Drugi dzień zimowego kursy taternickiego oznaczał dla mnie i współtowarzyszy kolejną wizytę pod bulą Kotła Kościelcowego.

Wyszliśmy ze schroniska w Murowańcu i trzymając się niebieskiego szlaku doszliśmy na miejsce, po drodze mijając Czarny Staw Gąsienicowy. Towarzyszyła nam piękna, zimowa pogoda i takie powietrze, że aż się chciało oddychać.

Kliś Topo

Koślieliec oraz Czuba nad Karbem. My idziemy dalej wzdłuż Czarnego Stawu Gąsienicowego aby odbić w prawo na Bulę pod Kotłem Kościelcowym
Bula pod Kotłem Kościelcowym.
Topo drogi Klisia ze strony drytooling.com.pl. Autor Damian Granowski
Topo drogi Klisia ze strony drytooling.com.pl. Autor Damian Granowski

Tym razem instruktor na partnera prowadzącego wybrał Maćka, a mnie przypadło w udziale prowadzić Janka, którego widać na tym zdjęciu:

Wyciąg 1. Do kosówki na rozgrzewkę

Pierwszy wyciąg (dwie “sympatycznie” nachylone ścianki, fajne trawki i dogodna miejscówka koło siodełka, aby założyć stanowisko ) pokonaliśmy bez większych problemów, rutyna i zręczność sprawiły, że to coś niespecjalnie wartego stukania w klawisze.

To pierwsze stanowisko założyliśmy w kosówce i my tam doszliśmy jako pierwsi, a zaraz za nami ustawił się ogonek oczekujących. Skąd się tam wzięli – zapytacie. Cóż, w tym punkcie zbiega się kilka różnych dróg, więc przy ładnej pogodzie nie trudno o “zakorkowanie się”.

Stanowisko z Kosówki na Siodełku. Co to za Galimatias?
Chwila odetchnięcia i widok na Granaty

Jeden chłop nie wiedział, jak się przypiąć do stanowiska, a fakt ten wywołał w nas zaniepokojenie. Dodatkowo u naszego instruktora wystąpiła – mówiąc bardzo delikatnie – silna irytacja, przez co nie przebierał w słowach, mocno będąc rozdrażnionym.

Tak bywa w sytuacji, gdy na skałkach dochodzi do takiego galimatiasu – lata doświadczenia i poczucie odpowiedzialności splecione są w jednej osobie, którą można uznać niejako za “najstarszą stopniem”. Chociaż nie pochwalam “rzucania mięsem”, to jednak rozumiem jego oburzenie: żaden rozsądny “nauczyciel” nie chce dopuścić do poważnych “incydentów na szkolnym korytarzu” na jego – że się tak wyrażę – “dyżurze”. Nawet jeśli formalnie rzec biorąc, nie jest “wychowawcą” tego ancymona, który był sprawcą całego zamieszania i przestojów.

Kliś. Zacięcie M4+. Zwieracze wytrzymały, dziaba również. Ufff, co to była za ulga!

Widoczne Zacięcie z Siodełka. Maciek po pokonaniu kluczowych trudności buduje stanowisko.

Idąc na drugiego w pierwszej parze, instruktor w co trudniejszych momentach dawał mi bardzo pomocne wskazówki, a w późniejszej fazie wspinaczki okazał dużo cierpliwości, czekając aż ja i będący pode mną Janek pokonamy zacięcie o trudności M5-.

Na każdym etapie upewniał się, czy dobrze sobie radzimy. Mimo jego wsparcia od pewnego momentu emocje we mnie buzowały. Spociłem się na maxa i byłem bliski wypełnienia majtek. I absolutnie nie czuję wstydu, przyznając się Wam do tego.

Dla mnie to było jakbym się znalazł w środku walki o przetrwanie, a stres tym spowodowany zawsze daje o sobie znać. Fizjologia jest w tym względzie nieubłagana. Człowiek, który dopiero zaczyna wspinać się zimowo tak ja ja marzy, by nie odpaść i móc sięgnąć ekspresem do haka wbitego przed kruksem. Wpięcie się na ten hak skutkuje znaczną ulgą, co najmniej +10 punktów do psychy.

Hak umieszczony na stałe w kluczowym miejscu. +10 do psychy. Autor zdjęcia szkoła wspinania drytooling.com.pl

Kluczowa w pokonaniu tego zacięcia jest praca nogami. Można się tam dobrze zaprzeć, natomiast nie ma wiele miejsca na dziaby, albowiem braku trawiastego fragmentu nadającego się do ich wbicia.

Z dołu to wygląda tak. Trzeba uważać na szpej, żeby nie zahaczyć o skałę.

Suma sumarum, cała operacja bardziej przypomina drytooling, w którym trzeba balansować ciałem. Właściwe rozłożenia równowagi (“aby tylko dziaba nie wyszła”) zapewnia śmiałkom wydostanie się z tej opresji. Mnie i pozostałym uczestnikom ta sztuka się powiodła, więc mogę Wam z pełną powagą oświadczyć, że było to jedno z najbardziej zajebistych przeżyć, jakiego doznałem 🙂

Wyciąg 3. Do Pól śnieżnych i stanowiska zjazdowego

Reszta drogi stanowiła już tylko formalność – miłą odskocznię dla starganych wcześniej nerwów. Dojście z pola śnieżnego do bezpiecznego stanowiska zjazdowego wiodło po łagodnym zboczu. I do złudzenia przypominało to te same czynności, jakie dobę wcześniej wykonywaliśmy podczas Wariantów Kursowych.

Zjechaliśmy również bardzo podobnie, pokonawszy ponad stumetrową drogę wspinaczkową. Szerzej o wydarzeniach z tamtego dnia przeczytać możecie tutaj:

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 0 Średnia ocena: 0]