Podróże kształcą. A te odbywane w grupie dodatkowo integrują i pozwalają przekonać się, kim lub jacy z grubsza są kompani – w myśl tureckiego przysłowia mówiącego, że “aby poznać człowieka, trzeba zostać jego towarzyszem podróży”. Z kolei podróżowanie w pojedynkę utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś w stanie samodzielnie zorganizować sobie wolny czas. I potrafisz zrealizować nakreślony wcześniej plan wycieczki lub na bieżąco reagować, spontanicznie dostosowując się do tego, co przyniesie kolejny dzień. Bo przecież w życiu jak w Bollywood “czasem słońce, czasem deszcz”, ale prawie nigdy (niestety) nie jest to ani deszcz meteorów, ani deszcz pieniędzy.

Skąd brać pieniądze na podróże? (tu zaraz powstanie kolejny wpis)

Nic za darmo, ale niekiedy szeroki uśmiech wystarczy

Spopularyzowane przez ekonomistów i polityków (ba! nawet doczekało się ono skrótu: TANSTAAFL – “there ain’t no such thing as a free lunch” – głosi prawie niemożliwą do obalenia tezę, że przecież „nie ma darmowych obiadów”. W ten czy inny sposób, natychmiast lub jakimś czasie, w takiej czy innej walucie, konsument lub sponsor (a niekiedy ogół płatników podatków), musi zapłacić za to, co zostało wyprodukowane lub w formie usługi dostarczone na rynek.

Reguła ta dotyczy również podróżowania. Włączając w to takie jego formy jak: przejazdy autostopem, jazda na gapę, biwakowanie na dziko, spanie w namiocie pod gołym niebem, nocowanie u nieznajomych lokalsów, lub jak w tytule jednej z moich ulubionych powieści przygodowych: podróż za jeden uśmiech. Darmowe lub półdarmowe są one tylko z nazwy, a tak naprawdę wszystko sprowadza się do obniżenia lub przerzucenia kosztów na kogoś, komu nie robią one w danej chwili wielkiej różnicy.

Prócz obowiązkowego zawiadomienia bliskich o swoich zamiarach dotyczących dalekosiężnych wojaży – warto mieć zabezpieczony byt i tzw. poduszkę finansową, aby realizować taką pasję jak podróżowanie. Zależnie od miejsc, do których chcemy dotrzeć oraz celów do osiągnięcia, takie hobby może być bardzo kosztochłonne, zwłaszcza jak chcemy się wspinać lub wyjść na wysokogórski trekking. Ale jest i dobra wiadomość: na wszystkim co kosztuje, można przyoszczędzić.

Mniej komfortu, więcej w kieszeni

Podróżowanie nie musi drogie, o ile jesteś w stanie zrezygnować z komfortu i wysilić się nieco w celu znalezienia tańszych opcji. Wspomniane łapanie stopa zamiast płacenia za wygodny przejazd autokarem albo chociażby popularne ostatnio przewozy carsharingowe to pierwszy z brzegu przykład cięcia kosztów poprzez rezygnowanie z komfortu. Czerpię niekłamaną przyjemność ze spania pod namiotem. Ale znam kobiety, które nie ruszają się z domu bez suszarki i zaklepanego noclegu w czterogwiazdkowym obiekcie. Im bardziej komfortowych warunków oczekujesz, tym większe koszty poniesiesz. Prosta i nieubłagana prawda o turystyce.

A Ty jak bardzo jesteś w s tanie zrezygnować z własnego komfortu?

Zamiast szpanować, lepiej przyciąć na szpeju (i nie tylko na nim)

Wyprawy w wyższe partie gór nierozerwalnie łączą się z wydatkami na zakup (lub wypożyczenie – co jest tańsze, jeśli planujemy jednorazowy wypad) ekwipunku. Sprzęt wspinaczkowy (tzw. szpej) jest drogi, a jeśli komuś zależy na nowym i mega profesjonalnym, to trzeba się liczyć z potężnymi wydatkami. Oto kilka z nich:

  • Dziaby Nomic: 1500 zł
  • Zamberlan Karka 6000 RR (“nowe używki”) 1200 zł
  • Raki automaty Petzl Lynx 650 zł
  • Kurtka Rab 200g puchu 850 CUIN 1200 zł

Lecz prawdziwe jest również stwierdzenie, że na początku można ograniczyć się do samego trekkingu, do którego wystarczą: niewielki osprzęt osobisty, dobre buty i odpowiednia kurtka.

Jakiś czas temu w internetowej aukcji za około 200 zł udało mi się nabyć kurtkę marki Millet, używaną i posiadająca charakterystyczny zapach rodem z antykwariatu. Mam poważne wątpliwości co do zachowywania przez nią pierwotnych właściwości termicznych, a ponadto – sporo waży. Za to lubię w niej chodzić i jest wygodna. Nie boję się, że ją pobrudzę, a na dodatek nosiłem ją dumnie podczas wszystkich zagranicznych wypraw. I jakoś mnie nikt palcami nie wytykał, że obniżam średnią estetyczną ludzi na szlaku.

Podobne oszczędności zdarzyły mi się w trakcie kupowania butów trekkingowych noszących z logiem Salomon za 220 zł z Decathlonu. Miały niemającą dla mnie znaczenia wadę fabryczną: otóż prawy z lewym różniły się między sobą nieco…kolorami, ale za to jak ładnie zrabatowane były :-). Zajechałem je potem na śmierć podczas rajzy po Nepalu, którą opisałem w kilku wpisach pod tym oto linkiem dostępnych:

Będąc w Himalajach nie było dnia żebym się nie targował z localsami: Spanie za darmo o ile zamówimy posiłki + wrzątek za free

Przykłady mógłbym mnożyć, ale ograniczę się do dwóch kolejnych. Po dość długim researchu natrafiłem na ofertę kupna Julbo Explorer Spectron 4 za 130 zł, z której utargowałem jeszcze 20 zł. To okulary przeciwsłoneczne, bez których można nabawić się ślepoty śnieżnej. Koszt nowiutkich to równowartość circa nawet 100 dolarów.

