Ah, co za piękna przygoda!
Kiedyś było Hike & Fly po tatrzańskich szczytach. Tym razem udało się zrealizować kolejne małe marzenie – Ride & Climb po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.
Przez trzy dni wędrowaliśmy rowerami od skały do skały z namiotami, linami i całym wspinaczkowym dobytkiem. Celem było odwiedzenie dróg, które kiedyś poleciliście mi w ankiecie – głównie w trudnościach VI.1–VI.2.
Łącznie przejechaliśmy ponad 180 kilometrów, a każdy dzień był mieszanką jazdy, wspinania, biwakowania i zwykłego cieszenia się widokami polskiej wsi..
W dużym skrócie? Spełniłem jedno ze swoich małych marzeń.
Ekipa
Na taką wyprawę trzeba mieć odpowiednich ludzi.


Kacper – barista i alpinista. Od początku było wiadomo, że w sakwie znajdzie się miejsce na kawiarkę.
Kuba – informatyk i wspinacz. Prawie moje gabaryty: 190 cm wzrostu i jeszcze większy zasięg ramion. W końcu ktoś, kto nie mówi, że “ta droga jest parametryczna”.
Obaj uwielbiają rowerowe przygody i biwakowanie.
Poznaliśmy się na wspinaniu na Libanie i to kolejny dowód na to, że sport naprawdę łączy ludzi.
Założenia wyprawy

Połączenie roweru, wspinania i biwaków wymaga znalezienia odpowiedniego balansu.
Gdybyśmy chcieli się więcej wspinać, musielibyśmy ograniczyć jazdę albo nocować w pensjonatach. Gdybyśmy postawili wyłącznie na rower, moglibyśmy zrobić całą trasę jednego dnia, ale wtedy nie byłoby czasu na wspinanie.
Nam zależało na czymś pomiędzy.
Jura jest ogromna i mam wrażenie, że nawet miesiąc nie wystarczyłby, żeby poznać wszystkie wartościowe rejony. Dlatego wybraliśmy tylko kilka konkretnych miejsc. Na każdej skale robiliśmy zwykle jedną próbę (czasem dwie) i ruszaliśmy dalej. Przy 180 kilometrach z załadowanym rowerem trudno pozwolić sobie na dłuższe sesje.
Plan obejmował nie tylko skały, ale również miejsca na biwaki, sklepy i wodę. To miał być budżetowy wyjazd, więc odpowiednie miejsce do rozbicia namiotu było równie ważne jak dobra droga wspinaczkowa.
Na trasie korzystaliśmy z uroków polskiej prowincji – małych wiejskich sklepików, kąpieli w rzekach i jeziorach oraz moich obowiązkowych pstrągów na obiad.


Sama jazda była zaskakująco spokojna.
Kury na podwórkach. Łany zbóż. Kilka osób siedzących pod sklepem z piwem. Pagórki. Nic spektakularnego.
I właśnie tego potrzebowałem.
To był ten rodzaj prostoty, przy której głowa naprawdę odpoczywa.
Wspinanie
Odwiedziliśmy:
- Mirów nad Wartą
- Boniek
- Kacza skała
- Diabelskie Mosty
- Baba
- Okiennik Wielki
- Grochowiec
Dodatkowo przejeżdżaliśmy przez:
- Łutowiec
- Góra Zborów
- Ogrodzeniec
- Pazurek
- Ojców
Zatem można powiedzieć, że nasz plan był bardzo elastyczny, bo zawsze mogliśmy zmienić nasze cele.
Później przygotuję osobne wpisy o najciekawszych drogach, bo w końcu to Wy w dużej mierze stworzyliście tę listę.
Dzień 1
🚆 Kraków → Częstochowa
Pociąg pozwolił nam rozpocząć przygodę od razu od Jury Północnej.
Tego dnia przejechaliśmy ok. 50 km

Mirów nad Wartą – Dialog VI.1
Ocena 4,4 na 8a.nu nie bierze się z przypadku.

Piękna płytowa droga zakończona efektownym okapem. Cały rejon zrobił na mnie mega wrażenie – estetyczne, długie linie i bardzo przyjemna skała.
Jedyny minus to południowa wystawa. W lipcowym upale szybko musieliśmy uciekać. To zdecydowanie miejsce na wiosnę lub jesień.

Nieopodal płynie Warta.
Tutaj jest ona płytka i powolna, co daje idealne warunki do kąpieli. Musieliśmy się ochłodzić.
To stąd rozpoczynają się spływy kajakowe. Przez chwilę nawet rozważaliśmy spontaniczną zmianę planów, ale… nie bardzo było co zrobić z rowerami.

Boniek – Kaskady VI.1+
Skały Boniek chyba nikomu przedstawiać nie trzeba.
To jedna z tych olbrzymów, które robią ogromne wrażenie już samym rozmiarem. Na Jurze Południowej takich formacji praktycznie nie ma.
Największą atrakcją jest oczywiście słynna “studnia”, tzn. gigantyczne wgłębienie w skale.



