Skoro już dotarłem na Tatrzańskiego Mnicha, to grzechem byłoby nie wykorzystać okazji do kilkukrotnego wejscia na jego czubek. W końcu jak głosi znane powiedzenie “trening czyni mistrza”, a mnie do poziomu mistrzowskiego jeszcze trochę brakuje. Ale zanim opowiem o szczegółach tego wejścia, to pozwólcie mi na pewną dygresję.

Piotr Korczak jako Kustosz Mnicha

Stał za kamerą, gdy kręcono m.in. “Rewers”, “Pręgi”, “Rysę”, “Uwikłanie” czy też “Senność”. Wyreżyserował zaś “Jakoś to będzie”, “Będziesz legendą, człowieku” oraz obsypanego nagrodami  “Czerwonego pająka”. O kim mowa? O Marcinie Koszałce, urodzonym w 1970 r. operatorze i reżyserze filmowym, który może pochwalić się tytułem doktora habilitowanego sztuk filmowych. Przyznajcie: nieźle brzmi, prawda?

Twórca ten w 2015 r. nakręcił również (notabene w oparciu o własny scenariusz) krótkometrażowy film zatytułowany “Deklaracja nieśmiertelności“. Obraz ten przybliża sylwetkę Piotra Korczaka, autora wielu przejść na rzeczonej górze, będącego jednym z „Kustoszy Mnicha”. Zarazem film stanowi dowód, że szczyt ten należy do grona najlepiej rozpoznawalnych w Tatrach i uchodzi niemal za emblemat. Taką sławę zawdzięcza charakterystycznej sylwetce przypominającej ksztaltem postać siedzącego mnicha, który swą głowę opatulił kapturem. Nie dziw, że okoliczni mieszkańcy w dawnych czasach głosili podania, których bohaterem był mnich wędrujący po tym regionie.

Mnich w Tatrach z oddali (Morskiego Oka)
Mnich z oddali

Rysą na szczyt Mnicha

Na Mnicha wiedzie też droga zwana “Kantem Klasycznym”. Była to moja pierwsza droga mająca z przodu VI stopień trudności. Najtrudniejsze etapy wiodły poprzez formacje zwane rysami (ostre granitowe, miejscami wąskie i dość śliskie), a ponieważ nie przepadam za nimi, to musiałem znaleźć sposób na ich pokonanie. Podążając za radą bardziej doświadczonych kolegów, owinąłem sobie palce taśmą, żeby ich nie poobcierać. Przy czym pragnę przestrzec: Uwaga: taśmy nie przydają umiejętności a jedynie wzmacniają mental 🙂

Owa rysa znajduje się po stronie wschodniej, co sprawia, że jest mniej nasłoneczniona i z reguły bardziej wilgotna.

Harda piątka na starcie (Pierwsza Rysa V+)

Przygoda rozpoczyna się hardą 5. Droga idzie rysą w zacięciu aż do kolejnego stanu na półce.

Prowadzącym był Tomek, za nim ciągnął Piotrek, a ja cóż – jakby to ująć – zabezpieczałem tyły ;). Od Piotrka pożyczyłem nieco magicznego proszku (zapomniałem własnego), który polepsza chwyt i zmniejsza potliwość dłoni. Tak działa magnezja – środek dawniej używany w lampach błyskowych, a współcześnie na co dzień stosowany przy produkcji fajerwerków.

Mimo tych artefaktów, muszę przyznać, że chwilami trudno mi było wyjmować przeloty w takiej pozycji. A co dopiero je układać. Zazdroszczę Tomkowi techniki, jemu szło to znacznie lepiej. Ale obu nas spotkała podobna przerwa w procesie. Gdzieś w połowie drogi do kolejnego stanowiska, w rysie utknęła mi stopa i musiałem zrobić przymusowy postoj na wyswobodzenie się.

Gimnastyki nie unikniesz!

Drugie stanowisko składa się z dwóch PLAKIETEK (stalowych wypustek z otworem pośrodku umocowanych do skały za pomocą śrub), między którymi tkwił pozostawiony przez kogoś REP. To skrócona nazwa (w rozwinięciu REPIK lub REPSZNUR) niezbyt grubego sznura, który niejednemu wspinaczowi uratował skórę.

Od tego miejsca zamieniłem się miejscami z Piotrkiem. Nie interesowały nas żadne inne warianty prowadzące z tego punktu, zamiast tego skupiliśmy swój wzrok na Morskim Oku, które świetnie widać.

