Mieszkający na stałe w Polsce Polak z wielką pasją do gór, zanim zostanie alpinistą czy himalaistą, powinien zmierzyć się z Tatrami. PRZYZWYCZAIĆ SIĘ do warunków górskich – zarówno letnich jak i przede wszystkim zimowych, swoje PRZEJŚĆ i co najmniej kilka-kilkanaście szczytów ZDOBYĆ – najlepiej takich o różnym stopniu trudności. Jednym słowem: wpierw SPRAWDZIĆ SIĘ na lokalnym “podwórku”, by móc podbijać dużo większe, bardziej rozbudowane i obce “place zabaw”.

Wyróżnione w poprzednim akapicie KAPITALIKAMI czasowniki (wzięte – jak to niektórzy mawiają – zusammen “do kupy”) sprowadzić można do konieczności NABYCIA ODPOWIEDNICH UMIEJĘTNOŚCI i doświadczenia. Najszybciej można tego dokonać, przechodząc szkolenie, czyli kurs taternicki. Występuje on w dwóch wersjach – letniej i zimowej. Na taki kurs nie przychodzimy jednak “nadzy”, tylko z pewnym bagażem górskich doświadczeń, a co ważniejsze odbyliśmy kurs skałkowy taki jak tutaj:

W tym artykule pragnę skupić się na kwestiach raczej organizacyjno-decyzyjnych. Oto, dlaczego polecam skorzystanie z takiego kursu, mimo że taka przyjemność zwyczajnie kosztuje (zależnie od programu i szkoły średnio 3 000 zł), a jeszcze wymaga wygospodarowania kilkunastu dni wolnego. Przede wszystkim, ze względu na obycie z liną, który to przyrząd nie należy do najłatwiejszych w obsłudze.

Zbyt wiele już upłynęło wody w Wiśle, odkąd nasi praprzodkowie przestali się huśtać na zawieszonych pomiędzy gałęziami lianach tudzież zatracili zdolność bezproblemowego łażenia po drzewach. Na nowo tego trzeba się uczyć, a wspinaczka jako taka to również zbiór reguł, pojęć i instrukcji, których po prostu trzeba przestrzegać. A mimo coraz liczniejszej rzeszy bywalców ścianek czy skałek to nie jest (jeszcze, bo być powinna) tak popularna dyscyplina jak pływanie czy jazda na rowerze.

Typowy instruktor dąży do tego, aby w dniu szkolenia mieć komplet uczestników (zazwyczaj troje). Z jego punktu widzenia, prawie bez różnicy jest stopień zaawansowania podopiecznych, bo i tak uczy całą grupę absolutnych podstaw. Jeżeli zatem nie jesteś zupełnie zielony, to zadbaj o to, aby współuczestnikami były osoby z grubsza potrafiące tyle co Ty. Poświęcasz swój czas i nierzadko ciężko zarobione pieniądze, więc lepiej żeby nie było Ci zupełnie obojętnym, z kim będziesz się wspinał(a).

Czy warto w kurs Taternicki zainwestować?

To pytanie jest jak najbardziej na miejscu, w szczególności jeśli w rodzinie lub w gronie bliskich znajomych mamy kogoś, kto ewidentnie i bezsprzecznie wspinać się potrafi i ma talenty pedagogiczne oraz wystarczającą dozę cierpliwości oraz wolnego czasu. I nawet jeśli taka osoba sama się zaoferuje, że gotowa jest nauczyć nas tego, co sama potrafi, to co wtedy zrobić?

Owszem, perspektywa zaoszczędzenia pieniędzy może wydawać się kusząca, ale decyzja o powierzeniu swego zdrowia i życia doświadczonemu „amatorowi gór” powinna być poprzedzona poważnym namysłem. Paradoksalnie mimo że w temacie wspinaczkowym umiem już stosunkowo dużo, to komuś, kto chciałby się nauczyć wspinaczki od podstaw, odradzam korzystanie z usług przyjaciela – nawet mającego bardzo wysokie skillsy. Sam zresztą nie czułbym się komfortowo jako szkoleniowiec, nawet jeśli przyszłoby mi szkolić kogoś z rodziny czy z kręgu przyjaciół. A może właśnie dlatego, bo gdyby coś poszło nie tak, to odpowiedzialność za czyjąś krzywdę, trzeba by – jak to się zwykło mówić – wziąć na klatę. Lepiej już dźwigać żelastwo, a sumienia nie obciążać sobie ewentualnymi wyrzutami.

Bardzo lubię to zdjęcie. Maciej wisi na linie, a Kacper łapie się za głowę. Jak myślicie, co się wydarzyło?
Asekuracja, budowanie stanowisk, osadzanie przelotów w skale.. Lepiej, żebyś tego nauczył się pod okiem instruktora Taternictwa. Trust me 🙂 Tym razem nieco wyżej na drodze WHP 100 na Zadnim Kościelcu

Poza tym, skoro nie uczysz się manewrować pojazdem mechanicznym u bardziej doświadczonego kolegi lub starszego brata, to podobnie należy postąpić, jeśli chcesz nauczyć się przemieszczania wśród stromych gór. Trzeba wybrać eksperta z uprawnieniami do nauki, a nie ufać bezgranicznie komuś, kto może i jest “dobry w te klocki”, ale nie ma oficjalnego przywileju uczenia żółtodziobów. Za instruktorami wspinaczkowymi stoi określona instytucja społeczna o charakterze nadzorczym.

Rolą instruktora jest nauczyć Cię bezpiecznego wspinania się i sprawić, aby cechowały Cię prawidłowe nawyki podczas zdobywania kolejnych metrów. Podobnie jak na kursie na prawo jazdy, z tą różnicą, że zamiast placu manewrowego czy jazdy po mieście masz zimne, granitowe, mokre (a niekiedy przysypane śniegiem) skały. Egzamin wspinaczkowy zdajesz de facto u szkoleniowca, który ma obowiązek wystawić Ci zaświadczenie o ukończonym kursie wraz wykazem dróg. Taki dokument wygląda tak:

(tutaj wstawię fotę, ale kurcze jakoś mi się nie chcę)

Karta Taternika

Co się zaś tyczy samej Karty Taternika, to kiedyś jej otrzymanie kończyło etap szkoleń wysokogórskich i dawało jej posiadaczowi poczucie przynależności do ludzi gór. Było obowiązkowe i wiązało się z dopełnieniem procedury wnioskowania o ten dokument (wśród załączników trzeba było zamieścić: potwierdzenie odbycia szkolenia, wykaz przejść, podpisane zdjęcie, dowód dokonania 100 złotowej wpłaty na stosowne konto). Karta Taternika obecnie (po tym jak Tatrzański Park Narodowy zmienił przepisy) nie daje żadnych przywilejów, ma znaczenie wyłącznie symboliczne. Aczkolwiek ponoć wciąż przydaje się na Słowacji, aby legalnie zbaczać ze szlaków. No i jeszcze perypetie Tomka Mackiewicza (jako skrajny indywidualista trzymał się z dala od środowiska polskich himalaistów, więc znacznie trudniej mu było zdobywać finansowanie dla swych wypraw) dają asumpt do zastanowienia nad sensem takiego posunięcia. Na pewno jej posiadanie nie zaszkodzi nikomu, choć najprawdopodobniej również nie pomoże 😀

Ja o nią nie zaaplikowałem. Szkoda mi kasy 🙂

Więcej o przepisach TPN a przede wszystkim poruszaniu poza szlakami przeczytasz tutaj:

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 4 Średnia ocena: 5]