Pamiętacie Kacpra i Maćka? Dwóch braci, z którymi spędziłem kilka długich dni w Alpach Szwajcarskich? Jeśli nie kojarzycie chłopaków, to kliknijcie w któryś z poniższych linków:

Wiecie, jak to bywa. Niby majowy weekend, ale niepewna pogoda. Koniec tygodnia za pasem, człek wyzuty z energii, którą spożytkował na obowiązki zawodowe. W dodatku jestem dopiero na etapie budowania formy fizycznej, a oznaką takiego stanu rzeczy, jest syndrom “ciężkiej dupy wrośniętej w fotel”. W piątkowy wieczór taki mnie dopadł i w głowie rozgrywałem taki scenariusz: pilot w łapę i oglądamy kolejne bloki reklamowe..

Ale nie! Kacper, z którym rozmawiałem o jego planach na tamten weekend, zna takie wymówki. I przerabiał już kontrargumentację względem takich jak ja ancymonków, których nawiedził akurat duszek-leniuszek. Finalnie to namówienie na ten wspólny wypad nie zajęło im wiele czasu, było EPICKO!

Sokolica – pierwsze skojarzenia

Pod kilkoma względami, ta nasza rajza przypominała nieco alpejskie impresje, tu naszkicowane:

Oto te asocjacje:

  • przyświecał nam tylko jeden cel – pragnęliśmy dostać się na szczyt Sokolicy
  • nocleg miał mieć formę biwaku pod namiotem (i miał)
  • swoistą “powtórką z rozrywki” było oczekiwanie aż skała się rozgrzeje
  • nietypowa jak na mnie (bo ledwo wstaję o 8.30, mając do pracy (w trybie zdalnym ma się rozumieć) na 9.00) pobudka – o 5 rano musieliśmy być na nogach, a nawet najlepszy śpiwór na świecie, to jednak nie to samo, co dobrze posłane, komfortowe, własne łóżko.
  • no i ta konieczność zadzierania głowy do góry, aby zmierzyć górę wzrokiem – w Szwajcarii też tak miewałem. Pierwsze wrażenia na miejscu w pojedynkę wywołane skwitowałem takim smsem do chłopaków adresowanym: “Hej, ta ściana to kawał skurczybyka!”

Od razu się podjarałem, dłonie zaczęły mi się pocić, jakby przeczuwały skalę trudności dot. z którymi przyjdzie im się mierzyć. Skoro góra rzuca rękawicę, to my ręce w magnezję i podejmujemy wyzwanie!

Dolina Będkowska

Pierwsza część soboty upłynęła nam zatem na czynnościach logistycznych, a na realizację celu wspinaczkowego celu przewidzieliśmy niedzielę.

Jednakże aby nie siedzieć bezczynnie, spakowaliśmy graty i wyszliśmy na rekonesans po okolicy. W końcu to Dolina Będkowska, której walory przyrodniczo-krajobrazowe zostały odpowiednio docenione). A ze swoimi niemal 8 km, to jedną z najdłuższych dolin na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej.

Dla tych, którzy chcieliby ją zobaczyć oczyma wyobraźni: wykreujcie w Waszych głowach coś a la wąwóz (efekt zjawisk krasowych w jurajskich wapieniach) z dość stromymi zboczami na wschodzie oraz łagodniej opadającymi na zachodzie. Dnem doliny płynie sobie potok Będkówka (który “doczekał się” nawet całkiem sporego naturalnego wodospadu o nazwie Szum), a prócz niego wymienić należy także liczne schrony skalne, wąwozy, jary i jaskinie (np. Nietoperzowa). Za wybitnie malowniczy uchodzi Wąwóz Przecówki.

Tak przynajmniej głosi tablica, na której można jeszcze m.in. wyczytać, że Sokolica to „najwyższa poza Tatrami skała w Polsce udostępniona do wspinania”.

Jeżeli obierzecie któregoś dnia ten piękny rejon Polski na swą destynację turystyczną, to dogodną bazę noclegową warto sobie zrobić we wsi Będkowice lub w gospodarstwie agroturystycznym nad którym wisi szyld “Brandysówka”. Ta ostatnia lokacja uchodzi wręcz za obiekt dedykowany osobom wspinającym się po skałkach.

Gdzie zaparkować auto w Dolinie Kobylańskiej?

Istnieje możliwość zaparkowania przy Brandysówce, a nawet wjechania autem na pole namiotowe (15 zł / dzień) ale nie róbcie tego. Droga jest wąska i takie wjazdy znacznie utrudniają życie odpoczywającym. To tak jak wjechać fasiągiem do Morskiego Oka

Najlepiej zaparkować przy OSP w Będkowicach najlepiej zaparkować auto i przejść się szlakiem pod Brandysówkę ok. 20 min). Gdyby tutaj parking był zapchany to jest znacznie większa opcja przed cmentarzem przy ul Cichej, skąd również mamy bardzo blisko.

Sokolica – królowa Jury

Niemalże w samym środku rzeczonej doliny położona jest Sokolica. To wapienna skała charakteryzująca się na najwyższą ścianą wspinaczkową na całej Jurze. Ponadto jej wierzchołek ze względu na znajdujące się tam pozostałości sporego grodziska z przełomu VIII/IX wieku, we władanie kiedyś wzięli archeologowie, którzy przypisali odkryte tam ślady osadnictwa naszym przodkom z czasów neolitu i kultury łużyckiej.

