Słowem wstępu Ania to moja dobra koleżanka.

Nie znamy się długo, ale ufam jej na tyle, że z miłą chęcią przygarnę na drugi koniec liny, czyli tak naprawdę ufam jej całym swoim życiem. Porozumiewamy się językiem gór wymyślając najróżniejsze głupoty w rodzaju spania w jaskini, biwaki pod chmurką etc.

Mówiąc w skrócie Ania ma dzikie serce i niedawno przeszła Kurs Taternicki.

Poprosiłem ją o napisanie kilku słów. Właściwie to czytamy jej pamiętnik 🙂

Czy dam radę?

Jest początek lipca, tydzień przed kursem dostaje emaila od Łukasza (naszego instruktora) z materiałami „do powtórzenia”. Węzły, budowanie stanowisk – taki tam – BANAŁ, można rzec…

Jednak, każdy (lub przynajmniej większość) kto próbował wielowyciągów czy to w skałach czy w wyższych górskich partiach WIE, że to co wydaje się z pozoru banalne wcale takie nie jest. Wszystko zależy od czynników i warunków w jakich przeprowadzamy operacje sprzętowe.

To co tygryski lubią najbardziej, czyli BUDOWANIE STANOWISK (naprawdę świetna sprawa) – powtarzane w kółko i w kółko i w kółko!!! W przedpokoju na schodach, w pokoju na antresoli, na drzewie przy ładnej pogodzie – banał, prawda?

Otóż nie zawsze. Budowanie stanowisk nie jest trudne, ALE bywa problematyczne jeśli warunki przestają sprzyjać. Kiedy targają nami emocje, kiedy jesteśmy przemęczenie (i łatwo o pomyłkę), kiedy jesteśmy zziębnięci, kiedy „goni” nas burza, a w oddali słychać grzmoty…

- Dokładnie Aniu, perspektywa w Tatrach szybko potrafi się zmienić

Tak też było i tym razem. W domu pilna uczennica – wszystkie operacje sprzętowe, które można było przećwiczyć – WYKONANE! W skale? Hmm, no cóż. Bywało różnie.

Dzień przed kursem taternickim nastąpiły WYBORY. Nie ma opcji, nie przepuszczę! Zagłosowane? Tak?! To dobrze, więc ruszam.

- Cieszę się, że zagłosowałaś :-)

Jadę do Zakopanego, docieram wieczorem, rejestruje się w najtańszym hostelu (a jak inaczej?!). Chociaż studentką już nie jestem to tryb życia studenckiego (może nie na parówkach, ale nadal tanie) nadal funkcjonuje. Wieczorem odpoczywam, staram się nie stresować. Co nie jest łatwe. Cały czas nasuwają się pytania: jak będzie? Czy dam radę? Jakie trudności będą? W jakim terenie? Z kim będę na linie? Czy ukończę kurs? Czy coś za przeproszeniem w stresie nie spartolę?

- Ciekaw jestem czy inni również mają takie wątpliwości. Ja bardziej myślałem o jedzeniu, czy mi starczy do końca tygodnia

Dzień 1. Wspinaczka na Skrajny Granat – Środkowe Żebro

Wstaję, ogarniam się i o dziwo bez stresu udaje się w wyznaczone miejsce – niedaleko Kuźnic. Czekając poznaje nowe osoby (spoza kursu), które w przyszłości zobaczę na szlakach. Jeszcze trochę cierpliwości i mam swoją ekipę przed oczami. Łukasza z daleka rozpoznaję (oglądałam filmy na youtube z Jego udziałem) :p

Wymieniam uściski z nowymi partnerami wspinaczkowymi, dzielimy się szpejem i w drogę. Już po pierwszej godzinie marszu pod górę zdaję sobie sprawę z potknięć jakie zaliczyłam i bynajmniej nie mam tu na myśli prawdziwego zaliczenia gleby. Pierwszym organizacyjnym błędem było spakowanie się w dwa plecaki! Jeden większy na plecy, drugi mniejszy na klatce piersiowej. Efekt? Brak możliwości złapania oddechu po dłuższym dystansie. W żółwim tempie docieramy do COS Betlejemka, rozkładamy swoje graty, przepakowujemy się i zapoznajemy z topografią Tatr od strony wspinaczkowej. Uczymy się odczytywania mapy, przerysowujemy topo i ruszamy na Skrajny Granat – Środkowym Żebrem.

hehe, ja miałem to samo. Jeden duży na rzeczy i drugi na jedznie. Dwa plecaki chyba są nieuniknione

I uwaga, uwaga – kolejne potknięcie! Niby środek lipca, niby wszędzie słonecznie! A pod skałą mgła, wilgoć i 3 stopnie ciepła. Póki człowiek się wspina idzie to przetrwać, ale podczas asekuracji zabrakło ciepłych ubrań. Nawet czapką bym nie pogardziła, o rękawiczkach nawet nie wspomnę. Pierwsza droga, zapoznawcza, poza tym, że chłodno to całkiem przyjemnie – bez spiny (jak to niektórzy określają). Zmarznięci, ale zadowoleni wracamy do schroniska.

Jako anegdotę mogę tylko dodać, że Łukasz pierwszego dnia zaproponował nam nocleg na dziko w ramach kursu. Wszystkim ze szczęścia zaświeciły się oczy, wręcz nie mogąc się doczekać, kiedy to nastąpi. Jednak w przyszłości przekonamy się, że ogromny wysiłek i zmęczenie dość sprawnie zweryfikują nasz entuzjazm. W rezultacie później nam nawet przez myśl nie przejdzie taki pomysł. Chociaż koleb kilka minęliśmy (jedna wręcz 5-gwiazkowa).

ja też chcę, ja też chcę spać w kolebie

Dzień 2. Skrajny Granat. Prawe Żebro

Powoli zaczynamy zgłębiać tajniki samodzielności w podchodzeniu pod ścianę, ale chętnie korzystamy ze wskazówek Łukasza. Michał ustawia kopczyki z kamieni na każdym podejściu. Szybko orientujemy się, że planując przyszłe wypady w Tatry dobrze byłoby ustawić się z kimś bardziej doświadczonym, aby nie krążyć pod ścianą szukając stanu do pierwszego wyciągu. W planach Skrajny Granat – Prawe Żebro. Ciekawa i wyczerpująca droga jak na drugie podejście.

Dzień 3. Droga Patrzykonta i pierwszy lot

O tak! Ten dzień zapamiętam do końca życia. W końcu zaliczyłam pierwszy lot w Tatrach (nie ma się czym chwalić, wiem). Droga Patrzykonta, właściwie dosyć łatwa, dobre chwyty, trochę trawersu i ten jeden cholerny KANT. Podejście płytą, po lewej stronie fajna ryska na frienda, którego oczywiście tam zostawiam, trochę dalej stary hak – a co tam, jest – to skorzystam. Z takimi przelotami chyba nie ma czego się bać. Po prawej wystający kancik, który trzeba obejść. Dla kogoś dłuższego – do przeskoczenia bez spiny.

Wychylam się na prawo, ustawiam stopy na pochyłych stopniach i sięgam do klam….. ZJAZD! Nogi wyjeżdżają ze stopni! Nawet nie pamiętam co się stało, po prostu „dyndam” sobie na linie z przetartymi przedramionami i bolącą brodą. Próbuję się uspokoić, nie ma szans. Nogi same się trzęsą. Nic to! Nie ma co czekać, zbieram się i idę dalej. Nogi same się uspokoiły i ja zdobyłam nowe doświadczenie.

Kończąc drogę Patrzykonta myślimy już o następnej. Pada na drogę Gnojka – patrzymy na nią z dołu – o słodki jeżu!! Nie wlezę tam, nie ma mowy, to pionowa ściana! A jednak wchodzimy i idziemy jeszcze wyżej. Strach ma wielkie oczy – tam na górze nie wygląda to już tak strasznie.

Dzień 4. Autoratownictwo

Kurs taternicki to nie tylko uczenie się samodzielności pod uważnym okiem wykwalifikowanego instruktora, to również nauka myślenia i radzenia sobie w trudnych sytuacjach.

Dlatego też każdy kurs taternicki prowadzony wg zaleceń PZA przeprowadza warsztaty z autoratownictwa. Nieodłączny element wiedzy jaką trzeba posiadać idąc w góry wysokie. I bynajmniej nie są to „suche” wykłady, milion procedur, i „weźczłowiekudajspokój” „itaktegoniezapamiętam”.

O nie, na kursie sam przeprowadzasz po kolei każdą pokazaną wcześniej procedurę. Sam wykonujesz wszystkie czynności i myślisz, cały czas myślisz, co robisz. Wpinasz się karabinkiem do „nieprzytomnego” partnera, którego masz uratować i czujesz jego ciężar, czujesz zmęczenie i dociera do Ciebie, że to naprawdę nie jest łatwe, a dodając do tego zmęczenie lub złe warunki atmosferyczne może być jeszcze trudniejsze. Nasze warsztaty były właśnie w średnio przyjaznych warunkach atmosferycznych, mimo to – nie poddaliśmy się i każdy każdego uratował przynajmniej po kilka razy 😉

Dzień 5. Asekuracja lotna. Jak Pies Pluto na lodzie

Tym razem, coś w czym nie czuje mocy – asekuracja lotna. Ani jako pierwsza, ani jako druga, po prostu nie, bo nie i już. Chociaż może wpływ na moje postrzeganie „lotnej” miała mocna górska integracja dnia poprzedniego…

hihi :-)

Tak czy inaczej robimy grań Kościelców, pizga tak, że głowy mało nie urwie. Zanim wyjdziemy na grań zakładamy wszystko co mamy. Wokół mgła, wszędzie biało! Wysoka wilgotność również nie pomaga w poprawieniu nastroju. Pomarudzone? Tak?! To idziemy. Na pierwszy rzut idą chłopaki, później mój partner i… masz Ci on Bargiel w kolejkę się wpycha (ale który to już nie potrafię określić). Oczywiście wtedy jeszcze nie mam nic przeciwko, jednak zdanie zmienię jak zacznie padać deszcz zanim ruszę. I w ten oto sposób „ugrzęzłam” na pierwszym odcinku – na płycie, którą wszyscy zrobili na tzw. tarcie, a ja próbując ją zrobić wyglądałam jak Pies Pluto na lodzie.

Dzień 6. Filar Staszla

Na 5 dzień wspinu przypadł Filar Staszla, dosyć łatwy, ale kruchy. Sami odnajdujemy drogi, co prawda nadal wspólnymi kursanckimi siłami, ale już z „totemem zaufania” od instruktora, to też wychodzimy wcześniej i czekamy na „szefa” wyprawy już na miejscu. Sprawnie robimy drogę i samodzielnie wracamy do Betlejemki.

Brawo Aniu, btw. ten filarek ma płytę za V. Pięknie sobie z nim poradziłaś :)

Dzień 7. Zamarła Turnia

Dzień zaczynamy dłuższą niż zwykle wycieczką pod Zamarłą Turnię. Odbijamy w lewo i przygotowujemy sprzęt spoglądając na naszą drogę. Wygląda przaśnie. U podnóża drogi zbity, stromy śnieg – czekanów brak. Z boku podejścia – też brak. Bierzemy ostre kamyczki i piłujemy sobie stopnie w śniegu podchodząc do stanu. Robimy lewych wrześniaków, główka pracuje, a i strach nie śpi. Droga bardzo czujna. Ostatni wyciąg robimy tuż przed ulewą. Robiąc zjazdy na stronę szlaku jesteśmy już kompletnie przemoczeni. Reszta rzeczy i plecaki u podstawy ściany, my po drugiej stronie – przeżywamy lekką konsternację. Szybka decyzja, bierzemy liny, sprzęt i wracamy ubrani na „wspinacza” do schroniska dzwoniąc po drodze jak stado baranów.

oh, u mnie też było sporo śniegu pod płytą. Paczaj to

Dzień 8. Żywcowanie na Mnichu

Plan na dziś MNICH. Kto by nie chciał?

Po pierwszej nocce w Taborze ruszamy w drogę. Pogoda zaczyna szwankować, a miało być tak pięknie. Ale nie ma tego złego…. 🙂 pogoda na początku straszy, część ekip robi wycof.

