Dzień 3: Błędy w logistyce, obolałe plecy i barki, ale za to jakiż sernik w żołądku. Palce lizać!

W planach mieliśmy przeniesienie obozu pod Mantovę i to się dokonało. Oczywiście nie samo z siebie i nie żadnym magicznym sposobem – tylko na naszych barkach. Bardzo ciężkie plecaki sprawiły, że idąc drogą o mniejszym nachyleniu, i tak straciliśmy sporo energii, a im bardziej się jest zmęczonym, tym mniejsza ochota na cykanie fotek. Transport i odpoczynek… Potem zdecydowaliśmy się uskutecznić wyjście aklimatyzacyjne na lodowiec w kierunku Piramidy Vincenta.


Słońce uwidoczniło szczeliny lodowe

W rezultacie nieporozumienia (takie również się zdarzają, gdy każdemu z trzech kompanów wydaje się, że to on “wie lepiej”) co do trasy, okazało się, że dzień jakby się nam kończył…

Schronisko Gnifetti

W nieco więc gorszym nastroju zeszliśmy zatem do schroniska Gnifetti (około 3600 m), aby i tam dokonać “kontroli czystości toalet” i “degustacji wody z kranu”. 😀 To akurat żart, o takich drobiazgach żaden z nas nie myślał wtedy, w szczególności, że dojście tam nastręcza pewnych trudności. Azyl położony jest na skale, a jego osiągnięcie wymaga użycia poręczówek oraz drabiny.

Warto się jednak wysilić, bo serwują tam przepyszny cheesecake (po naszemu sernik) i niezłe cappucino. Jedno z najlepszych ciast, jakie jadłem, mówię Wam: mniam :-D.

Miłośnikiem tego rodzaju kawy stałem się właśnie w Italii i od tamtej pory głównie taką zamawiam.

Gnifetti znajduje się na skale. Żeby się dostać do środka, najpierw trzeba się wspiąć po drabince
Sernik w Gnifetti

Podczas powrotu do bazy pod Mantovą, naszła mnie taka oto refleksja: do pełni szczęścia nie wystarczy jedynie unikania kłopotów, stresu i sytuacji problematycznych. Nie można wyłącznie mieszkać w złotej klatce, przesiadywać latami w komfortowych warunkach i żyć w warunkach tzw. “małej stabilizacji”, na średnim poziomie satysfakcji z osiągnięć.

Nie wolno zadowalać się oceną dostateczną wystawioną życiu, które się wiedzie. Zwłaszcza jeśli sprowadza się do niemającego końca ciągu tych samych lub podobnych obowiązków. Rutyna, nawet jeśli nie zabija, to prowadzi do wypalenia się, a to ostatnie może mieć doprawdy groźne konsekwencje.

Zachód Słońca wykonany z bazy obok schroniska Mantova

Dzień 4. Ćwiczenia na lodowcu i zdobycie piramidy Vincenta

Dość wcześnie udaliśmy się na spoczynek, a następnego dnia (4. doba naszego pobytu) wstaliśmy o szóstej. Po śniadaniu i przygotowaniach uznaliśmy, że jesteśmy gotowi na zdobycie Piramidy Vincenta. Zanim weszliśmy na lodowiec, postanowiliśmy przećwiczyć kilka metod wyciągania poszkodowanych ze szczelin.

Nauczyliśmy się (przekładając teorię na praktykę) metody U oraz zastosowania wciągarki flaschenzug, który to przyrząd (nazywany tak z języka niemieckiego) w rzeczywistości sprowadzić można do prostego bloczka i kilku lin. A w warunkach operacji podnoszenia rannej osoby (wyciągania jej na powierzchnię, aby przystąpić dopiero do faktycznej akcji ratowniczej) de facto zachodzi konieczność użycia dostępnych środków, które są pod ręką. To była cenna lekcja, po zakończeniu której poczuliśmy się bezpieczniej.

Budowa stanowiska i przygotowanie wyciągarki flachenzug

Wyszliśmy na lodowiec i można by rzec, że nastąpił szkolenia ciąg dalszy. Trenowaliśmy poruszanie się po nim, bo to nie jest ani lodowisko (które niejeden z Was pewnie przynajmniej raz w życiu odwiedził) ani też oblodzona w naturalny sposób płaska powierzchnia. Należy inaczej się po nim przemieszczać niż np. po zasklepionym od góry zimą cienką taflą stawu.

