Meduno to niewielka gmina w prowincji Pordenone, w północnej Italii, w sąsiedztwie zbiegu granic Włoch, Austrii i Słowenii. Liczy poniżej 2 tysięcy mieszkańców.

Ponadto miłośnicy paralotniarstwa niemalże „walą tam drzwiami i oknami”, chcąc skorzystać z wybornego startowiska i wcale nie gorszego lądowiska. A wśród nich byłem również i ja. Towarzyszył mi Sylwiusz, którego oryginalne imię sprawia, że łatwo odnaleźć na moim blogu wszystkie nasze wspólne przygody.

Na szczycie góry w Meduno znajduje się Rampa dla lotni

Resztę załogi stanowiło 7 innych Ślązaków z południa Polski, przemili i sympatyczni ludzie. Już nie mogę się doczekać kiedy pojadę na Śląsk zjeść gumiklejzy i trochę pofranzolic

Będąc przez większość podróży w swoim towarzystwie „godoli” (czyli posługiwali się gwarą śląską, która w moich uszach brzmiała nader zabawnie i niezrozumiale).

Cała ta wycieczka stała się możliwa dzięki Sylwiuszowi, który ma duże doświadczenie w zlatywaniu z rozmaitych, nie tylko tatrzańskich szczytów.

Kolega Andrzej

Serio Wam mówię: Sylwiusz lata jak zawodowiec – w trakcie tego krótkiego wyjazdu zrobił kilka naprawdę dłuuuugich przelotów – łącznie pokonując około 65 km. Względem jego dokonań, to moich doświadczeń w powietrzu nawet nie ma co zestawiać ze sobą.

No dobrze, może poza tym jednym razem, kiedy to na Jaworowym Wierchu udało mi się utrzymać dość wysoko nad ziemią przez ponad godzinę. Ale skończyło się tak, że nie miałem się z pyszna. Zaliczyłem mało eleganckie lądowanie na jabłoni, o którym możecie przeczytać tutaj:

Startowisko w Meduno

Pierwsze „pełnowymiarowe” latanie miało dopiero nadejść…I nadeszło, a zanim dojechaliśmy do miejsca docelowego (góra Lijak na Słowenii) postanowiliśmy skorzystać z bardziej sprzyjających wiatrów.

Spece od meteo donieśli nam, że w trakcie dwóch pierwszych dni pobytu takowe wicherki wieją nad Meduno. Stąd więc powyższe „włoskie impresje”, od których postanowiłem ten wpis rozpocząć.

Na startowisku wiatr zawsze wieje mocniej

W takich warunkach lepiej startować alpejką

Rozpocząłem lot dość nieśmiało i zachowawczo. Przy starcie wiał silny wiatr, więc napracowałem się dość mocno, aby utrzymać się na sensownej wysokości, a nie „szorować tyłkiem po krzakach” 😀

Paralotniarze, wykonując taką robotę, mówią na to „aktywne latanie” – i w tym trybie tamtego dnia spędziłem w powietrzu prawie 70 minut.

Meduno lądowisko, czyli Żółtodziób w morzu żółtych kwiatów

Przy czym i tak wylądowałem jako pierwszy na kwiecistym polu (wokół mnie rozpościerał się dywan z ładnych, żółtych kwiatów – ale zabijcie mnie, nie wiem, jaki to był gatunek). Uczyniłem to pomimo, że obok znajdowało się porządne lądowisko, na którym inni prawilnie „siadali”.

No cóż, na swoją obroną mam tyle, że nie wiedziałem o jego istnieniu, ani też nie dostrzegłem go w porę. Na pocieszenie, ku memu zaskoczeniu dostałem w sklepie przy lądowisku zimne piwko – „nagrodę dla żółtodziobów”.

Racząc się tym trunkiem, czekałem z włączonym radiem, słuchając w międzyczasie, jak radzą sobie pozostali paralotniarze. Nie pamiętam, ile minut dokładnie upłynęło mi na takim chilloutcie, ale kolejne następujące po sobie lądowania moich towarzyszy, skróciły ten okres odpoczynku.

Właściwe lądowisko

Wtedy też zorientowałem się, że niektórzy członkowie naszej grupy jeszcze nie wystartowali. Oczekiwali bowiem na spokojniejsze warunki, kiedy cała ta termika „siada” i można jeszcze przez 1-2 godzinki polatać sobie w fajnych – nazwijmy je „rekreacyjnymi” – okolicznościach.

Kolejnego dnia planowaliśmy mieć w Meduno „powtórkę z wczoraj”, ale tym razem się wycwaniłem i dłużej czekałem na łagodniejsze wianie. Wprawdzie człowiek się wówczas niczego nowego nie nauczy, bo wyzwań

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 8 Średnia ocena: 5]