,czyli Kowalski zmęczony jak nigdy, ale szczęśliwy jak zawsze (w górach)

Trekking do Mera Peak przez jeziora Panch Pokhari zapamiętam do końca życia. Przede wszystkim znaleźliśmy się tam przypadkiem. Pierwotnie droga, którą zaplanowaliśmy na samym początku, okazała się nie do przejścia. Nie ukrywam, że zdarzyło nam się również zabłądzić i szukać pomocy u localsów. Finalnie byliśmy zmuszeni obrać nowy kurs. Nadłożyć trochę kilometrów (2 dni dogi) idąc ku jeziorom Panch Pokhari, które oddziela od reszty przełęcz Surke La (4600 m). Jak dotąd tak wysoko jeszcze się nie znajdowaliśmy.

W końcu osiągnęliśmy to święte dla Hindusów miejsce (odwiedzane przez wielu pielgrzymów w trakcie wielu odbywających się festiwali religijnych), ale co przeżyliśmy po drodze…to wymaga opowiedzenia od początku.

Obrać kurs na Mera Peak, po drodze jakoś to będzie

Byłem z Piotrkiem już wtedy w Nepalu od trzech tygodni i naszym szczytem docelowym był Mera Peak. Jak już pewnie się zdążyliście zorientować, czytając ten wpis cel ostateczny został osiągnięty.


Wiatr przygody przywiódł nas wpierw (a mówiąc mniej poetycko, to po prostu busikiem żeśmy przyjechali) do Jiri, skąd początek biorą wszystkie “piesze estakady” wiodące do Lukli (ale od kiedy w Lukli funkcjonuje lotnisko to trekking od Jiri nie jest już tak popularny. Prócz osiołków transportujących żywność to na szlaku ze świecą szukać piechurów z europy). W normalnych warunkach trekking do Lukli pokonuje się w 9 dni. Nam już leciał 11 dzień a i tak byliśmy hen daleko.

W pewnym momencie mieliśmy wybór: albo śladem wielu innych pasjonatów gór iść standardowo w kierunku Everest Base Camp albo skręcić w bok, by dojść do Mera Peak. Trekking w większych detalach wyglądał tak: Pangom > Sibuje > Cherem (nieprzejezdny skrót) > Najing > przełęcz Surke La > jeziora Panch Pokhari > Mera Peak

Pangom

Zapadło mi w pamięć jako miejsce, w którym zaserwowano nam najsmaczniejszy makaron z warzywami spośród tych, które kiedykolwiek wcinałem. A być może chodzi tu bardziej o otoczenie?

Moje oczy spragnione gór, a brzuch makaronu

Wcieliłem się też (jako socjolog-amator) w rolę obserwatora uczestniczącego, któremu dane było znaleźć się w centrum wydarzeń. Wyobraźcie sobie taką scenkę: wokół obce góry, dwóch podróżników z wielkimi garbami na plecach, zafrasowanych jedną myślą: dokąd i którędy iść?

Pieterowi, który robił podczas tamtej ekspedycji za pilota, doradzało w pewnej chwili nawet 8 szerpów, w przeważającej większości kobiety. Ten to miał wówczas powodzenie 😀 W końcu ktoś nieco lepiej zorientowany w topografii, potwierdził nasze przypuszczenia: trekking przez Cherem nie ma przejścia, więc na cel obraliśmy przełęcz Surke La.

Którędy do Mera Peak ?

Sibuje – Jak się dogadać kiedy nie znasz języka?

Kolejny dzień to kontynuacja wędrówki do Sibuje. Zanocowaliśmy u starszej pani, ponieważ nie załapalismy się na nocleg w lodge (który – delikatnie mówiąc – do najtańszych nie należał). Pielgrzymując od drzwi do drzwi, w końcu zapadła noc i musieliśmy się dogadać z napotkaną staruszką. I to był nasz komunikacyjny wyczyn na migi dokonany, jako że my nepalskiego ni w ząb, a nasza gospodyni – ani słowa po angielsku.

Ale pojęła, że mieliśmy chęć wrzucić coś na ząb i uraczyła nas dobrym dal bhatem. To tradycyjny nepalski posiłek oparty o gotowany lub przyrządzony na parze ryż (po nepalsku bhat) oraz pożywną zupe z soczewicy (zwaną dal). W tamtych stronach spożywa się go zazwyczaj w porze śniadaniowej, na obiad lub wczesnym wieczorem (czyli zawsze), więc załapaliśmy się niemal idealnie ;-).

Nasza wybawicielka nie chciała wynagrodzenia za poczęstunek i nocleg – to się nazywa prawdziwa gościnność. Opuszczając rano jej chatę, zostawiliśmy jej większy napiwek niż wynosiła należność za łóżko w lodżii.

Sibuje z trochę wyżej
Lokalna gospodyni i nasza ostatnia deska ratunku
Jedna z przyjemniejszych chwil . Pani sama mnie objęła i tak mamy pamiątkę przy piecyku

Najing i wiszące mosty

Następnego dnia musieliśmy przeskoczyć na kolejną górę. Wykorzystaliśmy w tym celu mosty, które same w sobie zasługują na uwagę.

Następnie przerwę wykorzystaliśmy na wypranie skarpetek.

