Przez wiele dni ukrywałem w sobie pewne marzenie. Również w początkowych etapach naszej sierpniowej eskapady w Alpy. Nie podzieliłem się tą kwestią z Maćkiem i Kacprem, nie wyjawiłem nikomu, z kim miałem w owym czasie dobry i częsty kontakt przez internet. Nawet swojej babci o tym nie wspomniałem. (tak serio, to nie wiem czy rodzina wie, że chodzę po górach. Nie chcę ich niepokoić)

Nieszczęsny, bo dotąd przeze mnie niezdobyty Matterhorn. Ba, nawet nie przymierzałem się doń na poważnie, mimo że swoje ciało wystawiłem już kiedyś na trudności wynikające z niższego ciśnienia parcjalnego tlenu we krwi. Tym, którzy nie wiedzą, od razu wyjaśniam:

Półka skalna poza naszym zasięgiem

Zaliczyłem już wyższe (niż piętro alpejskie) partie gór i przeżyłem nawet w mocno nieprzyjaznych warunkach. Radziłem sobie w okolicznościach, które wielu mocarzy zdołały przenieść w niebyt, a jeśli tam coś jednak istnieje, to zdecydowanie jest to miejsce poza światem żyjących. Światem moim i Twoim, gdy czytasz te słowa i wiesz, że wciąż co wieczór “podpisujsz listę obecności” wraz z milionami innych, których serca wciąż biją, mózg nie zdążył obumrzeć, a organizm w taki czy inny sposób daje Ci znać o swoim istnieniu i jego potrzebach.

A jednak nazwa Matterhorn znajdowała się w rubryce: “miejsca, które czekają na moje przybycie”.

A ponieważ rejon Monte Rosa zdążyliśmy już co nieco “podeptać”, to wypadało mi zaproponować plan na kolejnych kilka dni. Nikt i nic nie kazało nam skracałać urlopu, aklitymatyzację miałem wyrobioną, zapis gotówki uzupełniony. Zdrowie i kondycja dopisywały, pogoda zdawała się nie przeszkadać. Czyż móglbym być bardziej przygotowany ?

Lecz, pomni stopnia trudności, moi wspinaczkowi bracia Maciek i Kacper powiedzieli mi stanowcze “NIE!”. Nie byli gotowi na taką piramidę, legitymowali się zbyt małym doświadczeniem z wysokich partii gór. Mieli zbyt dużo racji, bym miał szansę zbić ich argumenty, a poza tym przecież na tę górę nie wchodzi się we trójkę.

To znaczy nie należy łączyć trzech wspinaczy jedną liną podczas zdobywania Matterhorna. To zdecydowanie spowalnia cały proces, wręcz go uniemożliwia. Ponadto Maciek i Kacper są przyzwyczajeni do asekuracji i bezpiecznego stylu wspinaczki, a ten piramidalny potwór pod tym względem jest wymagający. Szerzej o tym piszę w tym materiale:

Zresztą, zanim solidnie nie prześwietliłem tematu, to sam nie wiedziałem, czego dokładnie można się spodziewać na jego oblodzonych perciach i zboczach. Kojarzyłem, że miejscami trudności osiągają stopień III, oraz że występuje tam super ekspozycja. Siedząc w namiocie, surfowałem po necie i czytałem o tych wszystkich problemach, przeszkodach i przeciwnościach (zauważyliście, że wszystkie te słowa zaczynają się od spółgłosek P i R? Przypadek? Nie sądzę :D).

Nie wypada mi się napisać wprost, że “strach mnie obleciał”, więc ujmę to tak: poczułem, że nie ma sensu aż tak narażać siebie (a być może również ich obu, gdyby nie chcieli zostawić mnie samego), idąc na “Górę gór” (tak Matterhorn nazywają Niemcy) w pojedynkę lub z nimi dwoma. Owego wieczora oznajmiłem chłopakom, że odpuszczam go – a oni przyjęli tę decyzję z nieskrywaną radością.

Dzień 10. Egzystencjalne rozkminy i decyzja na TAK

Wyborny ranek zastał nas jeszcze śpiących i z każdą minutą poprawiał nam humory. A to pozwalając słońcu świecić w pełnej krasie, rozgrzewając powietrze i racząc nas lekkim wietrzykiem. Przyroda zachęciła mnie do wejścia w buty Cejrowskiego (brodziłem w jeziorku na bosaka), a niezbyt zimna woda sprawiała, że jeszcze mocniej czułem się “tu i teraz”.

Tamten ranek przyniósł również zajmującą rozmowę z Kacprem. Maciek jeszcze spał w namiocie, podczas gdy nas dwóch, pijąc kawę, rozmawiało o przemijaniu i jego konsekwencjach, a także o buddyźmie i śmierci. Opowiedzialem mu znaną już Wam z tego wpisu

historię o mnichach z klasztoru Thupten Choling. Nieznani mi nawet z imienia bohaterowie tej opowiastki dość trafnie przewidują datę swej śmierci. A znając ją, potrafią nie tylko się z tym faktem pogodzić, ale również umiejętnie wykorzystać pozostający im czas. Ten okres, który odradza ich “teraz” od chwili, gdy wydobywać będą ze swych piersi ostatnie oddechy. Tchnienia naznaczone pogodzeniem się z rychło zbliżającym się kresem wędrówki. Ostateczne pożegnanie w ich przypadku zazwyczaj dokonuje się w górach, w ukochanych i ojczystych Himalajach.

