Poznajcie Anię, na insta @roveran93. 🙂

To moja bardzo dobra koleżanka. Siostrzana górska dusza. Wspinaczkowa panna o dzikim sercu i coraz większych kompetencjach w dziedzinie zdobywania szczytów.

Nie znamy się długo (chociaż już mamy jeden wspólny wyjazd na koncie i wspinaczkowe przetarcia na Jurze), ale ufam jej na tyle, że z miłą chęcią przygarnę na drugi koniec liny, czyli tak naprawdę ufam jej całym swoim życiem. Porozumiewamy się językiem gór, snując głupiutkie (choć niepozbawione racji) koncepcje przygód w rodzaju nocowania w jaskini, biwakowania pod chmurką etc. Ot takie sztubackie zagrywki dwojga trzydziestolatków o nastoletnich chwilami mentalnościach. 😉

Ania niedawno ukończyła kurs taternicki i byłem ciekaw jej relacji. Oto ona:

Czy dam radę?

Jest początek lipca, tydzień przed kursem dostaję e-maila od Łukasza (naszego instruktora) z materiałami „do powtórzenia”. Węzły, budowanie stanowisk – taki tam – BANAŁ, można rzec…

Jednak każdy (lub prawie każdy), kto próbował wielowyciągów czy to w skałach czy w wyższych górskich partiach, WIE, że to co wydaje się z pozoru banalne, wcale takim nie jest. Wszystko zależy od czynników i warunków, w jakich przeprowadzamy operacje sprzętowe.

To, co tygryski lubią najbardziej, czyli BUDOWANIE STANOWISK (naprawdę świetna sprawa) – wymaga ciągłych powtórzeń. Trzeba to ćwiczyć na okrągło, aż do znudzenia. Wszędzie można to doskonalić. W przedpokoju na schodach, w pokoju na antresoli, na drzewie przy ładnej pogodzie – banał, prawda?

Otóż nie zawsze. Budowanie stanowisk nie jest trudne, ALE bywa problematyczne, jeśli warunki przestają sprzyjać. Kiedy targają nami emocje, kiedy jesteśmy przemęczeni (wówczas bardzo łatwo o pomyłkę), kiedy jesteśmy zziębnięci, kiedy „dogonia” nas burza, a w oddali słychać grzmoty…

- Dokładnie tak Aniu! Okoliczności i pogoda w Tatrach potrafią zmieniać się dość gwałtownie.

Tak też było i tym razem. W domu pilna uczennica – wszystkie operacje sprzętowe, które można było przećwiczyć – WYKONANE! A w skale? Hmm, no cóż…bywało różnie.

Dzień przed kursem taternickim odbywały się wybory prezydenckie. Nie ma opcji, nie przepuszczę! Zagłosowane? Tak?! To dobrze, więc ruszam.

- Cieszę się, że zagłosowałaś :-)

Jadę do Zakopanego, docieram wieczorem, rejestruję się w najtańszym hostelu (a jak inaczej ?!). Chociaż studentką już nie jestem, to wciąż funkcjonuję raczej w trybie życia studenckiego (może nie na parówkach, ale mam limitowany budżet wycieczkowy). Odpoczywam i staram się nie stresować – co nie jest łatwe. Cały czas nasuwają się pytania: jak będzie? Czy dam radę? Jakie wynikną trudności? W jakim terenie przyjdzie mi działać? Z kim będę na linie? Czy ukończę kurs? Czy w warunkach stresu czegoś – za przeproszeniem – nie spartolę?

- Ciekaw jestem, czy inni również mają takie wątpliwości. Ja bardziej myślałem o jedzeniu, czy zapasy wystarczą mi na cały tydzień.

