Należący do Korony Europy Triglav wbrew swej nazwie (po słoweńsku znaczy to tyle „Trójgłowy”) wcale nie ma trzech wierzchołków. Zasadniczo składa się z dwóch szczytów, a ten wyższy z nich wznosi się na wysokość 2864 m nad poziom morza. Umiejscowiony jest w Alpach Julijskich, w bardzo malowniczej okolicy i zdaniem Juliusa Kugy’ego – wybitnego badacza i znawcy tych rejonów – stanowi wręcz królestwo, a nie jedynie kolejną górkę. Jego “królewskość” (a zdaniem niektórych wspinaczy – “zajebistość”) zasadza się na tym, że w najbliższym otoczeniu nie ma innych, równie wysokich. W ocenie geografów dopiero austriacki Reißeck (odległy o około 90 km) może stawać z nim w szranki.

Jest symbolem słowiańskości i samej Słowenii, a dowodów na to jest aż nadto. Oto jeden z nich:

Flaga Słowenii
Flaga Słowenii, składa się z trzech horyzontalnie ułożonych pasów w barwach pansłowiańskich: białym, niebieskim i czerwonym, i w takim samym układzie jak flaga rosyjska i słowacka. Wyróżnia ją słoweński herb, który przedstawia potrójny szczyt górski symbolizujący Triglav

Widzicie ten herb? Ta biała góra poniżej tych trzech gwiazd to właśnie równoznacznik Triglavu. Innym dowodem jest chociażby rekomendacja ze strony Milana Kucana (pierwszego prezydenta Republiki Słoweńskiej), który powiedział, że obowiązkiem każdego Słoweńca jest wdrapać się na Triglav przynajmniej raz w życiu. Widoki zeń są ekscytująco cudowne, a chwilami wręcz zatrważająco wspaniałe! Wyobraźcie sobie rozległy masyw pełen przeważnie głębokich dolin, na barkach których rozciąga się alpejski płaskowyż przypominający wysoki piedestał. A na szczycie tego ostatniego znajduje się góra będąca bohaterem tego wpisu – jak trójgłowy “król” w otoczeniu dworzan składających mu czołobitne pokłony.

Triglav – film z wyprawy

Z własnymi “pokłonami” trzeba bardzo uważać, bo zbyt mocne wychylenia grożą spadnięciem w przepaść. Na filmie, począwszy od 6 minuty i 45 sekundy widać naszą wądrówkę na Triglav. Wprawne oko dostrzeże stopy chwilami dyndające nad granią, a normalnie ostrożnie pokonujące kolejne metry szlaku. Za każdym razem kiedy ponownie odtwarzam te ujęcia, to czuję jakieś takie dziwne mrowienie w kończynach dolnych, które doświadczyły iście księżycowego krajobrazu.

Ferrata Pot cez, czyli nasza droga na Triglav

Punktem startowym był parking przy Domu Aljaža we Vratach. To schronisko turystyczne o długiej historii, zapoczątkowanej w końcu XIX stulecia przez Jakoba Aljaža – kompozytora i duchownego. Wychodzą stamtąd liczne szlaki, zarówno do doliny Vrat, jak i w góry triglavskie oraz w rejon Škrlaticy. Ten, którym szliśmy (w obie strony), nazywał się ferrata Pot cez Prag. (To jedna z najłatwiejszych dróg, ale i najdłuższych) Wówczas nie wiedziałem, że dla tej trasy jest jakakolwiek alternatywa. Dopiero po powrocie zorientowałem się, że mogliśmy podążać ferrata Tomanova (obydwie trasy łączą się pod ścianą Triglava).

Krótko po wyruszeniu minęliśmy pomnik, a pełne uroku ścieżki prowadziły nas do kolejnego przystanku, jakim był Triglavski dom (2515 m n.p.m). Tam postanowiła zaczekać na nas Kasia, która po 6 godzinach trekkingu nazbyt opadła z sił. Nie mieliśmy jej tego za złe (wzniosła potem toast za nasze zdrowie;-) ), gdyż samo dojście zdecydowanie polecane jest osobom ze świetną kondycją.

Zaatakowaliśmy najwspanialszy odcinek (co i tak trwało ponad godzinę) we trzech, a moimi skrzydłowymi byli Tomek oraz Piotrek. Ten drugi z “apostołów” (niech Was nie zwiedzie zdrobniałe imię – on należy do moich najbardziej “zagorzałych wyznawców”) jest Wam dobrze znany z kilku wcześniejszych wpisów np.