Zanim przeminie życie, przeżyjmy je znakomicie

Niebagatelne znaczenie ma też rytuał przenoszenia się na coraz krótszy pobyt do położonego wyżej domku. Wiara w liczbę 3 i symboliczne zmierzanie w górę, ku niebu wydają się stanowić dla mnichów (na ogół będących w podeszłym wieku) dopełnienie dobrze przeżytego żywota. W przeciwieństwie do wielu współczesnych pozostających we władaniu zachodniego stylu życia, owi wschodni wyznawcy buddyzmu zapewne łatwiej potrafią spożytkować swoje “okienko” w dziejach wszechświata.

A jak zauważył przed laty wybitny filozof i prakseolog Tadeusz Kotarbiński “Niejeden marnuje czas dany mu do przeżycia, ponieważ martwi się, że ma tego czasu tak mało.” Nie martwmy się więc brakiem czasu (który nam pozostał), nie liczmy godzin i lat (które już za nami), nie traćmy chwil obecnych na życie w wirtualnym świecie, skoro ten realny tak wiele nam radości przynieść może (jeśli skupimy się na “tu i teraz”, a planami wypełniać będziemy najbliższe weekendowe terminy). W podobny jakże listopadowym (piszę te słowa na przełomie listopada i grudnia 2020 roku) klimacie wpisuje się również taka opowieść:

To wszystko sprawiło, że z innej perspektywy patrzę na zwyczajne problemy. Nie przejmuję się wyborem marki i modelu smartfona czy też faktem, że od czasu do czasu zdarza się nam wszystkim utkąć w korku. A jeśli ten rodzaj stresu dopada kogoś częściej, to powinien znaleźć jego przyczynę i jakiś sposób na zaradzenie temu.

Nie rozpaczam, gdy stracę pracę lub zerwę z kimś znajomość. Te perypetie jedynie brzmią jak prawdziwe kłopoty, w obliczu śmierci są one niczym. Wychodzę z założenia, że dopóki jesteśmy cali i zdrowi, to możemy przezwyciężyć wszystko. A znalezienie rozwiązania jest tylko kwestią czasu i wykorzystania określonych zasobów.

Głos prosto z serca mi to podpowiedział

Tamtego dnia niemalże od świtu alpejska kraina rozpościerała nad nami swą cudną aurę. Pobliskie jeziorko koiło nerwy, a rozpędzająca mój umysł kawa dopełniła poczucia jakiejś takiej trudnej do opisania decyzji.

Posłuchałem głosu serca i słów Josepha Conrada, który jeszcze jako Józef Korzeniowski napisał: “Z dobrej okoliczności należy zaraz korzystać, kuć żelazo póki gorące, bo zdarzenia uciekają jak woda i wrócić ich nie można jak dnia wczorajszego.”

Aby zaznać satysfakcji i poczuciem bycia spełnionym musiałem się na taki krok zdecydować. W jednej chwili, łamiąc słowo dane moim towarzyszom, postanowiłem, że wejdę na Matterhorn. Wprawdzie czekan to nie młot, ale ściskając go solidnie w dłoni uznałem, że ten “gwóźdź” trzeba mi właśnie “teraz” wbić. Wcześniej na myśl o rezygnacji ze zdobycia tej wspaniałej góry (gdy byłem tak blisko niej), moje ręce dosłownie pociły się.

Owo lodowe jezioro pomogło mi pozbyć się niespokojnych myśli. Odnalazłem wewnętrzny spokój 🙂

“Kaszanka”, czyli wybrzmiał hymn “The Champions League”

Skoro wziąłem na muszkę Matterhorn, to należało zakończyć czym prędzej ten nasz trekking po Monte Rosa, o którym możecie tu poczytać:

Zdecydowaliśmy, że naprawionym już samochodem z parkingu w Gressoney (schodząc z gór rozładował nam się akumulator. tzn. padł całkowicie) udamy się na stronę szwajcarską do Zermatt.

Dojechaliśmy wieczorem, wprost na pamiętny dla polskich kibiców występ Roberta Lewandowskiego. To był finał Ligi Mistrzów UEFA 2020 (rozgrywany w Lizbonie), w którym Bayern Monachium skromnie, ale jednak pokonał Paris Saint-Germain. Jedynego gola w tym meczu strzelił wprawdzie Francuz Kingsley Coman, ale to wystarczyło, by gablota najlepszego polskiego napastnika (zarazem króla strzelców tej edycji rozgrywek) wzbogaciła się o mega cenne trofeum jakim jest Puchar Ligi Mistrzów.

Mimo że nie pasjonuję się jakoś wybitnie piłką nożną, to “prawie” spędziłem z towarzyszami pełne emocji sportowych chwile. Prawie bo czułem się przeziębiony i szybciej poszedłem spać.

Ze względu na horrendalnie wysokie koszty noclegu w tym szwajcarskim kurorcie (w przeliczeniu na rodzimą walutę ceny szły w tysiącach złotych – sic!) zmuszeni byliśmy opuścić ścisłe centrum i cofnąć się w pobliże stacji kolejki. Tam mieści się pole biwakowe, które zarządczy skasowali nas zaledwie na 50 euro.

W okolicy znaleźliśmy również market, a samo Zermatt kojarzyć mi się będzie już zawsze z ekskluzywnymi sklepami i drogimi zegarkami. To zupełnie inne miasteczko niż Gressoney. Owszem ma również swój urok, ale jego klimat czyni zeń idealne miejsce na wymarzoną randkę z gwiazdą filmową. Gdyby nie widok Mattehornu wyłaniający się rankiem w oddali, nie przeszłoby mi przez myśl, że jestem w górskiej miejscowości.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 1 Średnia ocena: 5]