Przełęcz Surke La

A nazajutrz – apogeum zmęczenia. Wyczerpanie naturalnych baterii w naszych ciałach przyrównać można do niemal rozładowanego akumulatora samochodowego. Taki stan rzeczy sprawia, że po kolei padają wszystkie inne podzespoły.

Podejścia nie zawsze były tak łagodne jak na tym odcinku przełeczy Surke La, która swój początek bierze w wiosce Surke (aczkolwiek nie widziałem jej na oczy) Lokalna osada głosi, że w osadzie tej było kiedyś głębokie jezioro, które z czasem, krok po kroku wyparowało…czary nieprawdaż?

To był pierwszy raz, kiedy przekroczyliśmy granicę 4000 m n.p.m., dźwigając na swych barkach około 23-kilogramowy plecak. Jak do tej pory, oceniam że, był to mój najgorszy dzień w górach. Trekking zajął nam blisko 10 godzin, w trakcie których pokonaliśmy 1600-metrowe przewyższenie, momentami niemalże zdychając. Im bardziej słońce nachylało się ku zachodowi, tym mocniej sytuacja napawała mnie strachem. Gdybyśmy zostali na tamtej wysokości, to na bank zapewne dopadłaby nas choroba wysokościowa. Szerzej o tej przypadłości piszę tutaj:

Miałem ochotę rzucić to wszystko, ale zgodna współpraca w duecie, pochłonięte zapasy czekolady i świadomość, że po prostu nie możemy tam zostać na zawsze zrobiły swoje. A wydawać by się mogło, że najciężej będzie podczas ataku szczytowego na Mera Peak.

Nie szkoliłem się z meteo, więc nie znam się na chmurach
Lecz nawet pierońsko zmęczony, chętnie pozuję w wysokich górach 🙂
Tym razem na szczycie przełęczy Surke La – mina raczej dość skwaszona, ale “górska dusza” ukojona.
Przełęcz Surke La w drodze do Panch Pokhari i Mera Peak
To nie jest wulkan, choć wygląda niczym krater. Takie niesamowite widoki ujrzały moje oczy w czasie wędrówki na przełęcz Surke La. Dzieki uwiecznieniu Wasze oczy też mogą to ujrzeć i poczuć się nieswojo na myśl, że gdyby to był otwór, z którego w każdej chwili wyleje się lawa i wydostaną się z głębi ziemi przeróżne moce piekielne, to…aż ciarki przechodzą.

O tragarzach na trekkingu

W tamtych rejonach świata lokalsi raczej nie używają osiołków, tylko wolą targać cenne dobra na plecach. Nie wiem dokładnie, jaki był cel wnoszenia tych bagaży, a nie przyszło mi do głowy spytać o to. Albo to miało być z przeznaczeniem na sprzedaż, albo cały ten ekwipunek stanowił sprzęt obozowy dla turystów. Tej tajemnicy nie będzie mi już dane wyświetlić.

Zresztą, jak możecie zobaczyć na zdjęciach, jak wielkie gabarytowo i zapewne “pierdyliard kilogramów” ważące pakunki owi tragarze przenosili (nie dość że obładowali bardziej niż my, to na dodatek na nogach mieli crocsy!), a wśród nich dzieciak – ciągle kaszlał i sprawiał wrażenie bardzo osłabionego. U większości jego ziomków nie widzieliśmy na twarzach śladów zmęczenia, a fakt ten nas motywował do kontynuowania wędrówki. Celem tego etapu podróży była szerpijska lodga przy jeziorach Panch Pokhari

Nierzadko polscy uczniowie mają ciężkie plecaki szkolne (a ich rodzice słusznie podnoszą o to lament), ale porównać nadwiślańskie realia z tymi, jakich tam byłem świadkiem. Nawet gdybym posługiwał się biegle nepalskim, to najprawdopodobniej nie zdołałbym wyperswadować Nepalczykom takich praktyk w odniesieniu do chłopców, którzy mają przed sobą jeszcze kilka lat, zanim wejdą w okres dojrzewania.

Jeziora Panch Pokhari

O ile mnie pamięć nie myli, ten drogowskaz wskazujący nasz kolejny przystanek znajdował się w Najing, Tak czy owak przyznacie, że nie sposób go nie zauważyć 😉 A i podpisany został klarownie.

Dotarliśmy w końcu do jeziora Panch Pokhari, którego tafla leży na wysokości ok. 4100 m. Cudowne widoki zrekompensowały nam częściowo te niesłychanie uciążliwe godziny. Jak na mój gust, to idealna sceneria dla plenerowych fotografii ślubnych. Mam tylko taką nadzieję, że jeśli uda mi się kiedyś zaciągnąć swoją sympatię przed wysokogórski ołtarz, to nie będę tak zmęczony, jak byłem wtedy.

jeziora Panch Pokhari i zachód słońca
a tę fotkę pstryknąłem już po zmierzchu i chyba nie zadziała mi lampa…;)

Okazało się, że zarówno Nepalczycy, jak i my zdążamy do lodżii w Panch Pokhari, tam dałem chłopcu tabletkę musujacą z witaminą C i minerałami. Na tyle na ile byłem w stanie, to pomogłem – zapewne poczuł nieco ulgę.

A oto jego rodzice i zarazem właściciele lodzii, w której znaleźliśmy schronienie. Ja pomogłem ich synowi, a oni nam. Wy też pomagajcie innym w górach. Pamiętajcie dobra karma wraca.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 3 Średnia ocena: 5]