Zapuściwszy się na lodowiec, odkryliśmy mnóstwo (nie było sensu podejmować się ich zliczania) szczelin lodowych. Niektóre były małe i niezbyt głębokie, inne wąskie i długie (niczym studnie), a jeszcze inne były wielkości domów jednorodzinnych. Przeskakiwaliśmy te najmniejsze, omijaliśmy te większe i obchodziliśmy na około te największe. Trasa pod Piramidę Vincenta była łatwa i długa, a samo podejście żmudne.

Droga na szczyt Piramidy Vincenta. Odwracam się i patrzę na chłopaków.

Zmierzone siły na zamiary, więc hummus się tylko zjadło. A plan był taki, by się nim zajadać

Mieliśmy zamiar zaliczyć jeszcze Balmenhorn, ale znalazłszy się gdzieś na 4 tysiącach metrów, Kacper źle się poczuł. Nasze tempo poruszania wyraźnie spadło. Ale daliśmy radę i wkrótce wierzchołek Piramidy Vincenta znalazł się pod naszymi stopami. Wyciągnąłem z plecaka hummus oraz chleb ziarnisty (przywiezione z Polski) i miałem nadzieję na spokojny posiłek połączony z nieco solidniejszą regeneracją.

Piramida Vincenta w Alpach szczyt
Piramida Vincenta w Alpach szczyt

Niestety nie było mi dane delektować się tą przerwą. Kacper oznajmił, że bardzo źle się czuje, toteż zdecydowaliśmy o szybkim zejściu do bazy. Nie mogliśmy nadwyrężać jego zdrowia, więc nie zdołałem symbolicznie celebrować hummusem tego sukcesu. Są przecież rzeczy ważne i ważniejsze. Dla nas najważniejsze było to, że przez noc Kacper wydobrzał i następnego dnia cieszył się już dobrą formą psychofizyczną. 🙂

Dzień 5. Zjeść margeritę (pizzę) w Marghericie (schronisku) – oto jest wyzwanie

Wstaliśmy rześcy i pełni satysfakcji. Teoretycznie dzień ten powinniśmy przeznaczyć na odpoczynek po zdobyciu Piramidy Vincenta, czyli tych około 4200 metrów nad poziom morza.

Z pewną dozą niepewności podchodziliśmy do samopoczucia Kacpra, który zapewniał nas, że wszystko gra i możemy jego organizmowi zaufać. Przekonał nas o swej dobrej formie, zatem podjęliśmy decyzje o wyjściu w góry. Zaplanowaliśmy sobie długi spacer aż do Punta Gnifetti (lub jak kto woli Signalkuppe), gdzie znajduje się najwyżej położone schronisko w Alpach. Zwłaszcza że pogoda dopisywała, a nasz budżet był ograniczony i nie mogliśmy sobie pozwolić na miesięczne zatrzymanie się w Alpach Pennińskich.

Uznaliśmy, że po drodze do tego wyjątkowego schroniska, warto zahaczyć o Balmenhorn. Konieczną atrakcją, takim must-see miało być zobaczenie na własne oczy Bivaco Giordani. To niewielki schron dla kilku osób znajdujący się na szczycie Balmenhornu, tuż obok stojącej tam figury Jezusa Chrystusa.

Statua Chrystusa

Statua dorobiła się własnej nazwy, może niezbyt oryginalnej, ale zawsze. Znana jest jako Chrystus ze Szczytu (oryg. Cristo delle Vette). W moim odczuciu stanowi ona właśnie przejaw ambicji ludzi, którym chciało się podjąć wysiłek osadzenia niemal 4-metrowej i ważącego blisko tonę monumentu na wierzchołku sięgającym 4167 m nad poziom morza.

Schron jest bardzo zaniedbany, ale mimo to jak najbardziej potrzebny. Można wykorzystać go bowiem do wyruszenia na pobliskiego Liskamma, a nawet zrobić w ciągu jednego dnia trawers na stronę szwajcarską.

Schron Bivacco Giordano na górze Balmenhorn
Schron Bivacco Giordano na Balmenhornie

Przechodząc obok Liskamma w drodze do schroniska Margherita, zobaczyliśmy niezwykłe wąską grań. Aż tak wąskiej wcześniej nie widziałem. Nadawałaby się idealnie do ćwiczeń z zachowywania równowagi, chwilami dosłownie zdawała się przypominać krawężnik. Zanotowałem sobie, że idąc nią, trzeba być “na lekko” – tylko z małym plecakiem i bez śpiwora. W oddali za Liskammem moim oczom ukazał się Matterhorn.

