O Kozim Wierchu (2291 m n.p.m.) nie mogę myśleć inaczej niż tylko o fajnej, ciekawie przygodzie, a zaczęła się ona, zanim jeszcze wzeszło słońce. Obudziłem się bowiem jakoś przed 4 rano i nie mogłem ponownie zmrużyć oka. To była dla mnie inauguracja letniego sezonu wspinaczkowego w Tatrach, a ponadto moje myśli orbitowały wokół „stania się uczestnikiem” Festiwalu Granitu.” na drugi dzień.

Jako zwolennik gradacji kolejnych stopni trudności, uznałem, że Południowy Filar będzie w sam raz na początek. Pamiętajcie jednak, żeby nie bagatelizowali celu – nie ważne jak łatwy Wam wydać się może.

Dwa słowa o trudnościach Koziego Wierchu

źródło własne

Napotkane na „Południowym Filarze” formacje są dosyć klarowne i żadna z nich nie powinno przewyższyć trudności IV+ / V (zależnie od wariantu), co należy mieć na uwadze podczas wdrapywania się.

Miejcie na uwadze zaznaczony na TOPO Gzyms oraz Przewinięcie na kancie, gdyż są to miejsca z wysoką ekspozycją (technicznie łatwe, tylko chodzi o te uczucie powietrza pod nogami)

Jeśli wpakowalibyście się w jakąś kabałę, to oznaczać to będzie, że najprawdopodobniej źle skręciliście.

Wówczas należy cofnąć się do początku danego wyciągu oraz krok po kroku i metr po metrze podążać za wskazaniami zawartymi w topo. To wspaniała okazja do nauczenia się, jak topo prawidłowo czytać i jak się w tych wszystkich instrukcjach orientować.

TOPO – Kozi Wierch

Schemat w wykonaniu Rafała Kardasia wg. szkicu Wojtka Święcickiego

Wyciągowo i bardzo szczegółowo

A teraz już relacja z placu boju, chronologicznie i mało lirycznie 🙂

Jak dojść pod Południowy Filar?

Przyznam ze skruchą, że odnalezienie punktu startowego trochę nam zajęło. Dojście do niego w teorii jest dosyć proste – wleczemy się, maszerując żółtym szlakiem prowadzącym do Przełęczy Koziej, czyli wędrujemy przez Pustą Dolinkę i w pewnym momencie trzeba odbić, kierując się na filar. Filar ów zobaczymy już z daleka, będąc w tej dolince.

Należy wypatrywać ostrogi, czyli najniżej położonego punktu filara. Tam znajduje się początek pionowej wędrówki, czyli mówiąc łopatologicznie; ze szlaku musicie odbić w prawo, tak żebyście mogli łatwo i wygodnie stawiać ostatnie kroki na poziomej płaszczyźnie po takich dużych głazach.

Wyciąg I

Na topo zaznaczyłem nasz start, który wiedzie nieco na prawo od ostrogi. W płytkim zacięciu z raczej łatwym terenem (II) zawierającym dodatkowo haki), droga w pierwszej fazie wiedzie do góry.

Następnie skręca w lewo, wyprowadzając kursantów na płaski teren (powinno być tam trochę trawy, więc śmiało „grajcie w zielone” 😉 ) przed przewieszkę.

Ujrzycie tam dwie taśmy służące do zrobienia stanowiska. Moim zdaniem jednak warto dołożyć jeszcze jeden punkt – tak jak my to zrobiliśmy – montując go z dwóch friendów). I na tym zakończę sprawozdanie z wyciągu numero uno.

Wyciąg II

Znajdujemy się przed przewieszką zrobioną z bloków skalnych. Idąc lewą stroną, czekałby na nas kominek (V), więc i żmudne szukanie odpowiednich chwytów, czyli trudności wzrosłyby dość mocno.

Łatwiej nam obejść tę przeszkodę z prawej strony (aczkolwiek nie omijamy jej bokiem, tylko ciut na prawo od kominka IV) i ja tak zrobiłem, po czym uznałem, że „teraz to dopiero zaczyna się robić fajnie”.

A tu nagle bach! W łeb nas uderza zagwozdka pt. którędy dalej? Czy podążać do zacięcia (zaznaczone na topo) z prawej strony (IV) – tak ja tak szedłem?

Czy też może sobie nieco utrudnić i iść wariantem z lewej za V (wówczas do pokonania byłaby jeszcze jedna przewieszka). Plus tej ostatniej opcji byłby taki, że ten trudniejszy wariant wyprowadziłby nas na wprost do stanowiska.

Gzyms

Po pokonaniu zacięcia musiałem przetrawersować się w lewo po dość ciasnym gzymsie, na którym to jest naprawdę mało miejsca. Sądzę, że zwłaszcza wysokie osoby zaznają tam ujemnej premii za wzrost. Szkopuł polega na tym, że na pierwszy rzut oka brakuje chwytów, które są potrzebne dla utrzymania równowagi.

A mając garba na kręgosłupie (mam tu na myśli plecak), łatwo nie było. Moja autorska sugestia jest taka: iść po tym zacięciu, łapać czujność na gzymsie i mieć gotowy aparat pod ręką. Można tam bowiem ustrzelić naprawdę niezłe foty.