Dzień 1. Wspinaczka na Skrajny Granat – Środkowe Żebro

Wstaję, ogarniam się i o dziwo bez stresu udaję się w wyznaczone miejsce – niedaleko Kuźnic. Czekając, poznaję nowe osoby (spoza kursu), które w przyszłości zobaczę jeszcze na szlakach. Jeszcze chwila cierpliwości i mam swoją ekipę przed oczami. A samego Łukasza, to z daleka rozpoznałam (oglądałam filmy na youtube z jego udziałem) :p

Wymieniam uściski z nowymi partnerami wspinaczkowymi, dzielimy się szpejem i w drogę. Już po pierwszej godzinie marszu pod górę zdaję sobie sprawę z potknięć, jakie zaliczyłam i bynajmniej nie mam tu na myśli prawdziwego zaliczenia gleby. Pierwszym organizacyjnym błędem było spakowanie się w dwa plecaki! Ten większy na plecy, a mniejszy założyłam na klatkę piersiową. Efekt? Brak możliwości złapania oddechu po dłuższym dystansie. W żółwim tempie docieramy do COS Betlejemka, rozkładamy swoje graty, przepakowujemy się i zapoznajemy z topografią Tatr od strony wspinaczkowej. Uczymy się odczytywania mapy, przerysowujemy topo i ruszamy na Skrajny Granat – Środkowym Żebrem.

- hehe, ja miałem to samo. Jeden duży na rzeczy i drugi na jedznie. Dwa plecaki chyba są nieuniknione.

I uwaga, uwaga – kolejne potknięcie! Niby środek lipca, niby wszędzie słonecznie! A pod skałą mgła, wilgoć i ze 3 stopnie ciepła. Póki człowiek się wspina, idzie to przetrwać, ale podczas asekuracji zabrakło ciepłych ubrań. Nawet czapką bym nie pogardziła, o rękawiczkach nawet nie wspomnę. Pierwsza droga – zapoznawcza – poza tym, że chłodno to całkiem przyjemnie – bez spiny (jak to niektórzy określają). Zmarznięci, ale zadowoleni wracamy do schroniska.

Jako anegdotę mogę tylko dodać, że nas instruktor pierwszego dnia zaproponował nam nocleg na dziko w ramach kursu. Wszystkim z radości aż się oczy zaświeciły. Wręcz nie mogli się doczekać, kiedy to nastąpi. Jednak przyszłość miała pokazać, że ogromny wysiłek i zmęczenie dość sprawnie zweryfikują nasz entuzjazm. W rezultacie później nawet przez myśl nam nie przejdzie taki pomysł. Chociaż koleb kilka minęliśmy, a jedna wręcz pięciogwiazdkowa.

- ja też, ja też...chcę spać w kolebie :-)

Dzień 2. Skrajny Granat. Prawe Żebro

Powoli zaczynamy zgłębiać tajniki samodzielności w podchodzeniu pod ścianę, ale chętnie korzystamy ze wskazówek Łukasza. Michał ustawia kopczyki z kamieni na każdym podejściu. Szybko orientujemy się, że planując przyszłe wypady w Tatry, dobrze byłoby ustawić się z kimś bardziej doświadczonym, aby nie krążyć pod ścianą w poszukiwaniu stanu do pierwszego wyciągu. W planach Skrajny Granat – Prawe Żebro. Ciekawa i wyczerpująca droga jak na dopiero drugie podejście.

Dzień 3. Droga Patrzykonta i pierwszy lot

Oh yeah! 🙂 Ten dzień zapamiętam do końca życia. W końcu zaliczyłam pierwszy lot w Tatrach (nie ma się czym chwalić, wiem). Droga Patrzykonta, właściwie dosyć łatwa, dobre chwyty, trochę trawersu i ten jeden cholerny KANT. Podejście płytą, po lewej stronie fajna ryska na frienda, którego oczywiście tam zostawiam, trochę dalej stary hak – a co tam, jest – to skorzystam. Z takimi przelotami chyba nie ma czego się bać. Po prawej wystający kancik, który trzeba obejść. Dla kogoś z dłuższymi kończynami – do przeskoczenia bez spiny.

Wychylam się na prawo, ustawiam stopy na pochyłych stopniach i sięgam do klam….. ZJAZD! Nogi wysuwają się ze stopni! Nawet nie pamiętam, co się właściwie stało, po prostu dyndam sobie na linie z przetartymi przedramionami i bolącą brodą. Próbuję się uspokoić, ale nie ma na to szans. Nogi się trzęsą zupełnie jak nie moje. Nic to! Nie ma co tak czekać, zbieram się i idę dalej. Wkrótce nogi same się uspokoiły, a ja zdobyłam nowe doświadczenie.