Przez ostatnie 5 lat regularnie przypinałem do butów (nawet do modeli dedykowanych rakom automatycznym) raki koszykowe marki CT i to się naprawdę trzyma kupy. Trzymam także fason cenowy, gdyż raki te kupiłem (z tego co pamiętam) za ok. 300 zł w zestawie wraz ze zwykłym czekanem CT i akcesoriami. Musiałbym zapewne zrezygnować z kilku wyjazdów we wspomnianych ostatnich 60 miesiącach, gdybym już na początku przygody ze wspinaczką uznał, że zasługuję na najlepszy na daną chwilę sprzęt dostępny w Polsce.

co zabrac w góry. Jaki ekwipunek i kurtka w góry
Ekwipunek w Himalaje: kask, czekan i raki CT, uprząż, sprzęt osobisty, buty Zaberlany Karka 6000 RR (używki za 1100 zł), lina, mapy, camel bag, repo sznury, “małpka” czekolady… Razem będzie 22kg

Teraz na szczęście stać mnie na nowy, profesjonalny sprzęt. Wraz z podróżami jednocześnie rozwijałem się zawodowo. To dwie nieodzowne, życiowe nitki składające się na jedną linę.

Warto więc zadbać o nie, przy okazji zachowując równowagę. Nie wychylać się zbyt mocno w żadną ze stron (podróże vs. kariera), aby nie zaznawać refleksji, że to jedno (na czym się aktualnie skupiamy) robi się kosztem tego drugiego (o co również należy zadbać). Zarabiając więcej, szybciej i na dłużej udamy się w wymarzone góry i nie będziemy zmuszeni zupełnie rezygnować z pewnej dozy wygód cywilizacyjnych.

Trochę pracy za spanie i noclegi

Jeśli dysponujemy określonymi (czasem dość unikalnymi umiejętnościami), osprzętem bądź zasobami, które niełatwo pozyskać na rynku, to ciekawym sposobem na tańszy wyjazd może być wymiana (częściowo lub w pełni) barterowa z organizatorem wycieczki albo po prostu praca w miejscu naszej wymarzonej destynacji.

W klasztorze Thupten Choling spędziłem (razem z kompanem podróży Piotrkiem) 7 dni. Ten czas spędziliśmy na medytowaniu oraz pracy. Choć nikt od nas tego nie oczekiwał, to z przyjemnością pomagaliśmy przy budowie nowej świątyni, wyjmując gwoździe z desek. Nie, nie był to sabotaż 😉 – wręcz przeciwnie: inni potem owe elementy używali powtórnie do wznoszenia konstrukcji. Dzięki temu przez 7 dni nie płaciliśmy za jedzenie oraz noclegi. Zaoszczędziliśmy w ten sposób przynajmiej po 140 dolarów amerykańskich na łebka.

Pożyczanie to nic złego, o ile oddasz

Przede wszystkim warto popracować nad dobrymi relacjami ze znajomymi, by w odpowiednim momencie, gdy potrzebny byłby np. bardziej pakowny plecak, pożyczyć go za przysłowiowe piwo. I nie być zmuszonym do odkładania w czasie wyprawy, do której się człek już ileś tygodni szykował.

Wrzątek jest za free

Niskobudżetowi podróżnicy znają więcej podobnych wskazówek: z autopsji dorzucę Wam jeszcze jedną bardzo prostą dotyczącą jedzenia. Zamiast stołowania się w Murowańcu (gdzie np. placek po węgiersku to przyjemność rzędu 33 zł), można sobie w domu przygotować równie smaczne i pożywne kanapki za ok. 1/3 tej kwoty. Kwestia dogadania się ze swoim podniebieniem, hehe.

Co się zaś jeszcze tyczy posilania się w trakcie pokonywania szlaków, to stosuję koncept zaczerpnięty od Kacpra. Często z nim chodzę w góry, więc regularnie staramy się również dzielić wiedzą nabytą z innych źródeł. Używam plastikowych woreczków wielokrotnego użytku, do których przesypuję różne smakołyki: bakalie, orzechy, kawę, herbatę, musli etc. Dzięki temu po otwarciu nie trzeba wszystkiego zjadać do końca, a woreczek można w każdej chwili zamknąć. A samo opakowanie nic nie waży i łatwo je upchnąć w plecaku lub w kieszeni.

Do tego w naszych tatrzańskich schroniskach za darmo otrzymamy wrzątek. Mając musli i wrzątek, robimy sobie śniadanie, na którym będziemy dobre 20 zł do przodu. Albo jeszcze lepiej robimy sobie śniadanie na szczycie góry 🙂

Dodam jeszcze, że na szlaku wokół Annapurny również targowałem się o darmowy wrzątek do posiłków. Może to zabrzmieć nieco dziwnie, ale taka była konieczność. W takich bowiem rejonach słono się płaci za wodę (nie tę, która płynie w górskich potokach, ale tę doprowadzoną do temperatury 100 stopni C). Szacuję, że w skali całego trekkingu, oszczędność na tym sięgnęła co najmniej 50 dolarów. Planując dłuższe eskapady w takie miejsca, dobrze jest trafić na czas, gdy amerykańska waluta (najpowszechniej uznawana w szeroko rozumianym sektorze turystycznym) jest słaba względem złotego.

Tego Wam życzę na ten i kolejne lata tudzież sowitych premii od życia i wielu powodów do radości.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 7 Średnia ocena: 5]