Naszym celem były Kaskady VI.1+ , ale… pierwszą wpinkę zrobiliśmy na sąsiedniej drodze za VI.4. Start przez wielki okap bez oczywistych chwytów szybko uświadomił nam, że coś tu się nie zgadza.
Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że jesteśmy nie tam, gdzie trzeba.
Same Kaskady okazały się bardzo estetyczną, lekko siłową drogą. Mam wrażenie, że wycena jest dość przyjazna (w TOPO Portal Góskim ma +, natomiast odczucia były bliżej VI.1).
Gdybym miał więcej czasu, spróbowałbym jeszcze Wejścia Smoka VI.2. Ostatnio widziałem ją około pięciu lat temu, gdy prowadził ją mój kolega Wojtek. Teraz by weszła jak złoto.
Przystanek Złoty Potok
Pstrąg i kąpiel.


Żyć, nie umierać.
Kacza Skała – Dzieci Boga VI.2

Byłem jej zwyczajnie ciekawy.
“Dzieci Boga” często przewijały się w poleceniach i miałem wrażenie, że będzie to raczej przyjemne VI.2.
Tymczasem wyjście z okapu okazało się naprawdę siłowe.
Przy moich długich nogach nie byłem w stanie wygodnie podciągnąć kolan, żeby stanąć w nyży i zrobiło się zdecydowanie trudniej, niż zakładałem (po opiniach w necie)
Kolejne przypomnienie od Jury, żeby nigdy nie zakładać, że droga będzie “softem”.


Sama skała zrobiła na mnie mniejsze wrażenie niż pozostałe rejony. Złoty krzyż namalowany na skale zupełnie nie pasuje do otoczenia.
Za to jako miejsce na nocleg sprawdza się znakomicie.
Mamy do dyspozycji boisko, altanę, trochę drzew, wychodek (serio) i sporo miejsca na namiot.
Minusem jest praktycznie brak zasięgu i sklepu.
Choć… może właśnie to brak zasięgu jest tu największym plusem? 🙂
Tutaj spędziliśmy pierwszą noc.
Dzień 2
40km
Piekielne Mosty – Diabelskie Sztuczki VI.1
Bardzo przyjemny rejon ukryty w lesie.
Nie tak monumentalny jak Boniek, ale na pewno różnorodny.

Wybraliśmy Diabelskie Sztuczki VI.1.
Świetna droga prowadząca przez nyżę z efektownym wyjściempo klamach przez niewielkie przewieszenie.

Pocketów jest mnóstwo, ale nie każdy działa tak, jak sugeruje wygląd.
Może właśnie dlatego to Diabelskie Sztuczki.
Baba – Chłopek
Po drugiej stronie drogi znajduje się skała Baba. Przeczytaliśmy, że wszystkie drogi to praktycznie klasyki, więc nie mogło nas i tu zabraknąć. Tylko popatrzcie na te formacje 🙂
Zresztą w ten upalny weekend cień lasu był na wagę złota.
Wybraliśmy Chłopka, którego największą atrakcją jest szeroki komin. Na Jurze takie wspinanie to rzadkość jak np. Komin Lechfora w Rzędkowicach.



Po wyjściu z komina pojawia się piękna rysa idealna do zaklinowania dłoni.
Technicznie bardzo ciekawe miejsce.
Łutowiec
Znajdziemy tutaj całą masę dobrego wspinania – w tym przygodowego i łatwego o czym możecie poczytać tutaj: Łutowiec

Przejeżdżając przez Łutowiec przypomniałem sobie kurs ekiperski.
To właśnie tutaj wymieniałemw ramach praktyki pierwsze stare spity na ringi.
Miło było wrócić.
Góra Zborów – Filar Wyklętych VI.1+
Niestety tym razem musieliśmy odpuścić.
Słyszałem o tej drodze mnóstwo dobrego i zdecydowanie wrócę.
To również jedno z moich ulubionych miejsc na zachód słońca i biwak.
Mam stąd kilka bardzo dobrych, choć jeszcze nieopisanych wspomnień.
Okiennik Wielki

Nasza ostatnia skała tego dnia.
Dojechaliśmy od tylnej strony, gdzie znajdują się wiaty.
Idealny timing, bo chwilę później rozpadał się deszcz.
Kuba zdążył sie jedynie wstawić w drogę przez konia – moja ulubiona rozgrzewkowa, po grzbiecie płyty.

Kiedyś zrobiłem tu swoją pierwszą The doors VI.1 – dziś nie rozumiem, czemu ma takie “słabe” opinie.
Rano planowaliśmy zrobić Zimne Łapki VI.1+, ale skała była mokra. Jedyne, co wiem o niej, to że jest fantastyczna i trzeba się umieć już wspinać, bo harda.