Kończąc drogę Patrzykonta, myślimy już o następnej. Pada na drogę Gnojka – patrzymy na nią z dołu – o słodki jeżu!! Nie wejdę tam, nie ma mowy, toż to pionowa ściana! A jednak wchodzimy i idziemy jeszcze wyżej. Faktycznie strach ma wielkie oczy – z góry na to patrząc, nie wyglądało to już tak strasznie.

Dzień 4. Autoratownictwo

Operacje linowe podczas zajęć z autoratownictwa. Umielibyście zjechać po linie z osobą poszkodowaną?

Kurs taternicki to nie tylko uczenie się samodzielności pod uważnym okiem wykwalifikowanego instruktora, to również nauka myślenia i radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Dlatego też każdy kurs taternicki prowadzony według zaleceń PZA zawiera w sobie warsztaty z autoratownictwa. Uważam je za nieodłączny element wiedzy, jaką trzeba dysponować, idąc w wysokie góry. I bynajmniej nie są to „suche” wykłady, wypełnione milionem procedur i opatrzone komentarzami w stylu: „weź-człowieku-daj-spokój” „i-tak-tego-nie-zapamiętam”. O nie! Taki kurs to oaza praktyki w morzu teorii.

Sam przeprowadzasz po kolei każdą pokazaną wcześniej procedurę. Sam wykonujesz wszystkie czynności i myślisz – cały czas myślisz – co robisz i w jakiej kolejności. Wpinasz się karabinkiem do „nieprzytomnego” partnera, którego masz uratować i czując jego ciężar, dopada Cię zmęczenie. Wówczas dociera do Ciebie, że taka operacja naprawdę do łatwych nie należy. A jeśli dodać do tego wycieńczenie lub złe warunki atmosferyczne, to już w ogóle mamy mocno “pod górkę”, chcąc ratować kogoś na skałach. Nasze warsztaty odbywały się właśnie w średnio przyjaznych warunkach atmosferycznych. A mimo to nie poddaliśmy się i każdy każdego “uratował” przynajmniej po kilka razy. 😉

Dzień 5. Asekuracja lotna. Jak Pies Pluto na lodzie

Tym razem coś, w czym nie czuję się mocna – asekuracja lotna. Ani jako pierwsza, ani jako druga, po prostu nie, bo nie i już. Chociaż może wpływ na moje postrzeganie „lotnej” miała mocna górska integracja dnia poprzedniego…

hihi 🙂

Tak czy inaczej robimy Grań Kościelców, pizga tak, że głowy mało nie urwie. Zanim wyjdziemy na grań, zakładamy wszystko, co mamy. Wokół mgła, wszędzie biało! Wysoka wilgotność również nie poprawia nastroju. Trochę marudzę? Tak, wiem, ale negatywnych odczuć nie ma co w sobie kumulować. Dość narzekań białogłowy – idziemy dalej.

Na pierwszy ogień idą chłopaki, potem mój partner i… masz Ci on Bargiel w kolejkę się wpycha (ale nie potrafię określić, który to był). Oczywiście wtedy jeszcze nie mam nic przeciwko, jednak później zdanie zmienię. Bo padający deszcz wyklucza spolegliwość względem takich incydentów. I w taki oto sposób „ugrzęzłam” na pierwszym odcinku – na płycie, którą wszyscy zrobili na tzw. tarcie, a ja próbując pójść ich śladem, wyglądałam jak Pies Pluto na lodzie. Mało przyjemne to było, ale patrząc z boku mogło się komuś wrednemu wydawać nawet zabawne.

Dzień 6. Filar Staszla

Staw Gąsienicowy zawsze cieszy
A to fota z mojego przejścia. Z osobnikami na zdjęciach kumpluje się do dziś. Razem zrobiliśmy istny festiwal Mnicha (wpisy znajdziecie w zakładce Tatry)

Na szósty dzień wspinu przypadł Filar Staszla, dosyć łatwy, ale kruchy. Sami odnajdujemy drogi, co prawda nadal wspólnymi kursanckimi siłami, ale już z „totemem zaufania” od instruktora, toteż wychodzimy wcześniej i czekamy na szefa wyprawy już na miejscu. Sprawnie robimy drogę i samodzielnie wracamy do Betlejemki. Można? Można.

