśmy się do Trafo Base Camp – knajpy w Podlesicach. Tamtejsze, dobre żarełko śmiało można rekomendować – w szczególności wegetarianom i tym, którzy „niekoniecznie gustują w mięsiwie”. Tudzież wszystkim, którzy kiedyś przeczytali ten wpis:

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 9 Średnia ocena: 5]