Jaki efekt? Jesteśmy pod ścianą i… mamy Mnicha prawie dla siebie. Prawie, bo poza nami są jeszcze dwie ekipy. Rozpracowujemy drogę Orłowskiego, delikatnie ją na początku modyfikując.

Początek prowadzi Michał, trzeba przyznać świetnie zaciera te kostki (skurczybyk). Chyba myśli, że polubiłam „dyndanie” na linie i walenie jebadełkiem w małą cholerną zatartą kostkę ;p

a tak serio? Z jego asekuracją nie bałabym się latania 😛 W połowie drogi przejmuję „pałeczkę” i zaczynam prowadzić. Droga łatwa, z jeden delikatnym okapem (o ile w ogóle można to nazwać okapem, raczej wychyleniem). Tak czy inaczej mam stracha, osadzam dodatkowo 2 friendy (bez sensu).

Startuję i wchodzę, bez spiny – jednak tylko tak strasznie wyglądało. Ale 2 friendy i długie ekspresy poszły…. Przechodzę długi trawers, chcę się przyasekurować i…. zdaje sobie sprawę, że mam tylko jedną taśmę i kilka karabinków (f*ck), a jeszcze stan musze z czegoś zrobić. Chwila namysłu. Chrzanić to, idę dalej. Dochodzę do stanu pod samym szczytem, nie mam siły ciągnąć liny. Pozaginała się menda. Pasuję, robię stan, przygotowuje przyrząd, krzyczę i asekurując czekam na partnera. Po pewnym czasie widzę rozbawionego na maxa Michała. Dochodzi do mnie i śmiejąc się mówi: „Ładnie przeżywcowałać te 30 metrów Aniu, bardzo ładnie”.

Dzień 9. Żabia Lalka


Tego dnia zmęczenie „czułam” nie tylko w mięśniach, ale również „widziałam” patrząc w lustro. Być może dlatego wspomnienie tego dnia jest blade i bez znaczących szczegółów, które w tej chwili kilka miesięcy po kursie próbuje sobie przypomnieć. Pogoda kapryśna, „ni to słońce, ni deszcz”. Droga na Żabią Lalkę przebiega spokojnie, bez spiny czy większego tzw. „ciśnienia”, po drodze naszą uwagę rozprasza działający w przestrzeni TOPR. Oni to dopiero mieli sporo roboty!

Najbardziej z tego dnia zapamiętałam, że bardzo chciałam wdrapać się na sam szczyt żabiej. Po prostu sobie swobodnie stanąć, co nie było mi dane 😉 Wisząc na stanowisku przywitaliśmy pierwsze krople deszczu i sprawnie zawinęliśmy się na dół.

Dzień 10. Ostatni. Droga Pliszka

Ostatni dzień kursu taternickiego! Po rest-day zupełnie inne nastawienie. Plątanina myśli: Osterwa? Szarpane? Daleko? Blisko? Jedno jest pewne, najpierw kawka w schronisku Popradske Pleso 😉 idziemy w kierunku Osterwy, alee jednak wcześniej odbijamy w lewo ze szlaku kierując się na Szarpane Turnie. Kilka godzin marszu i nikogo prócz nas. Pierwszy zespół widzimy dopiero na miejscu. Lecz zanim dotarliśmy do pierwszego stanowiska musieliśmy pokonać MORZE głazów. Żadnej ścieżki, po prostu głazy i My pośród nich. Michał ustawia kopczyki, tak na przyszłość 😉 co się później okazuje w złych miejscach 😀 tak czy inaczej mamy swój start. Droga Pliszka, przynajmniej tak ją zapamiętałam. Trochę tarcia, kominek, którzy mnie zniszczył i szczyt 😉 ale to przecież nic trudnego 😉 (z przymrużeniem oka)

Mam nadzieję, że zabierzesz mnie na Pliszka

Różnica tatry vs skały

Ilu ludzi tyle opinii, już czytając biografie naszych wspinaczkowych mentorów, można zauważyć, że często to same miejsce, a nawet to samo przeżycie odmiennie jest odbierane przez uczestników wyprawy. Tudzież i ja wyrażę swoją opinię, która znacznie może odbiegać od wizji pozostałych uczestników tatrzańskich wspinaczek.

Według mnie wspinanie w skałkach czy to Jura, Podlesice, Sokoliki etc., a wspinanie w Tatrach to dwa różne światy. Nie potrafię porównać tych dwóch dla mnie skrajnych doświadczeń. Nie jestem w stanie ocenić co jest lepsze, co daje więcej emocji lub satysfakcji. Dla mnie wspinanie w Tatrach a wspinanie w skałkach to dwa odrębne procesy. Jedno i drugie na swój sposób pokochałam, jak również nienawidziłam chwilami.

Doświadczenie wyniesione ze skał oczywiście można i wręcz wykorzystuje się we wspinaczce wysokogórskiej. Jednak pokonując podobną skalę trudności np. taką „V” w skałach, którą po prostu przechodzisz (ot tak!), w Tatrach taką „V” mam wrażenie przechodzi się z większą „pompą” 😉 Na kursie kluczowe chwile, drobne przewieszenia, kominki itp. czasami wyzwalały lawinę złych przeczuć powodujących tzw. blokadę, gdzie w skałach często na te drobne szczegóły nawet nie zwrócilibyśmy uwagi.

O samodzielności po kursie taternickim

Czy po kursie mam większą wiarę we własne możliwości? Czy czuję się samodzielna? Hmm, czuję się bardziej doświadczona to na pewno, ale czy samodzielna? Chyba za wcześnie, żeby to określić. Każdy dojrzewa w swoim czasie. Myślę, że do wspinaczki również trzeba dorosnąć. Na tyle, aby uprawiać ją z minimalizacją ryzyka. Osobiście moja samodzielność ogranicza się do podejścia pod ścianę, określenia zagrożenia, podjęcia decyzji o wycofie i wykonywanie wspinaczkowych procesów punkt po punkcie, nawet w niesprzyjających warunkach.

Wydaje mi się, że to już całkiem niezłe osiągnięcie. Czuję się na tyle „mocna”, żeby pójść w Tatry z kimś o podobnym doświadczeniu 😉 Jednak jeśli będzie możliwość skorzystania z pomocy naprawdę doświadczonych kumpli, nawet jeśli drogi będą poza moim zasięgiem to chodzeniem „na drugiego” na pewno nie pogardzę 😉

Na swojej górskiej drodze poznałam już wiele osób, baaaa poznałam nawet przyjaciół. Osoby z różnym doświadczeniem. Swobodnie używając terminu „po tylu latach” uważam, że w górach ważną rolę odgrywa zdobycie odpowiedniego doświadczenia. Czasami to doświadczenie zdobywamy sami, a czasami pomagają nam inne osoby. Nie chcę przez to powiedzieć, że osoby które są samoukami mają mniej do zaoferowania. Absolutnie nie!

Z motyką na słońce

Jednak są osoby, które porywają się z tzw. „motyką na słońce”, nie mając często odpowiedniego przygotowania. Sama stawiałam pierwsze kroki w górach nie mając zielonego pojęcia jakie ryzyko podejmuję. Chodziłam w góry sama, zwłaszcza zimą nawet w lawinowe trójki. Nie twierdzę, że teraz już tego nie robię. Nadal chodzę po górach, wspinam się, ryzykuję, ale mając świadomość tego co robię. Brnę w głębszy śnieg, ale analizując każdy krok, obserwując otoczenie, sprawdzając pokrywę śnieżną. A tego nie nauczyły mnie same lata spędzone górach, ale wykłady, kursy, ćwiczenia w terenie z instruktorami.

Reasumując, jeśli znajdziemy swoją pasję; czynność, która nas wyzwala – nie bójmy się w nią inwestować. Nie zawsze podchodziłam do gór z respektem, pierwsze lata określiłabym mianem „szczęśliwie zakończona lekkomyślność”. Szacunku do góry nauczyłam się od innych, dlatego zawsze będę zachęcać nowicjuszy do poszerzania swoich horyzontów u boku tych „bardziej doświadczonych”. Podejmujmy działania świadomie, czerpmy z pasji dozgonną satysfakcję nie narażając się na zbędne ryzyko.