- Brawo Aniu, btw. ten filarek ma płytę za V. Pięknie sobie z nim poradziłaś :)

Dzień 7. Zamarła Turnia

Dzień zaczynamy dłuższą niż zwykle wycieczką pod Zamarłą Turnię. Odbijamy w lewo i szykujemy sprzęt, spoglądając jednocześnie na naszą drogę. Wygląda przaśnie. U jej podnóża zbity, stromy śnieg – a u nas czekanów brak. Z boku podejścia – też brak. Chwytamy za ostre kamyki i piłujemy nimi stopnie w śniegu, podchodząc do stanu. Decydujemy się na Lewych Wrześniaków, główka pracuje, a i strach nie śpi.

Droga wymagająca sporej czujności. Ostatni wyciąg pokonaliśmy tuż przed ulewą. Robiąc zjazdy ną tę stronę “ze szlakiem” jesteśmy już kompletnie przemoczeni. Reszta naszych rzeczy i plecaki zostały u podstawy ściany, my zaś po drugiej stronie – co wywołało w nas lekką, acz zasłużoną konsternację. Szybka decyzja: bierzemy liny, sprzęt i wracamy ubrani na „wspinacza” do schroniska, dzwoniąc po drodze jak stado baranów.

och, u mnie też było sporo śniegu pod płytą. Paczaj to ?
początek drogi – Filar Wrześniaków

Dzień 8. Żywcowanie na Mnichu

Plan na dziś: dopaść MNICHA. Kto by nie chciał?

Pierwsza nocka w Taborze, po czym wyruszamy. Pogoda zaczyna szwankować, a miało być tak pięknie. Ale nie ma tego złego…. 🙂 pogoda na początku straszy, część ekip wycofuje się. Jaki efekt? Jesteśmy pod ścianą i… mamy Mnicha prawie dla siebie. Prawie, bo poza nami są jeszcze dwie ekipy. Rozpracowujemy drogę Orłowskiego, delikatnie ją na początku modyfikując.

W fazie początkowej prowadzi Michał, trzeba przyznać, że skurczybyk świetnie zaciera te kostki. Chyba myśli, że polubiłam „dyndanie” na linie i walenie jebadełkiem w małą, cholerną zatartą kostkę ;p A tak serio? Z jego asekuracją nie bałabym się latania 🙂 W połowie drogi przejmuję „pałeczkę” i zaczynam prowadzić. Droga łatwa, z jeden delikatnym okapem (o ile w ogóle można to nazwać okapem, raczej wychyleniem). Tak czy inaczej mam stracha, osadzam dodatkowo 2 friendy (bez sensu).

Startuję i wchodzę, bez spiny – jednak to tylko tak strasznie wyglądało. Ale 2 friendy i długie ekspresy poszły w….W trakcie przechodzenia długiego trawersu, chcę się przyasekurować i…. zdaję sobie sprawę, że mam tylko jedną taśmę i kilka karabinków (f*ck), a przecież stan muszę z czegoś zrobić. Chwila namysłu. Chrzanić to, idę dalej. Dochodzę do stanu pod samym szczytem, nie mam siły ciągnąć liny. Pozaginała się menda. Pasuję, robię stan, przygotowuje przyrząd, krzyczę i czekam na partnera, asekurując się. Po pewnym czasie widzę rozbawionego na maksa Michała. Dochodzi do mnie i śmiejąc się, mówi: „Ładnie przeżywcowałaś te 30 metrów Aniu, bardzo ładnie”. Nie ja jedna zresztą rzeczoną drogę na ten szczyt przechodziłam:

Dzień 9. Żabia Lalka

Tego dnia zmęczenie czułam nie tylko w mięśniach, ale również „widziałam”, patrząc w lustro. Być może dlatego wspomnienia dotyczące tamtych chwil są “blade” i pozbawione znaczących szczegółów, które w tej chwili (kilka miesięcy po) próbuję sobie przypomnieć. Pogoda kapryśna, „ni to słońce, ni deszcz”. Droga na Żabią Lalkę przebiega spokojnie, bez spiny czy większego tzw. „ciśnienia”, po drodze naszą uwagę rozpraszali działający tamże ratownicy TOPR. Oni to dopiero mieli sporo roboty!

