Tatrzański Mnich ma w sobie tyle uroku, a jednocześnie tak wspaniale wytyczone drogi oraz obmyśloną asekurację, że w mojej opinii zasługuje na miano kultowego szczytu dla wspinaczy. Zainstalowane haki oraz spity stanowiskowe w zupełności wystarczą, aby wyposażyć się jedynie w standardowy zestaw wspinaczkowy. I chociaż jest znacznie trudniejsza niż droga klasyczna, to bez wątpienia warto się na nią porwać.

Droga Orłowskiego znajduje się pomiędzy drogą klasyczną (na charakterystycznej półce) a Drogą Wacława (zaraz obok na prawo). Bez problemu odnajdziecie start. Po prostu kierujcie się ku klasykowi i wypatrujcie zacięcia (patrz zdjęcie poniżej) umiejscowionej ok. 5 m na prawo.

Droga Orłowskiego – pierwszy wyciąg.

Droga Orłowskiego rozpoczyna się zacięciem i trzeba być uważnym, by nie pomylić jej z położonym jakiś metr na prawo punktem startu kolejnej drogi. Mam tu na myśli wariant Siekierskiego za IV, jednak bardziej wymagający oryginał daje więcej wrażeń. Startowy fragment Drogi Orłowskiego kończy się kupą kamieni (uwaga, bo to chyba najtrudniejszy element całego wejścia), którą wprawdzie można ominąć, ale nie polecam takiego manewru.

Na końcu owej rysy znaleźć można hak, który pozwala nam odzyskać siły psychiczne, tak niezbędne do dalszych czynności. Polecam przedłużenie EXPRESSU – w celu uniknięcia przesztywnienia liny. A to ostatnie zjawisko pozbawi nas najlepszego, czyli delikatnej PRZEWIESZKI. Dla mnie to ona była tym, co mnie tam przywiodło. Niezbędne staje się dosięgnięcie do wysoko umieszczonych chwytów. To takie konkretne klamy, solidnie zamocowane. Ja akurat dysponuję znacznym wzrostem i szerokim zasięgiem ramion, więc mam znacznie łatwiej w takich sytuacjach. Myślę, że niższe osoby mogą mieć trudniej i słuszne prawo odczuwać wówczas dyskomfort.

Był nawet taki moment, że chciałem zawisnąć na samych rękach. Ale szybko uznałem, że to głupi pomysł i zrobiłem to bardziej technicznie (szukając stopni na nogi). Niektórzy próbują skorzystać z łatwiejszej drogi stanowiącej obejście skały – tak jak to pokazuje lina na tym zdjęciu. Ale nie polecam takiego manewru.

Zdjęcie pokazuje ominięcie pierwszego kluczowego momentu na końcu rysy (pierwszy wyciąg Orłowskiego). Czarną kreską dorobiłem przebieg właściwej drogi.

Tymczasem nas troje (ja prowadziłem, a za sobą miałem Marcina i Tomka), kończąc ten wyciąg (naprawdę trudny – wyceniony na V), dotarło do stanu nr 2. Na głównej fotografii (ze szczytu) Marcin to ten osobnik w okularach, zaś Tomka wyróżnia dość dobrze widoczna, choć niewielka przerwa między siekaczami przyśrodkowymi. Obaj to bardzo otwarci, weseli i skorzy do żartów faceci, a przy tym świetni wspinacze z dużym doświadczeniem. Zresztą Marcin zawodowo zajmuje się pracami na wysokościach np. wymianą nadruków na billboardach reklamowych lub myciem szyb wieżowców (od zewnętrzej strony owkors :-). To prawdziwy zapaleńcy, których często można spotkać w Sokolikach – ich swoistej “bazie treningowej”.

A zdjęcie poniżej obrazuje pierwszy wyciąg z dystansu.

Dwójka wspinaczy na końcówce pierwszego wyciągu drogi Orłowskiego, po przejściu ów przewieszki. Polecam stan zrobić bardziej przy Kominie, tzn. jakieś 5m na prawo od pierwszego, gdzie stoi pierwszy wspinacz

Przez komin na szczyt (stanowisko nr 2)

Początek drugiego wyciągu przez Kominek na szczyt

Ze względu na bardzo pozytywny emocjonalny stosunek do stanowiska nr 2 nazwałem go pieszczotliwie: Kominek. Krzyżuje się tam kilka dróg m.in. Droga Wacława, lecz ważniejsze jest to, że częściej (zwłaszcza w przeciwieństwie do Kantu Klasycznego) bywa suchy. Zahaczając o północno-zachodnią ścianę, przeciskamy się wyżej. Nie jest to taki komin jak w Sokolikach – mam tu na myśli niesamowity prawy komin, w którym utknąłem – o czym możecie przeczytać tutaj:

Zwycięsko zatem z niego wyjdzie każdy Święty Mikołaj bez wielkiego brzucha i szerokiego wora na plecach. 🙂

Następnie dochodzimy do górnych półek Mnichowych, gdzie droga łączy się z innymi drogami np. klasyczną. Stąd można również o własnych nogach zejść do podstawy skały.

Mnich w Tatrach. Zdjęcie wykonane na szczycie skały. Widok na Morskiego oko
Mnich w Tatrach. Zdjęcie wykonane na szczycie skały. Widok na Morskiego oko

Dla kogo Droga Orłowskiego?

W tym miejsca generalna uwaga, która sobie trzeba wziąć do serca, aby nie próbować “kozaczyć” zbyt mocno. Droga Orłowskiego jest dla osób, które są doświadczonymi wspinaczami i w miarę pewnie czują się, “robiąc” na skałach szacowanych na V+ lub VI. Pozostałym odradzam takie eskapady, aczkolwiek doświadczenie powiększa dzięki STOPNIOWEMU zwiększaniu poziomu trudności. Podobnie jak stopniowe dokładanie ciężarów na siłowni i odpowiednio liczne powtórzenia serii decydują o co raz to większych muskułach.

Kto to ten Orłowski?

Jeden z moich, nienawykłych do takich wyczynów, przyjaciół, gdy mu o tej wspinaczce opowiedziałem, zastrzelił mnie pytaniem: A kim był właściwie ów Orłowski, skoro jego nazwiskiem nazwano tę trasę? Z głupia frant palnąłem: Nie wiem, ale się dowiem. No i na Wikipedii znalazłem obszerny biogram, który Wam gorąco polecam – byście się z nim zapoznali i docenili jednego z przedwojennych herosów. A najlepiej posurfowali w sieci nieco dalej i przeczytali wywiad z tym wspaniałym człowiekiem.

Profesor Tadeusz Orłowski przeżył wojnę (aktywnie działał w strukturach AK), zrobił wybitną karierę jako lekarz i naukowiec, a gdyby komu było mało, to jeszcze wzniósł się na wyżyny (również w sensie dosłownym) w zakresie skałkowo-wspinaczkowej pasji. Liczne medale i ordery nie zastąpią jednak pamięci o nim – a to na nas potomnych spoczywa obowiązek jej podtrzymywania. Z mojej strony zatem głęboki pokłon: chapeau bas aż do stóp dla Tadeusza Orłowskiego (1917-2008). Był wielki i taki pozostanie w mojej (a mam nadzieję, że również i w Waszej) pamięci.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 11 Średnia ocena: 5]