Bez ściemy dla mnie wiadomym było to, którą z wielu Dróg Stanisławskiego chcę Wam polecić. W końcu odbyłem tę wspinaczkę, mam wiedzę z “pierwszej ręki” 🙂 wiem, że chodzi o nitkę na Kościelcu. To bardzo popularna, 110-metrowa droga o wycenie V-, rozpisana na 4 wyciągi, których pokonanie nie powinno zająć więcej niż około 3 godziny. Standardowy zestaw wspinaczkowy w zupełności wystarczy, chociaż z racji występowania kamieni w kominie zalecane jest doposażenie się w linę połówkową. Jeśli nie macie pojęcia, o czym mówię, to luknijcie w ten materiał, który Wam to wyjaśni:

Wytyczenie tej drogi zawdzięczamy duetowi w składzie Wiesław Stanisławski i Justyn Wojsznic, którzy dokonali tego pod koniec lat 30. XX wieku. W tamtych czasach był to nie lada wyczyn świadczący, jak mocni psychicznie byli nasi poprzednicy. Zrozumiałem to najdobitniej, już w trakcie pierwszego wyciągu. W niezbyt dużej odległości od pierwszego stanowiska trzeba pokonać (obniżając się o 1-2 kroki) taki oto trawers w lewo:

Na zdjęciu widać dwa zespoły. Trawers znajduje się jakieś 3m przed końcem pierwszego wyciągu

Droga Stanisławskiego – TOPOgrafia

Droga nr 191. Źródło: Jan Kiełkowski, Kościelce

Śmigło TOPR nad głowami

Można mieć pietra, zwłaszcza jeśli nasze zmysły wychwycą niepokojące odgłosy (trzeba uważać na spadające kamienie) lub gdy ktoś obcy jest w pobliżu i – chcąc nie chcąc – trudno się skupić na tym, co w danej chwili jest najważniejsze. Naszą (szliśmy we czworo, z instruktorem, w ramach kusrsu taternickiego. Moje poczucie spokoju psychicznego dość skutecznie rozpraszały ćwiczenia członków TOPR-u, odbywające się w tamtym rejonie… I co więcej na tyle blisko, że zapewne w trymiga by nas ratowali, gdyby taka potrzeba zaszła. Na szczęście obyło się bez takiej konieczności. 😉

Aczkolwiek Śmigło TOPR znacznie utrudniało naszą komunikację. Od tej pory zastanawiam się nad krótkofalówkami. Jak przetestuje konkretny model to na pewno pojawi się w Poradniku

Jak dojść pod drogę Stanisławskiego?

Start ponownie vide:

miał miejsce w Murowańcu. Opuściwszy schronisko, skierowaliśmy się ku przełęczy Karb, a stamtąd klarowna dróżka biegnie sobie trawersem – pierwej nieco w dół, a potem już konsekwentnie zyskując pułap. Ścieżka ta zaprowadziła nas do początku miejsca wspinaczki, około 20 metrów powyżej Komina Świerza. Komin ten nazwano tak na cześć Mirosława Świerza, którego nazwisko na wieki wieków zostało połączone z tą drogą.

Pod ścianę Kościelca dojdziemy również idąc przez Dolinę Gąsienicową mijając zielony Staw Gąsienicowy. Wówczas podejście nie będzie takie męczące. Pamiętajcie tylko, żeby ubrać kask zbliżając się do ściany.

Droga Stanisławskiego. Wyciąg I

W szczególności start powinien odbywać się w trybie maksymalnej uważności, gdyż jest to jedno z tych miejsc, w których widuje się prawdziwe 😉 the Rolling Stones (aczkolwiek nie muzyków tej legendarnej kapeli, a dosłowne spadające kamienie). Szkoda, aby taki właśnie widok stał się tym ostatnim widzianym przez śmiałka.

