Oto, jak ta droga została opisana w przewodniku: „Prawdziwie alpejski klasyk z zabezpieczeniem stanowiący alternatywę dla zawsze przepełnionego Richterweg. Skała miejscami jest krucha, ale w przewadze pozwala na komfortową wspinaczkę w solidnym terenie. Występuje również kilka trawiastych miejsc, które wymagają pewnego poziomu doświadczenia alpejskiego. (…) Droga została odnowiona, tzn. w trudniejszych miejscach i wariantach jest dużo bühlerów.”

TOPO ze strony Bergsteigen

Panorama podczas wspinaczki

Zapewne gros z Was spotyka się z tą nazwą po raz pierwszy, więc wprost objaśniam, Bühlerhaken to tzw. „klejony” bolec do zabezpieczania potocznie zwany Ringiem 🙂

Kolejny dzień naszej wyprawy do Austrii skutkował czymś, co określiłbym jako „cudowna i długa droga z ciekawymi trudnościami dla średnio zaawansowanych”. W skrócie: MIODZIO! 😀 Oby więcej takich ekskursji, z takimi przygodami. Tego możecie życzyć każdemu górołazowi, nie tylko mnie zresztą.

Tamten dzień obfitował w przeżycia, które postanowiłem ująć w dwóch oddzielnych wpisach, niniejszy obejmuje sprawozdanie z wyciągów. A ponieważ koleje życia wspinaczkowego potoczyły się owego lipcowego popołudnia tak a nie inaczej, to wstawiam Wam link do historii, która rozegrała się dosłownie NA JEDNEJ LINIE.

TU LINK do “Tramwaj ratunkowy z rodakami na pokładzie”

Podejście pod Richterkante

Wyjście z lasu na piargi w celu odnalezienia Richterkante. Jeszcze hektar przed nami

Osoby dysponujące samochodem powinny zostawić wóz na parkingu przy Stadlwandgraben około 1,5 km przed Weichtalhaus. Samego podejścia pod ścianę nie będę szczegółowo opisywał. Zwłaszcza że my kierowaliśmy się tą samą ścieżką co pierwszego dnia.

Wówczas razem z Bartkiem zaszaleliśmy na drodze z wyceną 7, która jest zlokalizowana nieco bliżej względem parkingu, ale wciąż na tej samej ścianie. Opisana poniżej droga wymaga kilkudziesięciu kroków więcej, gdyż umiejscowiona jest na samym końcu masywu.

W odnalezieniu początku (farbą namalowane litery RK) bardzo przydał nam się Track GPS, toteż jeśli macie możliwość, to warto pobrać go na smartfona tutaj. (źródło: zagurami.eu/lezenie-schneeberg-stadelwand-richterkante/)

Krzysiek pod startem drogi (obok z prawej znajduje się znacznik RK)
Dobrze widoczny kant na drugim wyciągu
Znacznik “RK”. Trzeba nieco podejść

Porady praktyczne na Richterkante

Piargi w trakcie podejścia wydały mi się bardzo uciążliwe, dlatego też sugerowałbym jak najdłużej podchodzić ścieżką wiodącą przez las. Zarówno podczas przemieszczania się wte jak wewte. Zasadnicza rada: iść lasem tak daleko, jak tylko się da. Schodząc po ukończonej drodze, nasza załoga przetrawersowała zbocze, kierując się do lasu.

Zależało nam, by ominąć w drodze powrotnej te nieszczęsne piargi, więc obraliśmy kurs na dół. Dzięki temu bez zapadania się mijaliśmy te kopce i osypiska (oraz masyw), widząc je po prawej stronie. A oto wartość dodana dla Was, czyli garść innych, jakże praktycznych porad:

Lepiej jest zostawić jeden plecak na dole pod ścianą, a nie tam wyżej, gdzie droga ma swój początek. Skorzystaliśmy z tego myku i dzięki temu oszczędziliśmy sobie trochę niepotrzebnego wysiłku.

Wspinając się zwykłym tempem, idzie zrobić tę nitkę w jakieś 4 godziny. Jeśli natraficie na upalny lipcowy dzień, to aby uniknąć największego skwaru zalecam zacząć łazęgę trochę później (my zaczęliśmy o 14:00 i było ideolo). Przy końcu wspinaczki towarzyszyć Wam będzie słońce powoli skrywające się za ścianą; a jakoś po 19-ej rozpocznie się bardzo przyjemny dla oczu proces znikania naszej najbliższej gwiazdy za horyzont.

Jeżeli chcecie opuszczać Richterkante z większym worem ciekawych doświadczeń wspinaczkowych, to powinniście iść wariantami zaznaczonymi na topo niebieską linią. My tak zrobiliśmy i nie żałujemy, bo to bardzo przyjazna droga, w całości obita, Nie wiem czy to zasługa moich już niemałych skillsów, ale chwilami miałem wrażenie, że jest wręcz turystyczna, bo tak dobrze na niej się bawiłem. Niemniej jednak zawiera również kilka ciekawych, technicznych odcinków.

Parchate początki, a potem fajne grządki

Start Richterkante

Pierwszy wyciąg jest parchaty (jak to mawiają „pierwsze śliwki – robaczywki”), ale już następny, prowadzący wspinaczy za kant, od samego początku stanowił dla mnie niemałe zaskoczenie.

Przewinięcie za kant fot. @varsabove
Widok z góry

Startuje się czujnym trawersem w lewo, wychodząc za kant i potem w górę. Ów trawers jest odpychający, dlatego polecam wręczyć plecak tej drugiej osobie, a będąc na prowadzeniu, korzystać ze świetnej asekuracji. Ringi występowały dosłownie co metr-półtora – widać tam efekty pracy ekiperskiej. A jeszcze ten moment po pokonaniu trawersu i wyjściu w górę – ach, co to za „delicje” były… pozwólcie, że nie będę zdradzał wszystkiego.

