Zanim zdobyliśmy Kończystą (link do artykułu na końcu) zaliczyliśmy (ja i mój druh Marcin) rozgrzewkę. Przybrała ona formę trekkingowego wejścia na mierzący 2452 metrów Sławkowski Szczyt. Należy do zestawu elementów Wielkiej Korony Tatr, ale tym co go wyróżnia, jest wyjątkowo duża wysokość względna: otóż dystans dzielący jego północno-wschodnie stoki od podstawy przekracza 900 metrów. A poza tym – co mam nadzieję, że będzie dobrze widziane na zdjęciach – to naprawdę ładny wierzchołek z niewielkim, metalowym krzyżem na samym czubku.

Idealny na niedzielne wejście nawet dla niedzielnych spacerowiczów, więc jako forma pieszej pokuty można nań ruszyć zaraz po porannej mszy świętej 😉 Ale bardziej serio mówiąc: nie trzeba w to mieszać kwestii religijnych, by zdobyć tę górę – a po drodze ujrzeć jeszcze kilka innych wysokich szczytów – m.in. liczącą 2634 m Łomnicę.

Sławkowski Szczyt znajduje się na obszarze Słowacji pomiędzy Sienną Kotliną oraz dwoma dolinami: Staroleśną i Sławkowską. Nie przecieraliśmy nowych tras, tylko podążaliśmy dobrze oznakowanym niebieskim szlakiem, który nie raz już został (mniej lub bardziej szczegółowy) opisany – zarówno w książkowych przewodnikach jak i we wszechogarniających nas czeluściach internetowego oceanu ;-). Nie jest to droga wybitnie urokliwa, strasznie uciążliwa ani jakoś specjalnie męcząca. W sumie dość przeciętna i niezapadająca w pamięć, gdyby nie jeden szczegół.

Droga na Sławkowski szczyt to never-ending story

Od startu (w Starym Smokowcu sympatycznej dla oczu, zadbanej mieścinie) do mety (ów krzyż na samym wierzchołku) trzeba pokonać ponad 1400 metrów różnicy, co przy dobrej pogodzie zaprawionym w bojach trekerom zajmuje średnio ok. 4-5 godzin (w jedną stronę) ! A jeszcze należy zejść – i niestety nie ma wytyczonej innej trasy niż ta, którą się weszło. Smuteczek i rozczarowanie z tego powodu w głowie mamy jak w banku.

Wyżej wymienione liczby to nie są bagatelne wartości, a sam szczyt jakby się od idących ku niemu co i rusz…oddalał (sic!). Idąc, zostawia się w tyle m.in. piarżysko (dla tych, co nie wiedzą – teren pokryty piargami, czyli sami dowiedzcie się czym ;-), mija kolejne skupiska kosodrzewiny, dalej stąpa się po różnej wielkości blokach skalnych, pokonuje kolejne stopnie i wzniesienia, a szczytu…ciągle nie widać!

Dolne piętra szlaku na Sławkowski Szczyt

Doprawdy, podstępna to góra, maksymalnie wredna! A wydawała się nam tam na dole (do Starego Smokowca przybyliśmy autokarem z Zakopanego, a można też kolejką elektryczną od Popradzkiego Plesa) całkiem łatwa, iście „rozgrzewkowa”. Ale my byliśmy cholernie uparci i to ciągłe „neverending story” nas nie odstraszyło. Gwoli ścisłości, energii dodała nam drzemka na słońcu, po której ruszyliśmy wyżej.

Po drodze zrobiliśmy sobie kilka chwil na wytchnienia. Na nieco dłużej turyści zazwyczaj zatrzymują się na Maksymiliance. Taką nazwą ochrzczono platformą widokową umiejscowioną na dość płaskim fragmencie skały na krawędzi Sławkowskiego Grzebienia. Przed ponad stu laty wybudowanie sporego odcinka szlaku ufundował niejaki Maximilian Weisz. Stąd też rzeczone miano, a jeśli ktoś ciekaw, dlaczego sam szczyt nazywa się Sławkowski, to podpowiem, że w okolicy jest pewna wieś i jej mieszkańcy mają zapisane w dokumentach, że ich miejsce na Ziemi to Wielki Sławków.

Z kościółka pod gołe niebo

View this post on Instagram

#backhome #happy #clouds #sky #najednejlinie

A post shared by Pawel Kowalski (@najednejlinie) on

Gdy dotarliśmy do miasta, było już późno i musieliśmy spędzić noc na wiacie przystankowej. Okazało się bowiem, że jedyne wolne pokoje to były apartamenty w najdroższym z okolicznych hoteli. Szkoda nam było blisko 500 zł za noc (od osoby!), więc zaświtała nam w głowach taka myśl: A może wejdziemy do kościoła? Łatwo znaleźliśmy świątynię. Drzwi były otwarte, ale tylko do przedsionka. W środku żywej duszy. Zadowoleni, że spędzimy tu noc po ciężkim dniu, rozłożyliśmy się z tobołami i szykowaliśmy do snu, gdy nagle… weszła jakaś starsza kobieta i nas pogoniła.

A trzeba było nie zaplać czołówek – pomyślałem

Rozumiem, że to nie jest schronisko, ale przecież nie mieliśmy złych zamiarów i nikomu nie przeszkadzaliśmy, bo nie było też komu. Świątynia stała pusta. O tej godzinie Ot dwóch strudzonych wędrowców, prawie jak tych dwoje co ponoć kiedyś – 2000 lat temu – chadzało po Betlejem i nikt im nie użyczył miejsca noclegowego, za które ostatecznie musiała im wystarczyć zimna, licha stajenka… Zawiodłem się tamtego wieczoru na ludziach, ale czasem tak bywa. Nie było najgorzej, choć nauczkę od życia człek odebrał. Korzystny cenowy pokój trzeba wcześniej sobie zarezerwować.

A kolejnego ranka czekała na nas już kolejna przygoda, ale przyznać muszę, że ciężko się wstawało:

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 19 Średnia ocena: 5]Już zagłosowałeś