Takie kadry to cud-miód-malina – zresztą oceńcie je sami.

Po opuszczeniu gzymsu stanowisko znajdzie się już w Waszym zasięgu. Stanoiwsko znajduje się przed płytą z dwiema ryskami.

Wyciąg III

Te ryski z oddali są bardzo charakterystycze

Ten wyciąg – pod kątem wrażeń przeżywanych przez łojantów na tej drodze – wydaje mi się kluczowy.

Dzień wcześniej otrzymałem w mediach społecznościowych od kolegi Artura istotną wskazówkę, o której będzie poniżej.

Na razie, pokonawszy rysę (tę na początku wyciągu), kierujemy się na płytowy zachód i po nim prosto idziemy do przewinięcia na kancie. Co to znaczy? Ano tyle, że za chwile znajdziemy się po drugiej stronie filara. Przerzucamy swe ciało przez kant.

Jedni przewijają dzieci – inni siebie przez kant

W owym punkcie czasoprzestrzeni przywołanie odwagi staje się koniecznością, gdyż miejsce to odznacza się mocną ekspozycja. Gdyby to miała być Wasza pierwsza poważniejsza wyprawa, to musicie się dwa razy zastanowić, jak zareagujecie na takie „dziury” pod nogami.

I teraz wlatuje ów tip przez Artura podesłany: otóż można zrobić stanowisko tuż przed samym przewinięciem. Haha, czujecie to? Już wyjaśniam dlaczego: ten kant jest dosyć charakterystyczny, więc u łojantów pojawia się skłonność do poprowadzenia liny dołem, zahaczając linę o element skalny przypominający fajkę. Dzięki temu, że lina zablokowałaby się tam, możliwe byłoby wykaraskanie się zaraz potem na proste kilka metrów dzielących wspinacza od stanowiska.

Idąc za radą Artura, zrobiliśmy w tym miejscu stan, a następnie ruszając przez przewinięcie, poprowadziłem linę górą, czyli przez grzbiet tego zacięcia, a dalej już łatwym terenem do góry.

Odpuściłem sobie kolejne stanowisko, rozwinąłem całą długość liny (około 55 m) i dotarłem do stanu skonstruowanego z 3 spitów z grubej liny na półce umiejscowionej tuż przed samą rynną.

Wyciąg IV – Do grani Koziego

Mój czwarty wyciąg rozpoczął od przemieszczania się rynną między wybitnymi turniami – po łatwym terenie aż do szczytu grani. Samego wierzchołka nie zobaczymy (aż tak blisko nie da rady dojść), aczkolwiek można tam się odwiązać i ubrać buty podejściowe.

Grań na lotnej lub Wyciąg V

Ale ja proponuję znów coś innego: zamiast odwiązywać się, sporządźcie sobie dodatkowo jeszcze jeden wyciąg. Gdy wyjdziecie na dość płaską grań, która dość stromo się kończy, to ujrzycie ring umożliwiający bezproblemowy zjazd.

Jednak będąc związanym liną, Wasz kompan bez specjalnego wysiłku może Was opuścić (kwestia dogadania się przez radio lub w inny sposób). W trakcie opuszczania, dobrze jest założyć ze dwa przeloty dla kolegi.

Potem bierzecie na celownik półeczkę (trzeba nieco zwiększyć pułap – tak aby na mieć grań na wysokości oczu) i taki widok powinien się ukazać Waszym oczom:

Michał schodzi z grani

W tym miejscu uszykowałem dla wciąż przywiązanego liną towarzysza stanowisko (byłoby głupio gdyby odpadł w tak łatwym terenie), a do jego budowy użyłem taśmy oplecionej wokół wielkiego odłamka litej skały.

I w tym miejscu wspinaczka dobiega końca, a Wam pozostaje mozolne, „dające mocno w pięty i łydki” schodzenie z tego szczytu. Szlak powrotny niczym długie schody wije się na dość znacznym dystansie.

Panorama ze szczytu (końca drogi wspinaczkowej)

Nie dojdę prawdy, kto tak śmiesznie chrapał. Może był to Michał, który ze mną na Kozi Wierch się wdrapał?

Otóż, opisywana powyżej wyprawa zaczęła się nader zabawnie. Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich zapewnia darmowe WIFI (najlepszy zasięg jest w kuchni turystycznej), więc nie zapomnijcie o wpisaniu się – do internetowej księgi wyjść taternickich przeznaczonej dla TOPR-u. Dokonawszy tego udałem się na spoczynek, a w izbie sypialnej śmiechu zaznałem, nim na dobre zasnąłem.

Jeden z moich sąsiadów (nie wiem, który) niemiłosiernie i dziwacznie chrapał – w taki sposób, jakby wypuszczał bańki mydlane przez otwory twarzowe. Potem te śmieszne odgłosy zdublowały się – jak gdyby ich prowodyr kogoś leżącego obok „zaraził tym bulgotaniem”. Szczerze mówiąc, z grona „podejrzanych o te, hehe, bezeceństwa” nie mogę wykluczyć Michała – mojego partnera w powyższej wycieczce. Tak to już czasem bywa, gdy człowiek nieświadomie dźwięki z płuc wydobywa. 😀

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 11 Średnia ocena: 4.9]