Krzysiek prowadzi trzeci wyciąg
Płyta na czwartym wyciągu widok z góry
Piąty wyciąg

Następny etap wędrówki charakteryzuje się zredukowanym poziomem trudności, co pozwala napawać się widokami podczas wspinania. Wraz z każdym pokonanym metrem widoki przybierają na atrakcyjności – tak działo się aż do czwartego wyciągu. Wówczas przed nami pojawia się możliwość wyboru: albo obejść płytę łatwym terenem z prawej strony albo podążać wariantem wycenianym na 5.

Wyciągi końcowe i widoki szałowe

Widokowy charakter ósmego wyciągu przyniósł nam wiele frajdy, którą tylko w pewnym stopniu zdoła oddać poniższe zdjęcie.

Ponownie szliśmy po grzbiecie formacji, tym samym docieramy do drugiej kluczowej trudności. Za taką należy uznać bezsprzecznie trawers (z wyceną 5+), z którym musieliśmy się zmierzyć w trakcie dziewiątego wyciągu.

Start ósmego wyciągu
Krzyś, widok z góry

Wariant umożliwiał wprawdzie wyjście na tę „igłę” (również szacowaną na 5+), niemniej jednak ujrzałem tam stare, wysłużone haki, które nie wzbudziły mego zaufania. Wkraczając w trawers z prawej strony, ominąłem zatem tę niepewną miejscówkę.

A sam trawers składał się raptem z dwóch bulderowych ruchów. Świetne chwyty, za to brakowało stopni, więc człek musiał posuwać się bardziej na rękach (jako że nogi skupione były na tarciu).

Po pokonaniu trawersu, widok z góry

Pokonawszy go, należy skierować się ku “siodełku”, na którym znajduje się stanowisko. Naszemu tam odpoczynkowi towarzyszył przecudny widok Heliosa kryjącego się za ścianą Stadelwand. Nie był to jednak zachód słońca – gdyż takowy miał miejsce później – dopiero, gdy dotarliśmy na szczyt.

Siodełko. fot @varsabove

Etap nr 10 znów postawił nas przed wyborem: czy sunąć prosto w górę w rysie na płycie (za 6) czy też odbić nieco w prawo. Ta druga opcja (oryginalnie w topo przedstawiona) wiązała się z większym komfortem, na który pozwalało spokojne gramolenie się kominkiem. Jednakże ekipa, zanim osiągnęłaby ów kominek musiałaby wtaczać się po trawie, w terenie ewidentnie parchatym.

Tego dnia Krzysiek nie prowadził żadnych trudniejszych wyciągów, więc postanowił, iż nadeszła na to pora. Obrał tę rysę za cel i poprowadził ją niemal wzorowo. Przy samym wejściu zrobiło się trochę czujnie, lecz trwało to krótko – kilka metrów dalej droga robi się połoga.

Rysa na ostatnim wyciągu

I tak dotarliśmy na wierzchołek, Krzyśkowi przypadł przywilej zamontowania ostatniego stanowiska. Do jego wykonania posłużyło mu drzewo.

Dalej, na wierzchołek wzgórza prowadziła nas dobrze widoczna ścieżka, która kluczyła w leśnym kwartale pomiędzy drzewami i kamieniami.

Ostatnie metry do szczytu łatwym terenem. Uczestniczka tramwaju 🙂

Powłócząc nogami przez kolejne około 150 m, natrafiliśmy na jeden z piękniejszych zachodów słońca.

Znajdował się tam również domek (z daleka wydawał się zamieszkany) i droga zejściowa – ta sama, którą wchodziliśmy. Poza kłopotliwym piargiem, podążanie nią nie wiązało się z żadnymi dodatkowymi trudnościami. Jak dla mnie, całościowo to była super przygoda i z czystym sercem mogę ją każdemu polecić.

Krzysiek

Podwójna frajda na Richterkante – Podsumowanie

Nawiasem mówiąc, moja rekomendacja okazała się bardzo skuteczna. Już parę dni później lecieli tamtędy Kacper z Maćkiem. Pierwszego z nich (weekendami ćwiczy wspinaczkę na Jurze, zmagając się z drogami za V-VI), spytałem o wrażenia. I chociaż z powodu niedawnej kontuzji musiał opuścić kilka treningów, to podsumował Richterkante w takich oto słowach:

Moim skromnym zdaniem droga jest rewelacyjna, aczkolwiek polecam ją tym , którzy robią 6+ w OS (on sight). Faktycznie w niektórych wariantach runouty dość konkretne, a ostatni trawers jest mega. Ruchy w nim może nie są bardzo trudne, ale wymagają dużej odwagi i wiary we własne możliwości.”

Macie zatem podwójną rekomendację, od dwóch świetnych chłopaków. Nic tylko jechać tam i łoić. 🙂 Na koniec rzućcie okiem na to zestawienie (“Ile było danych elementów?”), z którego dowiecie się, dlaczego w tytule jest mowa o podwójnym zadowoleniu.

Trawersów: dwa (pierwszy w lewo na drugim wyciągu, a drugi w prawo na dziewiątym)

Kluczowych trudności: dwie – ich opis w tekście powyżej

Załogantów: dwóch – ja i Krzysiek

Ekip, które finalnie tego dnia zdobyły szczyt: dwie (nasza i ta para, którą spotkaliśmy)

Przygód w trakcie pokonywania drogi: dwie (wspinaczka oraz pomoc dwojgu naszym rodakom)

Rekomendacji: (nie licząc mojej własnej), również dwie, a skoro przedmiotowe opinie się zgodne, to na ogół musi być prawda :).

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 3 Średnia ocena: 5]