Gdyby przeznaczyć całą książkę na opisanie tej jednej drogi, to pierwszy rozdział tej publikacji należałoby zatytułować: “Skośne zacięcie na dzień dobry”. A z każdymi 5 metrami jest coraz trudniej. Po pokonaniu około 40 metrów przywita nas stanowisko zbudowane ze spitu i z haka. Należy je wykorzystać, żeby uniknąć zjawiska przesztywnionej liny oraz nie budować go w samym kominie (uwaga spadające kamienie)

Trawers na drodze Stanisławskiego. Wyciąg II

Droga Stanisławskiego na Kościelcu

Wybijamy się (niczym z trampoliny) na tej półce skalnej, rozpoczynając tym samym drugi wyciąg. Parę chwil później, ów nieszczęsny trawers objawia się nam w całej rozciągłości. Nieszczęsny, bo wiadomo co najmniej o jednym doświadczonym górołazie (wspomniany wcześniej Mirosław Świerz), którego życie przedwcześnie dobiegło końca w tym właśnie miejscu – odpadł on od skały podczas trawersowania).

Następną wartą wyszczególnienia formacją jest komin o zmieniającej się tu i ówdzie (aczkolwiek raczej znacznej) szerokości. W przechodzeniu go pomocne są umieszczone tam na stałe spity i haki; natomiast dodatkowy problem może sprawić deszcz. Jeżeli komin nie zdąży wyschnąć całkowicie, to może się okazać, że z pokonaniem go będziemy mieli istotny kłopot. Nad nim znajduje się górna “piarżysta platforma z blokiem” – idealna do założenia drugiego stanowiska.

Wyciąg III. Druga połówka i ostatnie rozdziały

Trzeci wyciąg zaczyna się od pójścia prawym skosem, a kolejno w “rozkładzie jazdy” mamy wycenianą na III stopień trudności połogą płytę oraz o jeden stopień niższe (a zatem w teorii łatwiejsze) zacięcie. Przesuwając się tak o kolejne mniej więcej 25 metrów, dochodzimy do miejsca, w którym warto rozpatrzeć sens zakładania tamże stanowiska. Wybieraną tam przez wielu opcją jest jednak ciśnięcie ku górze – aż osiągniemy względnie łatwą grań Kościelca. Grzbiet ten uprawnia nas do założenia stanowiska, co ponownie przyczyni się do tego, aby nasza lina nie uległa przesztywnieniu.

Wyciąg IV

To praktycznie formalność. Dość klarowna przechadzka (o ile wcześniej kropka w kropka trzymaliście się TOPO) zakończona założeniem ostatniego stanowiska przy dużym bloku z pętlami. A potem jeszcze odpięcie się i – dla chętnych fakultatywne zdobycie wierzchołka Kościelca. Tyle w teorii, a co się zdarzyło w praktyce?

Kiedy gamonie pomylą drogę

I teraz najmniej “zabawna” sytuacja

Otóż, w trakcie trzeciego wyciągu Michał – nie wiedzieć jak i po co – zboczył z toru. Zamiast iść łatwym terenem, wgramolił się w trudny rejon o dużym oporze (trudności V)

Niełatwe zmagania potęgowała wszechobecna wilgoć: było zwyczajnie mokro. Odpowiadający za nasze bezpieczeństwo instruktor wkurzył się, nie widząc “zbiega” w zasięgu wzroku. Nie dość, że przez większą cześć wspinaczki (na ogół mając rację) wyzywał nas od gamoni, to jeszcze zachowanie się Michała, sprawiło, że później słyszeliśmy to na każdym kroku: GAAAAAAMONIE, co wy robicie 🙂

Jako że przez prawie godzinę od adepta nie było informacji, to intstruktor musiał nas zostawić, a po nieboraka wejść. Mnie przypadło w udziale asekurowanie instruktora, a gdy skończyła się lina, to wyszedłem za nim na lotnej. Gdy już dotarliśmy do Michala, to okazało się, ze był zblokowany. Nie mógł nic zrobić – ani zejść ani iść do góry. Wato dodać, że przez ten czas całkowicie nie mieliśmy z nim kontaktu (Myślę, że tak się stało przez latający helikopter. Akustyka w kominie też nie jest najlepsza) Zupełnie niczym czerwony friend, któremu poświęciłem już kilka wersów:

Ahh, co za przygoda!