TOPOgrafia Sokolicy. Nasza droga idzie nr 9
  • 4. Lot na Brandysa
  • 5. Lewy Ćwiecznik
  • 6. Gwiezdne Wrota
  • 7. Gruby Lolek
  • 8. Wuosenne Palenie Trawy
  • 9. Lewy Komin
  • 10. Warianty Miksera

A najlepiej zaznajomić się z samą drogą, skoro się stoi u jej podnóża i czeka na właściwy moment. Myśmy nie zasypiali gruszek w popiele (popiół po nas został zresztą z innego powodu) i podczas sobotniego, późnego popołudnia przetestowaliśmy pierwszy wyciąg. Doprawdy trudny odcinek, momentami dający popalić.

Via Ferratka na początek drogi. Podobnie jak na Mnichu w Tatrach

Aby dojść do miejsca startu, trzeba tam przejść pod wapiennym łukiem, a następnie wpiąć się (celem asekuracji) w żelazną linkę. Taka mini-ferrata umiejscowiona tak nisko nad ziemią to coś raczej rzadko spotykanego. Szczegółów na razie Wam oszczędzę, wiedzcie że zabawa była przednia – mówiąc wprost: było super. 🙂

Zwłaszcza, że zachodzące słońce ściągnęło nas do namiotu. Przed snem uraczyliśmy kiełbasą z grila a pełne żołądki dodatkowo wzniosły nasz nastrój na jeszcze wyższy poziom. Ranek zastał dywagujących o wyborze tej jednej, jedynej drogi, która zaprowadzi na szczyt.

Na szczyt Sokolicy przez Lewy Komin

Maciek na pierwszym wyciągu
Trzeci wyciąg

Pula tamtejszej nitek wspinaczkowych jest bogata i różnorodna. Przeważająca większość z nich oznaczała dla nas wyzwanie. A ta przez nas wybrana z katalogu nr 9, była na granicy naszych umiejętności. Chcieliśmy się czuć komfortowo a zarazem mieć potem kilka minut ekstazy więcej. Zapewnił ją nam Lewy Komin – o takich parametrach:

  • Lewy Komin (1 wyciąg) VI-/V+ (7R+ST), 20m
  • Lewy Komin (2 wyciąg) V+ (7R+ST), 20m
  • Lewy Komin (3 wyciąg) V (7R+ST), 17m

Na szczyt prowadzą 3 wyciągi, które tworzą jeden dłuższy – wielowyciąg. Ponad 70-metrowa ściana jest eksponowana na południowy zachód, a pakiet dostępnych tam formacji składa się z: zacięć, kominów, pionów, filarów, połogów i przewieszenia.

Topo drogi wyznaczonej niegdyś przez grupę śmiałków zwanych Kaskaderami jest podzielone na 24 punkty, a czas potrzebny na przejście między pierwszym a ostatnim, powinien się zamknąć w przedziale czasowym niespełna 60 minut (nam zajęło to 3 razy tyle).

Najtrudniejszy pierwszy krok…

Panorama ze szczytu Sokolicy. Na dole widać Brandysówkę

Tfu, co ja mówię: najtrudniejszy jest pierwszy…wyciąg. Trzyma w napięciu przez całą swą długość. Już od samego startu należy być bardzo czujnym, chociażby po to, aby stając na słabych stopniach, ogarnąć lekki trawers w prawo. Łatwiej mają jest tam osoby o dużym zasięgu ramion. Wciąg kończy ciekawa przewieszka, ale wystarczy wysoko podejść na nogach i chwytać za klamy

W połowie wyciągu zaczęły się prawdziwe przygody 😉 po raz pierwszy w swojej karierze Maciek odpadł od ściany w trakcie prowadzenia wyciągu. A odpadając – automatycznie (choć niechcący) aktywował funkcję “latania”. Ja wraz z Kacprem robiliśmy za jego “garby”, a praktyce wyglądało to tak, że – idąc w charakterze drugiego – zbieraliśmy żelastwo.

Dzięki podwieszeniu przez Maćka liny do pierwszego stanowiska, mieliśmy asekurację, a ja byłem tym garbem ostatnim. Na drugim wyciągu znów to Maciek liderował – tamtego dnia Kacper nie był w najlepszej formie wspinaczkowej. Albo nie czuł się dostatecznie pewnie, albo nazbyt nieprzystępną ta ściana dlań się okazała.

Warto zaznaczyć, że szliśmy w tzw. “szybkiej trójce na linie połówkowej” czyli byliśmy podpięci do dwóch żył. Ja do jednej, Kacper do drugiej, a Maciek – jako prowadzący do obu naraz. I za każdym razem jak osiągał stanowisko, to „wypuszczał z bloku startowego” jednego z nas (na pierwszym wyciągu zawsze Kacpra), a gdy ten doszedł, to przychodziła (wreszcie! 😉 pora na tego trzeciego (czyli na mnie).

Za to na trzecim wyciągu, to ja przejąłem stery. Trzeci wyciąg zaczyna się kominem, w którym nie ma za wiele miejsca.

Gdybym miał wskazać jakiś do niego podobny to najprawdopodobniej wybrałbym tę przygodne:

Dupa Słonia

Gwoli ścisłości: im było wyżej tym zasadniczo łatwiej, chociaż stopień trudności malał powoli, dość niezauważenie. Znacznie więcej problemów (na tym etapie treningu wspinaczkowego) miałbym z pobliską skałą oficjalnie zwaną Zamczyskiem, która szerszej publiczności znana jest jako „Dupa słonia”. Nie wiedzieć czemu, gawiedź woli to ostatnie miano. Przyjrzeliśmy się temu „tyłkowi” z bliska i na tej podstawie jestem przekonany, że obecnie (maj 2021) jest poza moim zasięgiem. Za to w zasięgu moich rąk kiedyś była dupa prawdziwego słonia, którą to historię już prawdopodobnie znacie z tej opowieści:

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 3 Średnia ocena: 5]