Tym razem odpalam mój blogowy wehikuł czasu i razem ze mną, cofniecie się Moi Drodzy do pierwszej połowy lat 80. XX wieku. Całkiem prawdopodobne, że wtedy jeszcze nie było Was na świecie, a Wasi rodzice mogli uchodzić za “pięknych i młodych”. 🙂

Poznacie okoliczności ekspedycji dwóch wybitnych polskich himalaistów: Wojtka Kurtyki i Jurka Kukuczki (oraz ich pakistańskiego wspólnika) ujęte w formie historii o logistyczno-kulinarnym charakterze.

Mnie zaś ta górska opowieść przytrafiła o zakwasy mięśni brzucha ze śmiechu 🙂

Garść faktów, bo lubimy wiedzieć: kto, co, gdzie i kiedy

Upalne lato 1983 roku. Wokół mocno “wyżynna” i w większości stepowa sceneria w pakistańskiej części masywu Karakorum. Pochodzący z Europy podróżnicy przekroczyli

(nie bez kłopotów, o których można przeczytać tutaj)

granicę Indyjsko-Pakistańską we trzech, a zaraz po tym ich towarzysz – zagraniczny miłośnik herbaty udał się w inne strony.

Dwójka śmiałków (o jakże swojsko brzmiących imionach – Wojtek i Jurek) skierowała się do Skardu, położonego na wysokości ponad 2200 m n.p.m. To miejscowość znana z dwóch rzeczy. Primo: stanowi bazę wypadową do zdobywania pobliskich ośmiotysięczników, secundo: jednym z jej miast partnerskich jest znany włoski kurort narciarski – Cortina d’Ampezzo.

Nasi himalaiści przed sobą mieli około 60-dniową poważną wyprawę, której celem były dwa wielkie szczyty – Gaszerbrum I i Gaszerbrum II. Na miejscu w przygotowaniach pomagał im oficer łącznikowy nazwiskiem Pir Sadiq Shah (dalej w skrócie PSS). Zapamiętali go jako dystyngowanego i bardzo religijnego człowieka z plemienia Pasztunów.

PSS był również oficerem armii pakistańskiej, a jako tzw. lokals dysponował kompleksową wiedzą z wielu różnych, niekiedy bardzo praktycznych, dziedzin życia. Dzięki znajomości angielskiego z wiedzy tej potrafił zrobić użytek. W poważniejszej sprawie wykazał się po raz pierwszy, gdy jeden z dwójki naszych rodaków “zachorował” na punkcie jajek.

Mieli zapas fajek, lecz jak zdobyć 300 jajek?

Mimo posiadania dość sporych zapasów zapuszkowanego prowiantu (m.in. smacznej polskiej szynki, prawdopodobnie produkowanej na eksport oraz papierosów) Wojtek Kurtyka wyliczył, że wraz z partnerem będą spożywać średnio 2 jajka dziennie. Tym samym był mega zdeterminowany, aby na miejskim targu zakupić około 250 jaj. A najlepiej 300, bo przecież wiadomo, że podczas tak długiej drogi lepiej mieć większe zapasy.

Problem z realizacją tego planu żywieniowego był dwojaki. Po pierwsze, wystąpił dobrze znany Polakom w okresie PRL-u “kłopot z aprowizacją”, choć tam akurat deficytem były ŚWIEŻE JAJKA, a nie “kurze wyroby” jako takie. Po prostu większość sprzedawców nie oferowała towaru pierwszej jakości i nader często wśród nabywanych sztuk przydarzały się zbuki.