Liskamm

Ujawnił się dla mnie po raz pierwszy (wcześniej widziałem go jedynie na zdjęciach) i wywołał na mnie wielkie wrażenie. Zaiste majestetyczna góra. Od tamtej chwili zaczęła mi się śnić, niemalże na nią “zachorowałem”.

W głowie już pojawiły się pytania w stylu: “Czy uda mi się przejechać na terytorium Szwajcarii? Czy będę miał możliwość na nią wejść? Czy wykorzystam szansę (bo przecież byłem tak blisko), jeśli pogoda nie będzie stanowić przeszkody nazbyt ryzykownej?”

W kierunku Punta Gnifetti

te małe kropki w oddali to peleton Alpinistów. Po Prawej Liskamm

Znajdowaliśmy się wtedy na przełęczy, było dosyć płasko. Piękna pogoda, a słońcu bliżej było do sporej lampy, którą ktoś nad nami ustawił, niż do świecących nocą gwiazd. Całość przypominała lodową pustynię. Z każdym krokiem spadało tempo poruszania się jednego z nas, a przecież szliśmy powiązani ze sobą jedną liną. To Kacper znów trochę nie domagał, jakby nagle opadł z sił i nie był w stanie wykrzesać z siebie więcej. Czułem, że – jako pilotujący dwuosobowy peleton – zaczynam go za sobą ciągnąć.

Do schroniska pozostawało jeszcze tylko 200-250 metrów, ale w… pionie. Podejście okazało się dosyć strome i musieliśmy radykalnie “puścić nogę z gazu”. Przejawem naszego zmęczenia był fakt, że zostaliśmy wyprzedzeni przez dwa zespoły. A trzeba Wam wiedzieć, że do tamtej pory nikt nas nie zdołał wyprzedzić. Przemieszczaliśmy się wolno, ale na całe szczęście stabilnie.

Małymi krokami konsekwentnie do celu. Tak jak w życiu, gdy mamy kryzys zdrowotny lub egzystencjalny, a codzienne obowiązki wydają się nas przerastać. To zdało rezultat i dotarliśmy do schroniska Margherita.

Tamże na wysokości ponad 4500 metrów zamówiłem pizzę 😉 Wprawdzie w menu nie było dużego wyboru, ale trzeba to im wybaczyć – nie mają takich możliwości aprowizacyjnych jak sieciowe pizzerie w wielkich miastach. Taka pizza i tak dobrze smakuje, gdy człek głodny, do domu daleko. Za to widok był oszałamiający. Chłopaki też zamówili inne rodzaje, więc de facto każdy z nas przetestował pod względem smaku i kaloryczności prawie wszystkie tamtejsze posiłki. Zjedliśmy dość szybko, ogarnęliśmy toaletę i uciekaliśmy w dół.

Pizza w schronisku Margherita

Pamiętam, że czułem się wówczas, jakbym był na “pożyczonym czasie”. Powrót był wolniejszy niż wejście, schodzenie z takiego pułapu to nie jest zbieganie z Giewontu, a my sami mieliśmy tego dnia dobrych parę kilometrów w nogach. I niemało kilogramów na plecach. Poza tym trzeba było przecież obejść te szczeliny lodowe, ponad którymi nie dało się dać susa. Było koło godziny 18, gdy nasze schodzenie kojarzyć się mogło z przejściem przez pole minowe. Na szczęście te dziury było dobrze widać, więc nie czuliśmy się tak niekomfortowo jak saperzy.

Piramida Vincenta, nieco zza chmurami

Pod sam koniec trasy, jakby innych przeszkód było mało, pojawiła się jeszcze potężna mgła. Asekurując się nawzajem, schodziliśmy jak po sznurku. Późnym wieczorem dotarliśmy do obozu – zmęczeni ale szczęśliwi. Z pizzą w żołądkach i uśmiechem na twarzach wypełniliśmy swe śpiwory. A potem, jak co noc zresztą, znów zgasło światło. 😉

Droga powrotna z Punta Gnifetti

A tutaj Garść informacji praktycznych odnośnie naszej wyprawy: