Pan Jacek Patrzykont mógł nie słyszeć o moim istnieniu (jeszcze ;-)) więc najprawdopodobniej nie wie o tym, że idę w jego ślady. Zapragnąłem również dosłownie pójść po jego śladach, czyli przejść drogę wytyczoną w drugiej połowie lat 80. XX wieku. W dziele tym pomagał mu wtedy Przemysław Kosek, a ich wspólne sprawozdanie z tamtej wyprawy zamieszczone zostało w czasopiśmie pt. “Taternik”.

Przygtowania. Zapomniałem jebadełka. Za jebadełko słuzyły mi patyczki znalezione na drodze 😀

Dlaczego akurat droga Patrzykonta? Raz – że to lita skała, dwa: na wielu odcinkach bardzo urodziwa, a trzy: odznacza się różnorodnym charakterem – natrafimy tam na formacje takie jak: płyty, zacięcia, trawersy oraz rysy. Ponadto Drogę Patrzykonta cechuje względnie stopniowo rosnący poziom trudności. A propos tego, czym są i co nam mówią poszczególne stopnie:

Początkowe etapy pokonuje się stosunkowo łatwo (wycena zaledwie II), a potem „schodki” rosną wraz z kolejnymi metrami. Wszystkich tych metrów do pokonania jest kilkadziesiąt, a przeznaczyć na to trzeba około 3-4 godzin – zależnie od tego, jak wielkimi chojrakami jesteśmy.

No i jeszcze pogoda może ten czas wydłużyć – a jeśli nie jest dostatecznie sucho, to należy sobie ten rajd odpuścić. Śliska ściana to nie przelewki, a tam naprawdę są takie miejsca (jak np. “stająca dęba płyta” za IV), że gra pt. “mokra robota” przestaje być warta świeczki. W przypadku mokrej ściany można się wybrać na grań Kościelców

Brak zgody (naszej) i czujności (mojej) – w efekcie: Gemyla

Hala Gąsienicowa. Wymarzony warun

Tyle teorii i tła historyczno-faktograficznego; opowiem Wam teraz o okolicznościach niezakończonego sukcesem przejścia. Pewnego letniego dnia zjawiłem się tam w pełnym wspinaczkowym rynsztunku – można rzec: wystrojony jak szczur na otwarcie kanału. 😀

A skoro nie byłem sam, to czuję się w obowiązku przedstawić Wam Bartka – nowo poznanego wspinaczkowego druha, z którym wcześniej komunikowałem się wyłącznie przez fejsbuka. Obaj tam mamy swoje walls i obaj zgodnie uznaliśmy, że tę internetową znajomość warto przenieść na prawdziwą “ścianę”.

Niewiele Wam mogę o chłopaku powiedzieć, poza tym, że jest wspinaczkowym zapaleńcem o luzackim zachowaniu – w mej pamięci na razie zapisał się jako taki trochę flircyk.

Tak czy owak, nasz wybór padł w końcu na położony w rejonie Doliny Gąsienicowej Zadni Kościelec. Bartek optował za czymś trudniejszym (jako pewna siebie osoba odrobinę kozaczył), a ja musiałem jego buńczuczne zamiary utrzymać w ryzach rozsądku. Moim zdaniem lepiej bowiem zacząć cykl wspólnych górskich przygód od czegoś łatwiejszego.

Pozwoli to obu partnerom lepiej się zgrać, a temu mniej doświadczonemu “rozwspinać”. Nabrać – może nie tyle pewności siebie (gdyż Bartkowi akurat jej nie brakowało) – co wprawy w używaniu sprzętu i radzeniu sobie w sytuacjach „podbramkowych”. Takich, w których trzeba wykazać się chłodną głową i nie popełnić głupiego błędu. Poza tym, ten Patrzykont miałem na oku już od chwili, gdy z Kacprem i Maćkiem zrobiliśmy Załupę H:

Bartek już tamtędy wcześniej szedł, toteż zapierał się przed realizacją tego pomysłu, jak tylko mógł. Rękami i nogami (hehe), ale na szczęście do rękoczynów między nami nie doszło. Niezbyt długa sprzeczka zakończyła się wypracowanym kompromisem. Polegał on na tym, że kolejną drogę wybierać będzie mój „kompan-adwersarz” – natomiast mnie w udziale miało przypaść prowadzenie wszystkich czterech wyciągów Patrzykonta.

Po dotarciu pod ścianę czekała na nas kolejna, niezbyt miła niespodzianka: w zasięgu wzroku mieliśmy dwa zespoły, których członkowie nas ubiegli. Paręnaście minut więcej niż zwykle zeszło nam więc na oszpejeniu się i tzw. „pogaduchach o poduchach”.

Jak wpadłem w gemylę

Na obrazku widać wspinaczy na drugim wyciągu
Zacięcie z bliska. Start pierwszego wyciągu

Z opisu topo wynikało, że początkowo droga jest prosta, naznaczona linią haków, i że w pewnym momencie należy odbić w prawo. Byłem o tym święcie przekonany, toteż intuicyjnie podążałem w górę i wpadłem…w gemylę. W tym miejscu należy się Wam wyjaśnienie – poniższą dygresję przyjmijcie proszę z dobrodziejstwem inwentarza.

Otóż gemyla to zasłyszany od kumpla element gwary wielkopolskiej stanowiący zapożyczenie z języka niemieckiego. W wersjach takich “gemyla” lub “gymyle” oznaczają zarówno “bałagan”, “śmiecie”, jak i “śmietnik”. A znając mityczne zamiłowanie poznaniaków do trzymania wszystkiego w kupie, czyli w porządku, to można przypuszczać, że nie używają oni tego wyrazu zbyt często.

W moim prywatnym słowniku, (którym się z Wami na blogu dzielę), gemyla to problemowa sytuacja – takie tam poplątanie z pomieszaniem.

W czasie wspinaczki zaplątać się może przede wszystkim lina, ale nie tylko. Kiedy coś innego przestanie działać jak powinno, lub gdy ludziom wokół coś popląta się w głowach, to również nazwę to gemylą. Bądź co bądź zaburzenia tego rodzaju psują porządek wyprawy, a inne niż planowane – według wskazań topo – podążanie czyni samo przejście zwichniętym lub wykoślawionym.

Wariant za V+ Droga Patrzykonta. Brak satysfakcji z dobrze wypełnionego zadania

Linia haków. Wariant V+

Tamtego dnia to ja – mówiąc kolokwialnie – “dałem ciała”, a błąd mój polegał na tym, iż zanadto polegałem na rutynie. Szczęśliwie mój partner nie zbeształ mnie za to, a przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie mógł być zadowolony – w końcu nie szedł drugi raz tą samą drogą. Mea culpa, za którą go publicznie przepraszam – miała też swój plus: moja pomyłka “skróciła jego męki”, zarazem urozmaicając mu tę wycieczkę.

Trudności wspinaczkowe podskoczyły do V+, po czym okazało się, że nie idziemy „grzecznie” – jak dzieci po sznurku za przedszkolanką. Niechcący wpakowaliśmy się w wariant, z którego łatwo przeskoczyć na Załupę H. To z tej formacji czasami odrywają się fragmenty skał – toteż trzeba być nader czujnym, w szczególności, gdy przed nami idzie jakaś inna ekipa.

Znalazłem się już za wysoko, żebym mógł gładko zjechać, więc postanowiłem dojść do tej załupy i tam zamontować stanowisko. Następnie wciągnąłem Bartka i chwilę odpoczęliśmy przed ważną naradą. Postanowiliśmy, że będziemy sunąć w dół dokładnie z tego miejsca, poświęciwszy reposznur, co umożliwiło nam zjechanie z mocowania złożonego z dwóch punktów.

Za pierwszy z nich posłużył nam wbity w ścianę hak. Drugi zrobiliśmy z owiniętej wokół wystającego kawałka skały pętli, do wytworzenia której posłużył nam ów rep. Specjalną wersję tego przyrządu (czyli prusik) powinniście już kojarzyć, jeśli zdarzyło się Wam przeczytać ten artykuł:

Brak pewnej umiejętności – za to Kowalski słyszał, jak ktoś wzywa posiłki! 😀

Wprawdzie przy samej ścianie załupy, kilka metrów na lewo od tamtego miejsca (tak jak prawilnie idzie się tą drogą) znajdował się ring, ale uznaliśmy, że próba zbliżenia się doń obarczona byłaby większym ryzykiem niż ów zjazd z rzeczonego „stanowiska awaryjnego”.

Przy okazji doszło wówczas do zabawnego zdarzenia. Z głośniczka radia, które miałem przy sobie, do moich uszu dotarła wymiana zdań na temat… pierogów. Ktoś u jakiejś kobiety (najpewniej pracującej w knajpie lub w cateringu) zamawiał takowe na obiad.

A skąd w ogóle rzeczone radio przy mojej szyi? Żeby nie krzyczeć do siebie na ścianie, przy wydawaniu sobie komend oraz wskazówek, używaliśmy krótkofalówek. A ponieważ nie opanowałem jeszcze umiejętności pt. “kodowanie własnego kanału” (czy jak tam się ta czynność fachowo nazywa), to skorzystałem z ogólnodostępnej częstotliwości.

Okazało, że nie byłem jedynym, który korzystał w owej chwili z tego pasma fal radiowych. Jeśli ktoś z Was, moi Drodzy zna się na krótkofalówkach, to niechaj się ze mną skontaktuje. Odrobina wsparcia technicznego przyda mi się na pewno.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 1 Średnia ocena: 5]