A propos zbuków – gdy się taki odkryje, to najczęściej używane polskie słowo na k….(przekleństwo i wulgaryzm w jednym) aż samo się ciśnie na usta. Wówczas Ci, którzy starają się dbać o kulturę słowa, dość powszechnie sięgają pod jego eufenizm: “kurza stopa” lub “kurza twarz”. Choć tak naprawdę, to jest to tylko nieco bardziej eleganckie wyrażenie swej złości spowodowane rozczarowaniem…Więc na dobrą sprawę, to w mediach powinno się takich wyrazów unikać. Tymczasem, oto jak wygląda dość często się pojawiający błąd przeglądarkowy (gdy z jakiegoś nieznanego powodu dana strona internetowa nie chce sie załadować):

Priorytetowa świeżość, czyli trzy metody badania jajek

PSS, wysłuchawszy żalów Wojtka w tym kurzym temacie (można się domyślać, że co najmniej raz “kurza twarz” lub inna wersja słowa na k…. Polakowi pewnie się wtedy wyrwała), postanowił zawiedzionemu rozmówcy pomóc. Wyjaśnił mu, że zna 3 metody badania jajek pod kątem świeżości.

  1. Pierwsza polegała na potrząsaniu jajkiem koło ucha i wsłuchiwaniu się, czy wydaje ono niepokojących dźwięków. Charakterystyczny chlupot lub kołatanie stanowiło sygnał, że daną sztukę należy odrzucić.
  2. Kolejnym kryterium sugerującym pozbycie się jajka były czerwonawe plamy lub dające się zauważyć skrzepy krwi – wszelkie takie symptomy widoczne były w trakcie oglądania eliptycznego okazu w mocnym świetle.
  3. Wreszcie finalnym testem była próba wody. Wrzucano jajka do wiadra z cieczą i obserwowano ich zachowanie. Tylko te które lądowały na dnie naczynia nadawały się do konsumpcji. Nie należało kupować tych częściowo zatopionych (co wskazywało na to, że są stare), ani tych, które pływały na powierzchni (zgniłe).

Cechujący się zamiłowaniem do perfekcjonizmu Wojtek Kurtyka w pojedynkę sprostał wszystkim czynnościom i na drugi dzień mógł odtrąbić sukces. W tym czasie jego partner, Jurek Kukuczka, mówiąc łagodnie: nie wykazywał entuzjazmu do selekcji kurzych jajek. Pomógł za to koledze w ten sposób, że zajął się innymi pilnymi sprawami i – jak można się domyślać – nie próżnował.
Tu mała dygresja: kiedyś słyszałem, że pewna leniwa, niemłoda już dama – gdy zwrócono jej uwagę dotyczącą zbyt długiego zabierania się do swych obowiązków, odparła: “Dajcie spokój, ja muszę odpocząć, zastanowić się i zebrać do kupy siły psychiczne, które mi się rozpierzchły po ostatnim!”

Jerzy Kukuczka. Fot. z książki pod tym samym tytułem

Kury jakoś je zniosły, lecz człek jest mniej doniosły

Po drugie, na horyzoncie wyzwań pojawiła się kwestia ich transportu. Trzysta jajek należało odpowiednio opakować i przenieść do wyżej położonego obozowiska. Z pomocą znów pospieszył PSS, który polecił Polakom sprawnego ponoć tragarza. Niestety ten ostatni, jak się później okazało, nie należał do mistrzów utrzymujących równowagę i potykał się kilkukrotnie. Ale mimo to i tak większość dotarła szczęśliwie do obozu.

Przejąwszy od tragarza cenne pudło z jajkami Wojtek umieścił je obok namiotów na płaskiej skale. Sądził, że będą tam przez kilka godzin bezpieczne 🙂

Nasi bohaterowie zajęli się budową kuchni polowej, a w tym celu potrzebowali licznych kamieni. W tym również przynajmniej jednego większego głazu, który miał im posłużyć za stół. Wypatrzyli takowy na zboczu pobliskiej moreny – był względnie okrągły i miał spory, płaski bok. Musiał sporo ważyć, więc Kurtykę czekało przetoczenie go we właściwe miejsce. Podszedł i usiłował go ruszyć z miejsca.