Widok na Morskie Oko z Mnicha
Widok na Morskie Oko z Mnicha. Czuję się wspaniale

Po kilku chwilach znów po rysie ruszyliśmy dalej. Najtrudniejszym elementem dla mnie było wyjście z rysy na zaklinowany głaz, przy którym nie można było się wyprostować. Nisko zawieszony sufit wyjątkowo utrudniał mi jakiekolwiek wygibasy, ale okazały się one koniecznością.

Rysa jest dosyć wąska. Można łatwo zetrzeć sobie skórę. Tomek znajduje się teraz przy głazie, na którym nie sposób stanąc.

Po dość długiej gimnastyce udało mi się usiąść na głazie, skąd zobaczyłem niżej położony stopień, na którym mogłem postawić nogę. Mądry Polak po szkodzie, a Kowalski po manewrach. 😉 Trzeba było najpierw się obniżyć, aby od razu móc nogę postawić na głazie – tak jak uczynili moi towarzysze. Lekcja odebrana, na przyszłość będę wiedział. Was niniejszym ostrzegam, byście zwracali na takie rzeczy uwagę i nie tracili niepotrzebnie energii.

Po pokonaniu dużego zaklinowanego bloku, rysa przeradza się w ładny komin, którym docieramy na Długą Półkę

Więcej elementów niż u Luca Bessona

Początek trzeciego stanu rozpoczyna sie elementem za VI-. W tym miejscu rysa zawierała sporo wilgoci. Nie był to wprawdzie ściek, ale głębsze włożenie dłoni skutkowało jej zamoczeniem. Musieliśmy bardzo uważać, a ponieważ lubimy stawiać czoła wyzwaniom, to zdecydowaliśmy się wyciągnąć ciężką artylerię. 😉 Piotrek (najmocniejszy z naszej trójki) przejął prowadzenie.

Warto dodać, że znajdziemy tutaj rónież zaklinowanego HEKSA (duża kość o sześciu kantach, którą się klinuje w skale), którym można się wspomóc. Jednak co to za zabawa korzystając ze sztucznych ułatwień?

Piotrek na prowadzeniu. Element za VI-
Wilgoć nie ułatwia przejścia. Lepiej odpuścić sobie drogę w deszczowe dni

Z dłońmi wysmarowanymi magnezją (ofiarowaną mi przez Tomka) dałem radę na mokrych płaszczyznach jako trzeci wspinacz. Wychodzi się z nich na długą półkę / połóg, na którym znajdowało się wiele małych kamyków. Trzeba być ostrożnym, aby ich pozrzucać.

Dalszy odcinek drogi jest dość łatwy (drugi stopień trudności) i doprowadził nas do “Siodełka na Kancie Klasycznym“. Parę metrów na prawo przed właściwym stanem, znaleźliśmy dogodne, bezpieczne miejsce do wykonania własnego stanowiska (użyliśmy pętli) i stwierdziliśmy, że to jest to. 🙂 To, czyli pora na moje liderowanie, aby chłopakami nieco odpoczęli.

już biegnęęę
Budowa stanowiska

Ostatnia prosta V+

Ostatnia cześć drogi na Mnicha zawiera drobne chwyty, jest ok choć miałem wrażenie, że płyta była odrobinę przewieszona. Jednak wyjście nie powinno przysporzyć większych problemów. Pokonawszy ścianę osiągnęliśmy górne półki mnichowe, skąd można było zejść z buta do podstawy ściany lub piać się wyżej dwoma wyciągami aż do szczytu.

Od tego etapu, kolejne akcesoria są wspólne dla przebytych już przez nas: Drogi Orłowskiego (V) oraz Klasycznej na Mnicha (IV), więc zdecydowaliśmy zejść pieszo. Dodam jeszcze, że tuż przed samym wyjściem, nie skręciłem tam, gdzie trzeba było (powinienem był obejść płytę z prawej strony) i wyszedłem prosto przez przewieszoną przeszkodę. Trochę się napociłem (oceniam, że nadprogramowo pokonany obiekt mógłby mieć V stopień trudności), ale koniec końców było fajnie.

Przybiliśmy sobie radosne piątki i pożegnaliśmy Mnicha. Dla chłopaków była to dobra rozgrzewka, dla mnie zaś – aktualnie raczej górny limit możliwości wspinaczkowy. Oni wybrali się na drogę o nazwie Sprężyna VII, a ja udałem się do Moka na ciepłą strawę i smaczną kawę.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 10 Średnia ocena: 5]