W drodze na Mont Blanc czyli Vallot i jeden śpiwór dla dwóch

Początkowo szlak wiódł wśród drzew po trawiastym “dywanie”, ale później przekształcił się w skalisto-kamienną posadzkę, przypominającą raczej to, po czym stąpali (pod warstwą pyłu) np. Neil Armstrong i Buzz Aldrin. To była długa i wyczerpująca droga, a nasze wejście i zejście łącznie zajęły nam ponad 11 godzin. Wracaliśmy nocą, posiłkując się czołówkami – ja byłem tak padnięty, że w drodze do namiotu już spałem. Nie pamiętam już dziś, co mi się wówczas śniło, ale mogły to być jakieś księżycowo-kosmiczne okoliczności.

Samą grań (miejscami bardzo wąską) można przemierzyć bez strachu dzięki grubej stalowej linie, która rozpięta wzdłuż szlaku zwie się poręczówką. Ze względu na tłok i ryzyko związane z wymijaniem się, warto mieć ze sobą dodatkowe lonże (liny asekuracyjne) umożliwiające pewniejsze dopięcie się.

W drodze na Triglav – wkroczyliśmy w iście księżycowy teren i musiałem to przyznać: Było przepięknie!
Kolejny etap drogi na Triglav. Weszliśmy nieco wyżej i uznałem, że warto oddalić obiektyw aparatu.
Te małe kropki przypominające mrówki to…nasza niestrudzona ekipa.
Triglav, grań szczytowa, ok. 1h od schroniska Triglavski dom
Zdjęcie już ze szczytu. Gromadę turystów zostawiłem w tyle, a dla siebie znalazłem miejsce bardziej odosobnione. Raz – nie lubię tłoku, a dwa – na prawdziwym wierzchołku zazwyczaj stanąć należy pojedynczo. Jak na podium po przebiegnięciu maratonu.

Rzeka Socza

Socza – rzeka przepływająca przez Włochy i Słowenię, wypływa z Alp Julijskich i uchodzi do Zatoki Weneckiej koło Monfalcone

Miejscem rzeczonej wyprawy była Słowenia, ale zdecydowaliśmy się również na kąpiel w Soczy – pięknej rzece uchodzącej do Zatoki Weneckiej. Jej krystaliczna choć lodowata woda w przeszłości była świadkiem wielu bitew, z których najwięcej napisano o dwunastej potyczce z całego cyklu podczas I wojny światowej.

Jesienią 1917 r. rejonie miasta Kobarid doszło do serii starć pomiędzy armią włoską a wojskami niemieckimi wspieranymi przez oddziały austro-węgierskie. Żołnierze z półwyspu apenińskiego doznali tam sromotnej porażki, która odcisnęła swe piętno w języku. Włoskie słowo caporetto stało się synonimem totalnej klęski, mimo że tak nazywa się po prostu sama miejscowość. Zaś licząca prawie 140 km rzeka stanowi jeden z bardziej znanych wyróżników Słowenii.

Skałkowe atrakcje

Wspinaczka skałkowa w pobliżu naszego obozowiska.

Na wyróżnienie zasługują też tamtejsze skałki. Łażenie po nich śmiało można polecić wszystkim miłośnikom ścianki. Dla mnie wtedy był to pierwszy raz, kiedy bez butów i specjalnych przygotowań zdecydowałem się w ramach “odpoczynku” poudawać małpoluda. Ot taka dodatkowa atrakcja, z której mam przedniej jakości zdjęcia i wspaniałe wspomnienia. 🙂


Bear in mind

Szanowny Czytelniku / Czytelniczko,
Blog jako forma komunikacji społecznej wymaga selekcji, montażu i redakcji treści
audiowizualnych oraz tekstowych. Po to, aby lepiej, łatwiej i przyjemniej się z niego
korzystało. Jeżeli czasami publikuję/piszę/wyglądam bardziej “na luzie” lub nie zawsze w
sposób dla mnie samego naturalny, to czynię to dla Was. Tak, moi drodzy – aby zarazić
Was bakcylem pokonywania swoich słabości poprzez łażenie po nierównym terenie!

Oczywiście chodzić czy wspinać się należy Z GŁOWĄ, po odpowiednim do danej
wyprawy PRZYGOTOWANIU. Szczegółowo piszę o tym tutaj: PRE, czyli Przygotowanie Rzeczą Esencjonalną

A w tym miejscu pragnę zaapelować do Ciebie, abyś koniecznie pamiętał(a) o pokorze i szacunku, jaki się górom
NALEŻY. Bo szczyty są po to, aby je zdobywać, a nie tracić zdrowie lub życie w drodze na nie. Howgh! 🙂

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 37 Średnia ocena: 5]