“- Chłopaki! Przed nami czterotysięczniki, zimno, śnieg, lód i przepaście. A okazuje się, że na starcie wyprawy naszym największym zmartwieniem jest konieczność chodzenia w maseczkach w obawie przed koronawirusem.” – mówi do swych towarzyszy Paweł Kowalski, podróżnik i pasjonat gór, autor bloga NAJEDNEJLINIE.pl

Taka wstawka mogłaby się znaleźć w artykule prasowym dotyczącym podróżowania w czasach zarazy. W charakterze signum temporis, czyli znakiem czasu. Zarazem jako wybity gdzieś głęboko z tyłu głowy postulat ciągłego dbania o zdrowie. Bo ono właśnie jest niezbędne do realizacji wszelkich planów życiowych i marzeń.

Za “morowe powietrze” w 2020 roku odpowiada pewien rodzaj koronowirusa, który będzie trzeba wkrótce zdetronizować. Nie może być tak, żeby całe gospodarki doprowadzał do czasowych zamknięć (zauważyliście, jak zawrotną karierę robi obecnie angielski wyraz “lockdown”?), a całe grupy społeczne (z medykami na czele) na skraj wytrzymałości.

Ech chciałaby dusza do raju, a dobre pół roku trzymał mnie Covid w kraju. Ale wreszcie udało mi się wyrwać na kilka dni i mam wielką chęć ujrzeć Wasze lajki i komentarze pod tym wpisem. Mam nadzieję, że relacja z podróży w Alpy Pennińskie skuteczne Was do tego zachęci.

Dzień 1: Z sześciorgiem nóg, na czterech kółkach ku granicy dwóch krajów

Dotarcie do Grassoney (start i meta w Warszawie) zajęło nam niemal dobę, z czego 18 godzin to łączny czas samego siedzenia za kółkiem. Rozłożyliśmy go mniej więcej po połowie na dwóch – “zaszczyt” bycia jedynie pasażerem przypadł w udziale Maćkowi ze względu na brak prawa jazdy. Szczęściarz się wymigał i dłużej sobie pospał. 😉

Postojów nie wliczam, podczas nich zresztą nic specjalnego się nie działo, przygód (stety lub niestety nie było). Dopłynąć tam nie ma jak (zwłaszcza ruszając z Mokotowa), z lotniczego połączenia rejsowego nie było sensu korzystać (najbliższe lotnisko to chyba mediolańska Malpensa, jakieś 100 km od celu), a że prywatnym śmigłowcem nie dysponujemy…(jeszcze)…to wybraliśmy automasakrę.

Nie przepadam za prowadzeniem samochodu, wolę już sam chodzić i prowadzić w góry mniej doświadczonych trekkerów. Większą frajdę mają me kończyny, trzymając czekan i linę, tudzież w rakach naciskając na lodowe stopnie i skalne wypustki niż stopami w wygodnym obuwiu na pedały. 😉

Przyjazd do Grassoney. Koszty życia

Trzej muszkieterowie w pełnej krasie, ale przy tym na luzie i bez rynsztunku. Patrząc od lewej: Maciej, Kacper i ja

Właściwą przygodę rozpoczynamy w Gressoney-La-Trinité, skąd możemy zawinąć się kolejką gondolową do Pso dei Salati (2936 m). A ponieważ parking przy niej jest darmowy, to więcej euro zostanie w portfelach. Znacząco majętności nam nie przybędzie, ale na piwko (kosztujące na tych wysokościach średnio ok. 6 euro) starczy ;-).

Ów parking (a ściślej mówiąc okoliczny monitoring) zarejestrował nasze przybycie około 16ej – na kilkadziesiąt minut przed odjazdem ostatniej tego dnia kolejki. Nie było jednak potrzeby tak bardzo się śpieszyć. Musieliśmy za to odpocząć (tyle godzin w trasie), przepakować się, zaopatrzyć w wodę (nie ma większego sensu, wszystkiego z Polski przywozić, to nie czas i miejsce na robienie zapasów).

Dowiedziawszy się o kosztach wygodnych miejsc noclegowych…zrezygnowaliśmy z nich. Pokoje w tamtej okolicy były mocno ponad naszą kieszeń, a i tak nieco taniej niż w pobliskim Zermatt. Helweckie ceny za kwaterunek to dla większości turystów jakiś koszmarny wydatek.

