W kilku wpisach wspominałem już wcześniej, jak istotną dla mnie osobą jest Wojciech Kurtyka, który – pragnę to zaznaczyć od razu na wstępie – wierzył w sprawczą moc słów. W dodatku wielokrotnie – co ważne z punktu widzenia tej opowieści – przebywał sam na sam ze sobą i z przyrodą, w kluczowych momentach przedsięwzięć samotnie zdobywając góry.

Uważam go za ze wszech miar wybitnego, wręcz niedoścignionego alpinistę, którego dokonania oszałamiają nie tylko mnie. Zaś jego życiorys wywołuje przemożną chęć okazania mu szacunku w postaci np. czołobitnych (do samej ziemi) ukłonów. Nazywany przez znajomych Wojtkiem, miał dość radosne dzieciństwo, na którym piętno wywarła pewna – mogąca w niektórych budzić strach – historia.

Otóż w wieku nastu lat naszego bohatera prześladował koszmar. Ową marą senną był bezkształtny stwór, który niczym duch, cień lub plazma wypełniał całym sobą zajmowane akurat przez siebie pomieszczenie, niezależnie od jego rozmiarów i przeznaczenia.

Młodemu chłopakowi skojarzył się z dżemem wypełniającym zarówno słoik (trójwymiarowy pojemnik), jak i rozsmarowywanym po całej (zasadniczo dwuwymiarowej) powierzchni kanapki. Owa kreatura stanowiła personifikację strachu, której dominantą było „paraliżujące tchnienie zła” lub wręcz nawet „kwintesencja zła”. Doświadczenie to wywoływało w ciele i w umyśle nastolatka niemoc, stan odrętwienia lub wręcz bezwładu.

Zarazem psychika młodego Kurtyki (wówczas jeszcze niemającego nic wspólnego ze wspinaczką) nakazywała mu odruch sprzeciwu wobec własnego strachu. Młodzieniec wykształcił w sobie natrętny przymus wewnętrzny, aby się temu Dżemowi przeciwstawić. Nie tylko wyrażeniem w myślach stanowiska kontry lub wypowiedzeniem mniej lub bardziej ordynarnego słowa zaklęcia w rodzaju „zgiń przepadnij maro nieczysta!”.

Dżem – słodki tylko z nazwy, więc coś z nim trzeba zrobić

Młody Wojtek zmuszał się do wchodzenia w ciemne lub w trudno dostępne miejsca, w których coś mogło na niego czyhać. Wizytował np. piwnice lub opuszczone rudery, przedzierał się przez leśne zarośla, a podczas pełni księżyca zdarzyło mu się również samotnie przechadzać się pomiędzy nagrobkami.

Doprawdy creepy to być musiało, a z w upływem czasu zaczął rozglądać się za obiektami, które wymagały od niego wdrapywania się na wyżej położone płaszczyzny. Jak prawie każdy dorastający i sprawny fizycznie chłopak z początku chodził po drzewach, a potem przerzucił się na większe od niego samego zbiorowiska kamieni.

Wkraczając w dorosłość, coraz rzadziej doznawał koszmarów, a jego umiejętnościom technicznym i zdolnościom fizycznych towarzyszyła niesłychana odwaga. Jednakowoż jak pisze sam Kurtyka:

„Obsesyjna tęsknota za nieskrępowanym wzlotem ponad własny strach i fizyczne ograniczenie, która popchnęła mnie do ryzykownej wspinaczki, otworzyła we mnie obszar ograniczenia jeszcze gorszego. Tym obszarem władał Dżem.”

W mojej interpretacji pokonanie Dżemu polega na akceptacji jego obecności, a nawet zaakceptowaniu widma nagłej śmierci.

Bynajmniej nie chodzi tylko o pogodzenie się z własną śmiertelnością, ani z wizją, że kiedyś za ileś lat czy dekad nastąpi nasz naturalny kres (czyt. zgon ze starości). Mówię o pojednaniu się z myślą, że kostucha może nadejść w każdej chwili, jeśli kolejny nasz krok na skale okaże się niewłaściwy, albo chwyt niedostatecznie mocny. Tudzież jeżeli chybiona okaże się decyzja o tym, że wspinamy się akurat po drodze, która znacznie przerasta nasze obecne możliwości. Takowa raz po raz wymaga od nas karkołomnych ruchów oraz gorliwej wiary w solidność sprzętu asekuracyjnego.

Jest to filozofia bliska buddystom, o której pisałem tutaj:

Krea – siła wykradziona bóstwu

W zrozumieniu głębi jego pasji dla gór i życia na krawędzi (również w sensie dosłownym) pomogła mi także opowiastka dotycząca siły witalnej nazwanej przez niego Kreą. Opisywał ją jako „żywą pra-energię, która była tchnieniem wszelkiego istnienia”. Czuł ją mocniej niż cokolwiek innego, co go wypełniało. I zrozumiał jej związek z Dżemem, domyślając się, że to właśnie konfrontacja z nim postrzegana była przez niego jako Krea. W takich słowach tłumaczył to potem w swej książce:

Zafascynowany wsłuchiwałem się w ten wewnętrzny głód. Czym, do licha, był? Niewątpliwie czymś więcej niż tylko zwykłym pożądaniem zmysłów. Nie miał nic wspólnego z głodem ciała. Czułem go gdzieś głębiej. Była w nim tęsknota za całkowitą wolnością, pragnienie wyzwolenia z ludzkich ograniczeń, chęć zadrwienia z lęku przed śmiercią. To one popychały mnie ku krawędzi. To właśnie dlatego tamten chłopczyk próbował wykonać kroczek w kierunku Dżemu. Wspinaczka jest czymś więcej niż wzlotem w przestrzeń. W istocie jest trudną prośbą wzlotu ponad siebie samego. Jest sięganiem ku wolności.

Wyznam szczerze, że te słowa mnie uderzyły i to mocno. Bo ja też tak mam, taki sam głód chwilami odczuwam i utożsamiam się z powyższymi słowami mówiącymi o sięganiu ku wolności. Jestem przekonany, że to właśnie Krea jest zatem odpowiedzią na Dżem i tęsknotą za górami.

Jak przezwyciężyć strach, czyli dlaczego się wspinam?

Jak przełożyć to na nasze zwykłe funkcjonowanie na ścianie?

Należy zrozumieć, że strach np. przed wyjściem wysoko nad wpinkę czy też ekspozycją w górach jest czymś jak najbardziej naturalnym. To jedynie dowód na to, że nie jesteś robotem i wszystko z Tobą ok 🙂

Strach wypływa z najgłębczych czeluści nas samych, zatem nie można się go tak po prostu wyzbyć, zamieść pod dywan, a już na pewno oszukać, bo to tak jakbym próbował oszukać siebie samego.

Kluczem do tej całej układanki jest akceptacja. Próba pojednania się ze swoimi lękami.

Czasem znajomi mnie pytają “ej, a Ty się nie boisz?”, wówczas nie zgrywam chojaraka, tylko odpowiadam zgodnie z tym co czuję, “pewnie, że tak!”. Ale mimo wszystko ubieram plecak i Ahoj przygodo!

Zapewne kilka razy zdażyło Ci się powiedzieć podczas akcji górskiej “Co ja tu robię?” – zazwyczaj towarzyszy przy tym efekt drążcej nóżki, przyśpieszone tętno, nagła chęć powrotu do domowego ogniska. A pamiętasz dlaczego się zgodziłaś/łeś na tą wyprawę? Przecież wiedziałaś/łeś co Cie czeka. Czy to nie jest tak, że celowo wpędzamy się w takie sytuacje?

Bardzo spodobał mi się jeden komentarz na grupie o wspinaniu. Pozwólcie, że go tutaj wkleję:

Każdy ma swój dżem i pokonanie go choćby chwilowe daje poczucie ogromnej mocy. Gest sprzeciwu wobec własnego lęku jest w kwintesencją doznania wspinaczkowego. Generalnie ja się wspinam dlatego, że się boję.”

A Ty czemu się wspinasz?

Historia Kurtyki ciąg dalszy

Po wielu latach tamten „chłopczyk” wraz z Austriakiem Robertem Schauerem na liczącym 7925 metrów szczycie Gaszerbrum IV dotarli tuż pod jego wierzchołek. Pokonali niemal trzykilometrową ścieżkę po Świetlistej Ścianie – bez wątpienia jednej z najtrudniejszych dróg na szczyt na naszej planecie. Wyczyn ten został uznany przez redaktorów prestiżowego magazynu „Climbing” za „najwybitniejsze osiągniecie w dziejach himalaizmu”. Mentalny trening i zmagania z Dżemem uczyniły z Wojciecha Kurtyki „legendę za życia”.

ale o tym w kolejnym odcinku: Jak można i po co w ogóle mentalnie trenować?

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 13 Średnia ocena: 5]