Nadszedł czas na coś bardziej hardego. Warto sobie pewne, nawet te bardzo ulubione, aktywności urozmaicać, bo takie zabiegi sprzyjają mentalnej równowadze. Toteż „porwałem się na słońce” – a zamiast przysłowiowej motyki, wytyczoną niegdyś przez Motykę drogą podążaliśmy.

Ten wakacyjny dzień od samego rana stanowił dla mnie wyzwanie, któremu finalnie podołałem (od razu dodam: nie byłem sam, pomagali mi kamraci). I jako że jestem gotów przyjąć od Was słowa uznania – to jak zwykli mawiać różnej maści internetowi twórcy – „widzimy się w komentarzach”.

Czar par, czyli wyścig z przeszkodami na szczyt Zamarłej Turni

Ja i Michał wczesnym rankiem przy schronisku DS5

Czterech „muszkieterów” podzieliło się na dwa tandemy i w takich składach urządziło sobie „taki niby wyścig” na szczyt Zamarłej Turni (2179 m n.p.m.). Ja z Michałem pięliśmy się Drogą Motyki, a Czarek z Tomkiem – Festiwalem Granitu (pięć wyciągów, łącznie 130 metrów).

Dwie naprawdę wyjątkowe przeprawy (nasza liczyła cztery wyciągi) o takim samym stopniu trudności (V). Tę „ichnią” charakteryzował bardzo długi trawers w lufie, a myśmy napotykali niżej opisane formacje i progi.

Spośród nich numerem jeden – bez dwóch zdań wątpliwości – jest to piękne zacięcie, z którego słynie Zamarła Turnia. Mógłbym się nim zachwycać bez końca.

Dotarliśmy mniej więcej w identycznym czasie, nie przekomarzając się, czyja stopa jako pierwsza stanęła na wschodnim topie tej dwuwierzchołkowej góry. Pomiędzy nimi (wschodnim oraz zachodnim, który jest o blisko metr niższy) znajduje się płytko wcięta szczerbina o kilkunastometrowej długości. W pobliżu przebiega też słynny szlak Orlej Perci, aczkolwiek trakt ten omija oba te wierzchołki.

Każdy może mieć gorszy dzień

O większym niż zwyczajowe ryzyku zadecydowały naturalne „pozostałości pogodowe”. Przez cały tydzień padało, toteż skały w niektórych miejscach były solidne obudowane wilgocią. W dodatku niepokojąca aura tamtego dnia negatywnie wpływała na moją pewność siebie. A jak się jeszcze okazało, że musiałem przez całą trasę prowadzić (mój partner Michał miał zdecydowanie gorszy dzień), to skala wyzwania dobiła niemal do sufitu. Miałem wrażenie, że sięga mojego obecnego limitu trudności, któremu jestem w stanie podołać. I wierzcie mi: lepiej być tego zawczasu świadomym, niż jeżeli człek miałby to sobie dopiero uświadomić już w trakcie wspinaczki.

Tabor

Jak się chce realizować poważne górskie przedsięwzięcia, to pobudka przed piątą (czyli 04:50 na zegarze) bywa koniecznością. Nie inaczej było i w tym przypadku, a niemym świadkiem naszego wstawania były liczne drzewa otoczone zniewalająco uroczą mgiełką. Nic dziwnego, gdy na miejsce noclegu wybierze się popularny wśród taterników tabor na Szałasiskach. My tak uczyniliśmy i nie żałujemy, choć taką wyprawę jak niniejsza trzeba potem odespać, pozwalając ciału w pełni się zregenerować.

Siedmiokilometrowa trasa znad Morskiego Oka do Zamarłej Turni wiodła przez Świstową Czubę (1763 m), która przeważnie jest błędnie nazywana Świstówką. Miano to przylgnęło do niej, ze względu na to, iż ponoć to właśnie na jej wierzchołku „najokropniej” (w opinii miejscowych oraz turystów) świszczał wiatr. Drugą z ciekawostek, o których warto wspomnieć, jest fakt, że ta licząca 1763 m góra należy do niezbyt licznej kategorii jednodolinnych (wszystkie jej stoki opadają do jednej lokacji, czyli w tym wypadku do Doliny Roztoki).

Mimo dobrej kondycji i szybkiego tempa przebierania nogami, te 7 km odczuliśmy w mięśniach. Ewidentnie przesadziliśmy (a czekał nas jeszcze powrót tą samą trasą)

Droga Motyki w relacji prowadzącego

Przygotowanie do wspinaczki

Damian Granowski (wspinaczkowy ekspert), z którego opisów TOPO nie raz korzystałem podaje, że: “startujemy jeszcze na żywca łatwym terenem do półki przed monolitycznym zacięciem, gdzie zakładamy pierwsze stanowisko.” Dla mnie start jedynie wyglądał na łatwy, w praktyce okazał się nieco inny, zdecydowanie mniej niewinny.

Wyciąg rozpoczyna się bowiem w zacięciu, które dość szybko pionizuje się. W niczym nie przypomina komina, w którym można się zapierać. Na plus było to, że w miarę szybko znalazłem chwyty i stopnie na bocznych ścianach. W centralną część zacięcia wsuwałem stopy i jakoś poszło. Potem zrobiło się bardziej stromo, co zmusiło mnie do szukania stopni w bocznych sektorach skały.