Szwajcaria to generalnie kraj dla majętnych i z majętności słynący, ale żeby aż tak windować ceny w kurortach… Następnym razem z couchsurfingu będzie trzeba skorzystać, może w ramach rewanżu jakiego sympatycznego Szwajcara czy Włocha ugości się w stolicy naszego pięknego kraju? 😉

Namiot już rozstawiony – to ten biały, pierwszy od prawej. Maciej i Kacper byli w trakcie pakowania gratów do Bivi, gdy ich dopadłem z aparatem. Cel był prosty: zaoszczędzić miejsca w namiocie. Swoją drogą to świetny patent! 😉

Włoska firma “Casucci” (wymawiaj: Kasuczczi) i jej alpejskie stawki

Za rozbicie namiotu zapłaciliśmy coś koło 50 euro, stać nas było potem na wieczorne wyjście na miasto i nacieszenie oczu tamtejszą architekturą (nie tylko zresztą nią). A że owa zabudowa jest przedniej klasy i na zdjęciach ładnie wypada, to mogliście się już wcześniej przekonać z poprzedniego wpisu:

Ceny w Gressoney i dodatkowe koszty: (wszystkie ceny w euro)

  • Pizza Calzone w knajpie: 7,5
  • Piwko w butelce 5
  • Biwak na polu namiotowym w Gressoney: 50 (bez względu na liczbę osób)

Przykładowe koszty w schroniskach:

  • Nocleg w Qunetino Sella: 83 (bez przynależności klubowej)
  • Makaron z serem: 12
  • Wrzątek 1l: 4 EUR
  • woda mineralna 1l: 2,5
  • Piwko: 6 EUR
  • Nocleg w schronisku Hornli: 123 (bez przynależności klubowej)
  • Nocleg w schronisku Punta Gnifetti: ok. 100

Koszty podróży:

  • Winieta austriacka (umożliwia poruszanie się po drogach szybkiego ruchu i autostradach): 49

Dzień 2: Rozbicie obozu pod Saleti, wyjście aklimatyzacyjne do schroniska Mantova

Z samej choćby narciarskiej mapy Monte Rosa, łatwo wywnioskować, że rejon ten jest nad wyraz dobrze zagospodarowany turystycznie. Wyciągów w bród, infrastruktura bez zarzutu, a estetyka i funkcjonalność tamtejszych udogodnień zasługuje na bardzo wysublimowany komplement. Być może Was w tym miejscu zaskoczę, ale ujmę to tak: angielska fraza “well facilitated” od razu przychodzi na myśl, sama z siebie, nieproszona 😉 )

Tak w ogóle, to wagonikiem można było podjechać jeszcze wyżej – aż do Indren na 3260 m nad poziom wyimaginowanego morza. W pobliżu znajduje się schronisko Mantova, a przysłowiowy rzut kamieniem musiałby pokonać dystans kilkuset metrów (zgaduję). Mocno spłaszczona parabola rozciągnięta byłaby nad lodowcem, który oddziela obie rzeczone lokacje. Niemniej jednak pierwsza noc (od razu na tej wysokości) mogłaby zostać okupiona silnym bólem głowy. Bynajmniej nie z powodu kaca, tylko z racji tu opisanych powodów:

Zasady aklimatyzacji w wydaniu środkowowschodnim

Potrzebowaliśmy – jak ryba wody, a Rosjanin wódki (gdzieś to zasłyszałem, przyznacie, że trafne) – aklimatyzacji. Jej plan rozpisaliśmy w oparciu o stary tercet reguł:

  • Primo: nie nocujemy wyżej niż 500 m względem dnia wczorajszego
  • Secundo: co każde 1000 m wchodzenia robimy dodatkowy dzień odpoczynku (tzw. rest day)
  • Tertio: jeżeli odczuwamy zawroty głowy i kręci się nam w czaszce w jedną stronę, to raczymy się piwkiem, aby zakręciło się w drugą 😀

Swoje graty zostawiliśmy w Bivibagu. Do dziś zachodziłbym w głowie, dlaczego od razu nie rozbiliśmy namiotu, gdybym nie przypomniał sobie nagle, że przecież nie chcieliśmy rzucać się w oczy. Będąc w Alpach, powyżej dolin można wprawdzie biwakować, ale tyczy się to raczej terytorium Italii niż innych państw. Ponoć po stronie szwarcarskiej bardziej rygorystycznie do tego podchodzą – w samym Zermatt nie ma o tym mowy). Będąc na pograniczu obu krajów, lepiej w tym względzie nie zachowywać się zanadto ostentacyjnie.

Nasza kryjówka znajdowała się na wysokości około 3 tysięcy metrów w pobliżu kolejki. W plecakach (niczym bagaż podręczny) mieliśmy zapasy wody, prowiantu i raki – ot taki zestaw dla zwiadowców idących na rekonesans. 😉

Passo Dei Salati. Pierwsza stacja kolejki. W jej otoczeniu rozbijamy obóz
Fragment naszego obozowiska. Na pierwszym planie Maciej oraz przywieziona z Polski woda mineralna. No i ten jakże przydatny Jet Boil.
Taaakie np. widoki podziwialiśmy. Wagonik w górę chyba jechał, my preferowaliśmy pieszo pułap zyskiwać
Namiot rozłożyliśmy dopiero po powrocie ze spaceru aklimatyzacyjnego. Jak widać, pełna profeska, jest nawet wycieraczka przed wejściem 😉
Pora na liofa. Owo białe powietrze za mną to chmury. Nawet chyba najgorszy kucharz aż tak by nie zadymił, przypalając obiad gotowany w plenerze 😉

Zobacz jak było następnego dnia: