Na hasło “frank szwajcarski” typowy Polak z mojego pokolenia wzdryga się, a jego mina staje się raczej kwaśna. Bo albo on sam ma lub zna kogoś, kto wziął kredyt hipoteczny we frankach (gdy te były względnie tanie) i od paru dobrych lat (tj. odkąd zapanował kryzys) musi go spłacać po znacznie wyższym kursie, zgodnie z zasadą: “płać i płacz”.

Moja ostatnia wyprawa na Monte Rose również przebiegała pod dyktando tej zasady, ale chyba mam w sobie więcej z niepoprawnego optymisty, skoro nie roniłem łez, uiszczając wszelkie konieczne opłaty. Zamiast je zliczać zusammen “do kupy” i narzekać tu Wam publicznie na koszty takich wypraw (a przecież to środek Europy, odległy o jakieś 2 godziny lotu od Warszawy – do Zurychu), wolę skupić się na kwestiach praktycznych.

Tak daleko od finansów i szczegółów alpinistycznych, jak to tylko możliwe. Oto co nastąpiło z moim udziałem 25 sierpnia 2020 roku i jak do tego doszło.

Polsko-niemiecka współpraca na szwajcarskiej ziemi

Dzień 11. naszej wyprawy zaczął się dość późno (trzeba było się wyspać) za to miał swego bohatera imieniem David. Poznałem go na polu namiotowym – akurat klarowalem jedną linę, gdy podszedł do mnie długowłosy gostek i zagaił bezpośrednio: “Czy aby przypadkiem nie mam zamiaru zdobyć Matta?

Okazało się, że jak na swoje 24 lata to bardzo mocny zawodnik – bardziej doświadczony ode mnie, z większymi umiejętnościami. Zarówno moim jak i jego pierwotnym zamiarem było wejście solo. Tyle, że on chciał iść dzień po mnie i wystartować z Zermatt z pola namiotowego (potem uzmysłowił sobie, że miałby sporo drogi do nadrobienia i finalnie nie dałby rady. Tym samym mi podziękował)

Uznałem, że dla nas obu dobrym rozwiązaniem byłoby wyruszenie we dwóch, bo wiadomo nie od dziś, że warto mieć w drużynie lepszych od siebie oraz takich, którzy ich podpatrują ;-). Chłopak przypominał typowego backpackersa, nie tylko zresztą z wyglądu. Nie miał ze sobą wystarczających funduszy, więc z radością dołożyłem mu 50 franków do noclegu w Hornli hut.

Hornli Hut na tle Matta

Taka drobna pomoc to chyba pierwszy taki przypadek w dziejach, kiedy to Polak wspierał finansowo Niemca. W dodatku ten incydent miał miejsce na Zachodzie – w rejonie, gdzie mówi się przede wszystkim po niemiecku.

Pewne – wydawałoby się małoznaczące – spostrzeżenie da Wam lepszy obraz siły tego chłopaka. Otóż pojedyncza 60-metrowa lina, którą potem dźwigaliśmy na plecach na zmianę (ważyła ponad 3,5 kg, a to tylko część całej masy 22-litrowego plecaka) nie ciążyła mu tak bardzo jak mi. A jestem przecież od niego większy i cięższy.

Co warto mieć w plecaku na atak, czyli niezbędnik zdobywcy

A propos plecaka – zerknijcie sobie, co należy mieć ze sobą jako bagaż podręczny:

  • Bivibag (na wypadek, gdybym musiał skryć się w nim przed zimnem, czekając na nadejście pomocy – gdyby coś mi się stało).
  • 4 taśmy
  • 4 ekspressy
  • kilka popularnych rozm. friendów
  • 1 śruba lodowa
  • uprząż (na sobie)
  • bukłak 1,1 litra zawierający wodę z izotonikiem (to bardzo fajny wynalazek. Pierwszy łyk wprawdzie zawsze zimny – z racji zamarzającej rurki – ale kolejne już ciepłe, jako że woda ogrzewana jest przez moje plecy).

Natomiast bez śruby lodowej i friendów można się obejść. Ja trzymałem w razie “W”.

Z kolei ubrany byłem w:

  • getry z wełny merino i grube skarpety
  • koszulkę z długim rękawem (również z merynosów)
  • spodnie z membraną gore-tex
  • bluza z polaru
  • cienką puchówkę
  • kurtkę z membraną gore-tex (przydała się jak tylko wyszlismy na Ramie Matterhorna – strasznie wiało)
  • kominiarkę (nie nosiłem jej przez cały czas, zakładałem kiedy marzłem)
  • okulary lodowcowe
Początek drogi i już zator.

Do tego miałem usta posmarowane pomadką i skórę na twarzy kremem UV.

Dość szybko, jeszcze na tamtym parkingu dogadaliśmy się i uznaliśmy, że we dwóch to Matterhorn jest “tym bardziej do wzięcia”, Zwłaszcza że mamy doświadczenie, zdrowie nam dopisuje, aura nie powinna przeszkadzać i ogólnie mówiąc – “moc jest z nami”.

Optymistycznie myśląc, uznaliśmy że to jest zdecydowanie w naszym zasięgu, jak – nie przymierzając – pół literka na dwóch, hehe. Albo kilka litrów pysznego kompotu, którym wznoszę toast kończąc ten materiał:

Poznajcie Davida – a polubicie go tak jak ja 🙂

O talentach Davida najwięcej mogliby powiedzieć jego podopieczni z grupy, którą prowadzi. Uczy bowiem wspinaczki kursantów w różnym wieku, w tym również nawet małe dzieci. A o jego skillsach dużo mówi sam styl wspinania się. Na łatwiejszych drogach (tak do III stopnia trudności) woli się nie wiązać liną. Takie połączenie (aby miało sens) wymagałoby zakladania przelotów między dwoma partnerami.

Niczym rasowy przewodnik prowadzi swych klientów na krótkiej linie, i potrafi wykorzystywać zarówno naturalne (np. głazy, wystające skały, własne ciało) jak i sztuczne elementy (ringi, drabinki itd) do asekuracji. Podczas ustalania strategii zdobywania szwajcarskiego kolosa ubolewałem, że takich wyżej wymienionych wprawek wspinaczkowych nie będziemy mieli okazji przetrenować.

Przede wszystkim, ze względu na czas. Droga nie jest trudna, a trzeba gnać do góry. To przecież 1200m w pionie

I mimo, że w mojej opinii do pewnych aspektów podchodzi dość lekkomyślnie (może propaguje w ten sposób jakąś nową myśl wspinaczkową?), to postanowiłem, że jeszcze co najmniej raz w Alpy się razem udamy, o czym Wam zapewne nie omieszkam donieść. Zwłaszcza że to bardzo sympatyczny i pozytywny gość – dość powiedzieć, że podczas wschodu słońca – takiego wschodu, że ja Cię kręcę:

“Here comes the sun” i wiedziałem, że będzie wszystko dobrze

Panorama na Zermatt po wschodzie słońca

nucił pod nosem kawałek Beatlesów “Here comes the sun”. Prócz tych już przeze mnie zdobytych w samych tylko Alpach (oto lista https://najednejlinie.pl/wyprawy-alpy) to jaki inny szczyt polecacie? Napiszcie proszę w komentarzach, a teraz w żołnierskich słowach zrelacjonuję Wam samo wejście tę piramidę.

Warto ruszyć z kopyta (w solidnie przymocowanych butach)

Kacper z Maćkiem tego dnia odprowadzili nas kawałek w stronę schroniska Hornli, a następnego dnia trekkingowali sobie po okolicy. Ostatni, dwunasty dzień wyprawy zaowocował spełnieniem przeze mnie jednego z marzeń.

Dokonaliśmy tego wspólnie przy dobrej pogodzie. Dla szybszego tempa postanowiliśmy nie wiaząć się liną. Szliśmy granią Hornli, a zwłaszcza początkowo miałem wrażenie, że pod względem technicznym teren był całkiem prosty. Z kwadransa na kwadrans robiło się ciężej, trasa była jednak bardzo długa i wymagająca permanentnego skupienia. Nie dla wszystkich byłoby to tak proste jak dla nas, szczególnie w pierwszych godzinach.

Grań Matterhornu z góry

Dla lepszego bezpieczeństwa związaliśmy się dopiero przed samym szczytem Matta. Zastaliśmy tam ogromną kolejkę złożoną z przewodników oraz ich klientów. Prowadząca na sam szczyt wąska ścieżka, na ostatnich z grubsza 100 metrach była zablokowana. Do tego niebezpieczna, gdyż to już był pułap, na którym panuje wieczny lód. Odeszliśmy na bok i wtedy doszło do czegoś, co na długo utkwi mi w pamięci.

Poczułem poluzowanego raka u jednej ze stóp. Szok! Stojąc na prawie pionowej skale, uzmysłowiłem sobie, że odwiązał mi się but. Ach to obuwie Salewy, jakieś pechowe! Przy tak dużym nachyleniu nie miałem możliwości schylić się i tak po prostu go sobie zawiązać. Ponadto wiał silny wiatr, a my byliśmy osłonięci od skał.

David wspiął się wyżej, zrobił “stanowisko” i asekurował mnie na tym odcinku. Szedłem z jednym luźnym butem. W celu dodatkowego zabezpieczenia się na wyciągu po drodze wkręciliśmy śrubę lodową (na górze okazało się, że stanowisko zostało zrobione z wbitego czekana. Raczej nie utrzymałby mojego ciężaru w razie odpadnięcia).

Zajęło to nam więcej czasu niż przypuszczaliśmy, a jak już dotarliśmy do posągu – konkretnie tego, który tu widzicie:

Ten posąg zapewnił nam świetną asekurację. Zjazd z posągu 😀

to w najbliższym otoczeniu nikogo już nie było. Miało to swą dobrą stronę – jako ostatni na szczycie byliśmy tam sami, dzięki czemu zrobiliśmy sobie fajne zdjęcia.

Zejście odbyło się bez problemów i niespodzianek. To znaczy prawie, bo w pewnym momencie zgubiliśmy się i w konsekwencji musieliśmy zaliczyć dodatkowy zjazd. Razem było ich ok. 5.

Po drodze natknęliśmy się na parkę Polaków – dziewczyną i chłopaka. Nie pamiętam ich imion, ale mieli co najmniej godzinę podejścia na wierzchołek, a pora była już późna. Stanowczo im odradziłem dalsze wchodzenie, zwłaszcza że pogoda zmieniała się na gorsze. Najprawdopodobniej posłuchali mnie i odpuścili, zachowując tym samym zdrowy rozsądek. Startowali zaraz za nami, co jeszcze dobitniej pokazuje, że kluczem do zdobycia takiej góry jak Matterhorn jest jednak szybkość.

Przed wieczorem dotarliśmy do Zermatt (nie zdążyliśmy na kolejkę na drogę powrotną), gdzie dołączyli do nas Kacper z Maćkiem. Wymieniliśmy się kontaktami, uścisnęliśmy sobie prawice i zmęczeni (choć zarazem szczęśliwi) rozjechaliśmy się. Nie wiem, dokąd udał się David, natomiast nasza trójka tej samej nocy wsiadła do samochodu i pojechała do Warszawy. Taki był koniec naszej alpejskiej wyprawy, udanej i obfitującej w przygody tu opisane:

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 6 Średnia ocena: 4.8]