Najmocniej wbiło mi się w pamięć, że bardzo chciałam wdrapać się na sam szczyt Żabiej. Po prostu swobodnie tam stanąć, co nie było mi dane ?? Wisząc na stanowisku, przywitały nas pierwsze krople deszczu, więc odpuściliśmy i sprawnie zawinęliśmy się na dół. A gospodarz tego bloga o Żabiej Lalce taki obszerny i ciekawy materiał zapodał:

Dzień 10. Ostatni. Droga Pliszka

Ostatni dzień kursu taternickiego! Po dniu przeznaczonym na odpoczynek pojawiło się w mej głowie zupełnie inne nastawienie. Plątanina myśli: Osterwa? Szarpane? Daleko? Blisko? Jedno jest pewne, najpierw kawka w schronisku Popradske Pleso ?? Potem idziemy w kierunku Osterwy, ale jednak wcześniej odbijamy w lewo ze szlaku, kierując się ku Szarpanym Turniom. Po kilka godzinach marszu (aż dziw bierze, że na nikogo się natknęliśmy) osiągamy cel. I dopiero wtedy na miejscu widzimy inną wspinającą się ekipę.

Lecz zanim dotarliśmy do pierwszego stanowiska, musieliśmy pokonać istne MORZE głazów. Żadnej ścieżki, po prostu głazy i my pośród nich. Michał ustawia kopczyki [czyli kamienie ułożone jeden na drugim, służące jako punkty orientacyjne, pomocne w odnajdywaniu drogi – przyp. red.] taka mądry myk 🙂 tyle że później okazuje się, że niewłaściwe miejsca wybrał 🙁 tak czy inaczej mamy swój start. Droga Pliszka, również niewiele szczegółów w mej pamięci zostawiła: było trochę tarcia, kominek, którzy mnie zniszczył i szczyt ?? ale to przecież nic trudnego ?? (z przymrużeniem oka)

Mam nadzieję, że zabierzesz mnie na Pliszka

Tatrzańskie granity vs jurajskie wapienie

wspin w Lutowcu

lu ludzi, tyle opinii, co i tak można zrozumieć, mając z tyłu głowy anegdotę o tym, że “gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania i co najwyżej “zgniły” kompromis zamiast “dorodnych i świadczących o dojrzałości” wniosków.

Czytając biografie naszych wspinaczkowych mentorów, można zauważyć, że zwykle to same miejsce (a nawet te same okoliczności) są w różny sposób odbierane przez poszczególnych uczestników wyprawy. Również ja wyrażę swoją opinię, która może znacząco różnić się od wrażeń pozostałych uczestników tatrzańskich wspinaczek.

Według mnie wspinanie się na skałkach (np. Jura, Podlesice, Sokoliki etc.), a wspinaczka w Tatrach stanowią dwa różne światy. Nie potrafię porównać tych dwóch dla mnie skrajnych doświadczeń. Nie jestem w stanie ocenić, co jest lepsze, co daje więcej emocji lub satysfakcji. Oba doświadczenia życiowe są niczym dwa odrębne strumienie spływające do tego samego morza. Dwie oddzielne strużki, dwa różne procesy w podobnym do siebie (choć różniącym się pod wieloma względami) środowisku. Zarówno jeden jak i drugi żywioł na swój sposób pokochałam; a chwilami również nienawidziłam.

Doświadczenie wyniesione ze skał oczywiście można i wręcz powinno się wykorzystywać podczas wysokogórskich zmagań. Jednak pokonując drogę o podobnej wycenie trudności np. taką „V” w skałach, odczuwasz to inaczej. Tę pierwszą po prostu przechodzisz (ot tak!), chwilami zupełnie tak jakby to były schody ruchome do stacji metra wiodące lub dobrze umocowana przy drzewie drabina. Tę drugą – tatrzańską “V” pokonuje się z większą „pompą” lub – jak kto woli – z większym “nadęciem się”. Czyli wolniej, ostrożniej i z silniejszą koncentracją na tym, co tu i teraz. Podczas kursu kluczowe elementy np. drobne przewieszenia, kominki itp. czasami wyzwalały lawinę złych przeczuć wywołujących tzw. blokadę. Natomiast w skałach częstokroć na te drobne szczegóły nawet nie zwrócilibyśmy uwagi.

O samodzielności i egzaminie dojrzałości wspinaczkowej

Czy po przebytym kursie mam większą wiarę we własne możliwości? Czy czuję się samodzielna? Hmm…na pewno bardziej doświadczona jestem, ale to jeszcze nie jest ten rodzaj pewności co do swoich kompetencji. Chyba jest za wcześnie, żeby to określić. Każdy dojrzewa w swoim czasie. Myślę, że do wspinaczki również trzeba dorosnąć. Zyskać na tyle świadomości i rozwagi, aby uprawiać ją z radością, minimalnie przy tym ryzykując. Adresowane do lotników życzenia (“tyle lądowań, ile startów”) z powodzeniem można trawestować (uwaga: to nie to samo co “trawersować”) do postaci: “tyle powrotów do bazy, ile prób zdobycia szczytu”.

Moja samodzielność ogranicza się do podejścia pod ścianę, uświadomienia sobie zagrożeń, podjęcia decyzji o ewentualnym wycofaniu się i wykonywaniu czynności wspinaczkowych punkt po punkcie, nawet w niesprzyjających warunkach. Wydaje mi się, że to już całkiem niezłe osiągnięcie. Czuję się na tyle „mocna”, żeby pójść w Tatry z kimś o podobnym doświadczeniu. 🙂 Jeżeli pojawi się możliwość skorzystania z pomocy bardzo doświadczonych kumpli, to (nawet jeśli drogi będą poza moim zasięgiem) chodzeniem „na drugiego” na pewno nie pogardzę. 🙂

Na swej górskiej drodze poznałam już wiele osób… ba! zyskałam nawet grono przyjaciół. Ludzi w różnym wieku i z różnym doświadczeniem. Traktując dość swobodnie frazę „po tylu latach”, uważam, że w bezpiecznym i dającym mnóstwo radości chodzeniu po górach ważną rolę odgrywa zdobycie odpowiedniej wprawy. Czasami zdobywamy ją w pojedynkę, a kiedy indziej pomagają nam w tym inne osoby.

Nie chcę przez to powiedzieć, że osoby będące samoukami mają znacznie mniej do zaoferowania niż wykwalifikowani instruktorzy z certyfikatami. Absolutnie nie! Z wiedzy zarówno jednych jak i drugich warto korzystać, by ciągle się doskonalić. Któregoś dnia, dzięki adekwatnemu wyszkoleniu zdołamy wykaraskać się z poważnych opresji lub uratować życie komuś, kto nam zaufa jako towarzyszowi wyprawy.

Racja; mądrze ta dziewucha rzecze - dać jej więcej czasu przed mikrofonem ;-)

Z motyką na słońce

wejście na Matterhorn
Matterhorn szczyt

Bywają jednak osoby, które porywają się z tzw. „motyką na słońce”. Bez odpowiedniego wyposażenia, wypracowania kondycji i umiejętności, tudzież bez znajomości tematu decydują się na podążanie szlakami o zbyt wysokim (dla nich) stopniu trudności. A przecież im trudniejsza góra i bardziej wymagające okoliczności jej zdobywania, tym solidniejsze przygotowania należałoby poczynić.

Przyznać się muszę, że stawiałam swoje pierwsze kroki w górach, nie mając zielonego pojęcia, jakie ryzyko podejmuję. Chodziłam w góry sama, w dodatku zimą i nawet w lawinowe “trójki” (trzeci stopień zagrożenia lawinowego). Nie stanowi to dla mnie powodu do dumy, ale tak bywało i nie wymażę tego z pamięci.

Reasumując, jeśli znajdziemy swoją pasję; czynność, która nas wyzwala – nie bójmy się w nią inwestować. Nie zawsze podchodziłam do gór z respektem, pierwsze lata określiłabym mianem „szczęśliwie zakończona lekkomyślność”. Szacunku do gór nauczyłam się od innych, dlatego zawsze będę zachęcać nowicjuszy do poszerzania swoich horyzontów u boku tych „bardziej doświadczonych”. Podejmujmy działania świadomie, czerpmy z pasji maksimum satysfakcji, nie narażając się na zbędne ryzyko.