Pierwszy wyciąg kończył się nad wielkim okapem, skąd należy odbić w prawo na przylegającą płytę. Wpierw jednak trzeba wciągnąć partnera, zgodnie z powiedzeniem “najpierw ludzie, potem zyski” (lub jak kto woli – korzyści).

Dochodzimy do takiego okapu, skąd odbijamy płytą w prawo

Drugi wyciąg pokazał, że kłopoty dopiero są przed nami. Idzie się tam po płycie z czujnymi chwytami, która w pewnym sensie “wypchnęła” mnie jeszcze bardziej na prawo, niemalże na samą krawędź. Miałem straszną “lufę” przed oczami, a jej powodem była ekspozycja, która przyprawia o zawrót głowy. Spoglądając na prawo, widziałem turystów wchodzących na Kozi Wierch szlakiem stanowiącym fragment Orlej Perci. Między nimi a moimi oczami była pustka.

Kozi Wierch

Z trzecim wyciągiem uwinęliśmy się raz-dwa, bo był bardzo…krótki i przypominał przeniesienie stanowiska. Najpierw parę metrów w górę, a następnie zmierzyliśmy się z koniecznością przewinięcia się w lewo przez pewien filarek. Powiedzieć, że było wąsko – to jak nic nie powiedzieć. Odnosiłem wrażenie, jakbym stał na zwykłym gzymsie – takim, który niekiedy jeszcze można napotkać, przypatrując się blokom mieszkalnym stawianym przed laty.

Ów gzyms miał szerokość parapetu, a przechodzenie po nim od ściany do ściany było jak żywcem wyjęte z typowej filmowej sceny ucieczki z hotelowego apartamentu. W naszym przypadku zakończyła się pełnym sukcesem, a ten ostatni oznaczał przedostanie się na komfortową półkę, która nadawała się do zamontowania stanowiska. Zdecydowałem się jednak na lepszy wariant – podciągniecie się kilka metrów w górę i założenie stanu przed kluczowym wyciągiem.

I wreszcie czwarty wyciąg z krytycznym momentem. Trudności (jak dla mnie) dość wysokie, a na dodatek pod sam koniec osłabła asekuracja. Znajdowałem się bardzo wysoko względem poprzedniego przelotu i nastąpiła wówczas chwila prawdy, gdy musiałem stawić czoła cruxowi.

Widziałem świetne miejsce do włożenia małego srebrnego frienda, ale jak na złość – takowy użyłem wcześniej. Byłem zmuszony podjąć decyzję: czy wychodzić z owego zacięcia czy też próbować jakiejś innej wspinaczkowej “gimnastyki”. Wybrałem “bramkę numer 1”, przez którą przecisnąłem się całkiem zgrabnie mimo, że kawał chłopa ze mnie. Z perspektywy tych kilku tygodni sądzę, że naprawdę jakiś mega duży dopływ adrenaliny umożliwił mi to posunięcie.

Końcówka to już łatwy teren więc dojście na sam szczyt przebiegło jak po maśle. Niewiele brakowało, a byśmy sobie wpadli w ramiona – duża ulga (odetchnęliśmy) i jeszcze większe samozadowolenie dopadło prawie całą naszą czwórkę. Późniejszy zjazd do szlaku Orlej Perci odbywał się już bez chwil grozy czy też emocji wartych opisania.

Czarek z drugiego zespołu również zameldował sie na szczycie
Zjazd do szlaku Orlej Perci. Nastepnie w dół przez Kozią Przełęcz do Doliny 5 Stawów

FREE Solo Zamarłej Turni

Tak to już w życiu bywa, że miejsce tragedii niektórych staje się niekiedy okazją do zdobycia chwały przez innych. To konkretne zbocze Zamarłej Turni przyniosło sławę co najmniej dwóm zuchom, o jakich chciałbym napomknąć. Pierwszy z nich – Jerzy Leporowski, idąc „na bezczelnego” – tak jakby nie widział, że tego szczytu ot tak bez asekuracji nie można zdobyć – zrobił to!

A gdy po kilku dniach opowiedział o tym zgromadzonym w schronisku taternikom, to wprawił ich w osłupienie. Na tyle wielkie, że musiał po raz kolejny w ich obecności przejść tę samą drogę, aby – jak to się ładnie mówi – „zamknąć usta niedowiarkom”. Jeżeli faktycznie tak to wyglądało, to wyczyn ten moim skromnym zdaniem należy ocenić równie wysoko jak fortele, których dopuszczali się dwaj Panowie K. – Kurtyka z Kukuczką, podczas tu przedstawionych wydarzeń: Opowiesć o 300 kurzych Jajkach

Natomiast wyczyn drugiego odbył się w 2016 roku, czyli należy do współczesności.

Ten ośmiominutowy filmik powinni obejrzeć wszyscy fani wspinaczki hardcorowej, gdyż takie żywcowanie jawi mi się jako international level.

Janusz Gołąb, o którym słyszałem wcześniej – tym performancem zdobył me serce. Ten, odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi („za zasługi dla rozwoju sportów wysokogórskich i za promowanie imienia Polski w świecie”) alpinista i himalaista bez wątpienia jest jednym z nich. Zainteresowanych wspinaczką w trybie free solo odsyłam do tego artykułu:

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 1 Średnia ocena: 5]