Szkoda.
Sam Okiennik to jednak świetne miejsce zarówno do wspinania, jak i na nocleg (wiaty, las, sporo miejsca)
Strzał w dziesiątkę.
Dzień 3
90 km
Podzamcze
Przez Podzamcze tylko przejechaliśmy.
O wspinaniu tutaj i o Filarze Cimy pisałem już wcześniej.
Grochowiec Wielki – Doleżychówka VI.1+
To był absolutny hit całego wyjazdu.
Doleżychówka przypomina mi Drogę Ostapowskiego VI.1+ na Sokolicy – moją ulubioną drogę w tej wycenie.
Do OS-a zabrakło naprawdę niewiele.


Crux jest bardzo techniczny i wymaga znalezienia odpowiedniej sekwencji. Dopiero po pierwszym locie zauważyłem ukryty stopień dla lewej nogi (crux polegał na tym, żeby podnieść wysoko prawą nogę, ale żeby móc to zrobić, musiałem najpierw podbić lewą, a stopnie mają kształt płytkich niecek. Do dyspozycji mamy fakera na lewą rękę, który lepiej działa kierunkowo, i dwójka na prawą jako podchwyt). Bardzo ciekawe ustawienie ciała!
Po podbiciu lewej nogi wszystko nagle zaczęło działać.
To jedna z tych dróg, które uczą pokory.
Dodatkową atrakcją były… kozy, któe opróżniały nasze plecaki z jedzenia.

Podczas asekuracji spokojnie przeglądały nasze plecaki i najwyraźniej znalazły coś smacznego.
Na pewno tu wrócę, tylko nie w “południe”if you know what I mean
Pazurek
Krótki przystanek.
I miłe spojrzenie na moją ukochaną Bellissimę VI.3.
Ojców
Na koniec przygody rybka w Ojcowie.
Wjeżdżając od strony Bramy Krakowskiej rozpędziliśmy się do 63 km/h.
Najlepszy zjazd całej wyprawy.
Stąd pozostała już tylko droga do Krakowa.
Tego dnia licznik pokazał 90 kilometrów.
Co nam się najbardziej podobało, a co zrobilibyśmy inaczej?



Na koniec zapytałem chłopaków, co najbardziej zapamiętali z naszej wyprawy. Co ciekawe, każdy zwrócił uwagę na coś innego.
🧗 Wspinaczkowo
Największe plusy:
- odkrywanie nowych rejonów i dróg, których wcześniej nie znaliśmy,
- narzucenie sobie wyższego poziomu – praktycznie same drogi w okolicach VI.1–VI.2, bez „rozgrzewkowych” szóstek,
- bardzo różnorodne formacje – od płyt, przez kominy i nyże, po okapy,
- zaskakująco mało ludzi w odwiedzanych rejonach,
- wiele świetnych miejsc na biwak tuż pod skałami.
Największy minus:
- brak czasu na patentowanie i poprawianie dróg. Najczęściej robiliśmy jedną próbę, czasem dwie, po czym trzeba było jechać dalej.
🚴 Rowerowo
Kacper najbardziej docenił niezależność, jaką daje rower.
„Jedziemy tam, gdzie chcemy. Wjeżdżamy pod skały, pod które samochodem często trudno dojechać. Po wspinaniu wskakujesz na rower, jedziesz kilka kilometrów i organizm zdąży się zregenerować przed kolejną drogą.”
Do tego dochodzi klimat biwakowania, odkrywanie lokalnych ścieżek i satysfakcja z podróżowania w bardziej zrównoważony sposób.
Minusy? Dodatkowy wysiłek, wolniejsze przemieszczanie się i ograniczona ilość sprzętu, którą można zabrać.
🏕️ Kuba podsumował to najprościej
„Kempowanie na dziko i włóczenie się rowerem po ładnych okolicach znam od dawna, a teraz doszło do tego jeszcze wspinanie. Jedyny niedosyt? Trzy dni to za mało. Gdybyśmy mieli jeszcze dzień albo dwa i taką pogodę jak ostatniego dnia przez cały wyjazd, byłoby idealnie.”
Według mnie z tej wyprawy płynie jeden prosty wniosek.
Ride & Climb ma sens.
Oczywiście nie jest to najszybszy sposób na robienie cyfry ani najbardziej efektywne zwiedzanie Jury. Ale jeśli celem jest sama przygoda, poznawanie nowych miejsc i czerpanie radości z podróży, to trudno wyobrazić sobie lepszy sposób na spędzenie kilku dni. W naszym przypadku trzy dni okazały się tylko przedsmakiem. Następnym razem prawdopodobnie zaplanowalibyśmy co najmniej pięć.
Ride & Climb – 180 km rowerem przez Jurę w poszukiwaniu najpiękniejszych dróg ⭐
Podobne przygody
SKLEP
- 2x CHWYTO pocket! PROMO!
170,00 złPierwotna cena wynosiła: 170,00 zł.110,00 złAktualna cena wynosi: 110,00 zł.
WESPRZYJ JEDNĄ LINĘ
Dzięki Twojemu wsparciu mogę spokojnie tworzyć kolejne artykuły, a Ty możesz czytać blog bez reklam. No i w ogóle sprawiasz, że mam motywację, bo ktoś to docenia! ❤️


Bądź na bieżąco