Uj w bombki strzelił, jaja się rozpierzchły

Objął go ramionami i nieco uniósł. Wtem głaz jakby “ożył” i nie dość że zaczął się toczyć samoistnie, to jeszcze z każdą upływającą sekundą (podskakując na nierównościach terenu) nabierał prędkości. Takiego “perpetuum mobile”, raz wprawionego w ruch, nie sposób było zatrzymać, toteż Jurek Kukuczka nawet nie próbował stanąć na jego drodze. Gdy na kursie kolizyjnym znalazło się pudło z delikatną zawartością, doszło do…znacznego wytracenia pędu wskutek niemalże centralnego uderzenia głazu w tę jajeczną przeszkodę.

Mówiąc bardziej obrazowo: nastąpiło głośne BUUM! Ewidentnie zabrakło wtedy interwencji siły wyższej, aby nasi zuchowie mogli raczyć się np. jajecznicą. No cóż, nie każdy taternik ma sposobność dokonać tego, co mnie się pewnego dnia przydarzyło, i co bez przeszkód utrwaliłem w cyfrowej postaci:

Jurek, tuż po tamtym incydencie, tylko lekko wzruszył ramionami i posłał Wojtkowi nieśmiały uśmiech, tak trochę na pocieszenie. Zresztą cała ich tamta wyprawa składała się z szeregu niezwykłych przygód, w które trudno ot tak po prostu uwierzyć. A jednak, wyżej opisana historia zdarzyła się naprawdę i niełatwo znaleźć mi słowa, jakimi w owej chwili powinno się było pocieszyć amatora górskich jajek.

Ja się śmieje, gdyż wyobrażam sobie cały ten trud związany z zakupem, sprawdzeniem świeżości, a następnie transportem tych 300 jajek. 😀

A potem cały niecny plan zrobienia jajecznicy psuje jeden kamień. Swoją drogą ciekaw jest miny Wojtka Kurtyki jak ten kamień toczył się na te jajka. Musiała być nietęga 😀

Kurtyna w górę! Poznajmy bohaterów oraz ich losy

A jak się mają bohaterowie tej historii po latach w 2020 roku? Wzorem niektórych dziennikarzy i youtuberów, postanowiłem sprawdzić, co słychać u osób, bez których ta opowieść nie mogłaby powstać. Jak pewnie Wam powszechnie wiadomo, Jurek czyli Jerzy Kukuczka (ur. 1948) niedługo potem zginął odpadając od Południowej ściany Lhotse 🙁 – odszedł w 1989 roku, zapisując się złotymi zgłoskami w historii światowego himalaizmu.

Lhotse dobrze widać z Island Peak (przed ostatnie zdjęcie w tym wpisie):

Wojciech Kurtyka (rocznik 1947) – wciąż żyje i ma się dobrze. Zrobił dyplom inżyniera-elektronika, pracował i wspinał się przez wiele lat. Opracował najpopularniejszą w Polsce skalę trudności dróg skalnych. W 2016 r. uhonorowany został Złotym Czekanem za całokształt osiągnięć górskich. Obecnie prowadzi własny biznes, a jego wspomnienia podróżnicze trafiają na karty książek.

A PSS? Karierę w wojskowości i obsłudze ruchu turystycznego zamienił na… sektor szkolnictwa wyższego. Jego znajomość angielskiego, zdolności organizacyjne i umiejętność zjednywania sobie ludzi prawdopodobnie przyczyniły się do tego, że jest młodszym specjalistą w Dziale Afiliacji na Uniwersytecie w Peszawarze. A przynajmniej taką funkcję sprawuje około 65-letni (na oko) mężczyzna o takim samym nazwisku. Choć nie jestem tego w 100 procentach pewien. Może się bowiem okazać, że Pakistańczyków z takimi danymi w dowodzie jest równie wielu co Pawłów Kowalskich. 😉

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 11 Średnia ocena: 5]