Obok Stranika czy Meduno, startowisko w Lijaku (na wysokości ok 565 m n.p.m.) wymieniane jest jako jedno z najbardziej znanych i rekomendowanych. Góra położona jest nad krasowym źródłem potoku Lijak na ostrej krawędzi krajobrazu Trnovo wznoszącego się nad charakterystycznym stromym zboczem w kształcie lejka.

Słoweńskie słowo „lijak” oznacza zresztą „lejek”. Takie usytuowanie pozwala cieszyć się dużą liczbą dogodnych do latania dni – również zimą, gdy w pobliskiej dolinie Vipava wieje silny wiatr typu bora (suchy, chłodny, porywisty wicher na ogół z kierunku północnego). Lijak jest wówczas dość dobrze chroniony i w opinii wielu osób stanowi doskonałe startowisko.

Te referencje potwierdzam i ja – z czysto paralotniarskiego punktu widzenia wycieczka w to miejsce jest warta poniesienia koniecznych wydatków (w tym tych autostradowych)

Lijak – startowisko

Toaleta tuż przed startowiskiem
Startowisko

Po wszystkich przygotowaniach nadszedł czas startu, a ja byłem jednym z pierwszych. Przede mną w powietrze wzbijali się jedynie uczestnicy jakiegoś kursu, jednakże w miarę szybko lądowali.

Niektóre osoby z mojej grupy pojechały na Kobalę, lecz wrócili stamtąd z nietęgimi minami, po tym jak się okazało się, że nie ma dogodnych warunków do harcowania w przestworzach. Gdy nadjeżdżali, to ja już od dobrej godziny przyjemnie naśladowałem Aladyna przemieszczającego się na swoim magicznym dywanie.

Wpierw efekt „wow”, a później wielkie (ze strachu) oczy lecącego

Mój pierwszy start alpejką. Miałem wrażenie, że skrzydło mnie wyprzedzi (za późno je przyhamowałem)

A potem nastąpiła eksplozja satysfakcji, wystrzał radości i erupcja zadowolenia w jednym. Wzbijając się z poziomu niespełna 600 metrów udało mi się złapać komin z wiatrem wznoszącym, dzięki któremu wykręciłem pułap przekraczający 1400! Biorąc pod uwagę wciąż niewielki staż paralotniarski, to czułem się wspaniale 🙂

Resztę załogi siedzącą na ławeczce przy startowisku (przekomarzali się ze mną wcześniej, więc uznać ich śmiało można za lożę szyderców) pozdrawiałem przez radio słowami: „Spójrzcie w górę, jestem w kosmosie”.

(Generalnie to przez radio rzadko mówię cokolwiek. Boję się puścić sterówki)

A potem zaczęły się schody, a mówiąc bardziej precyzyjnie: kominy . Coraz ostrzejsza termika, a ja – obniżywszy pułap do około 700 metrów – wpadłem w kolejny komin i kręciłem się w nim jak głupi. Przy czym nie był to zwyczajny bąbel z cieplejszym powietrzem, a prawdziwy komin termiczny, który rozszerzał się wraz z wysokością. Parę chwil potem na liczniku miałem więcej metrów niż upłynęło lat od początku naszej ery.

A ja wciąż jak oszalały kręciłem się – choć tym razem w jednym kierunku. Wcześniej raczej wykręcałem na niebie ósemki, ale mniejsza o tym…

Istotniejsze w tej opowieści jest to, że poczułem chłód, a wzmógł go niepokój, że nadal unoszę się w górę. Po osiągnięciu ponad 2300 m (tyle z grubsza liczy sobie Świnica.

Włączył mi się instynkt samozachowawczy i rozpocząłem ewakuację. Na tej wysokości wiatr zmienił całkowicie swój kierunek i wyraźnie przestał być przewidywalny. Zaczęło mną rzucać i telepać jak workiem ziemniaków podczas jazdy po bruku, a posiadana przeze mnie uprząż potęgowała dyskomfort.

Cechuje się bowiem chwiejnością, a występujące w niej „luzy” przy „normalnym” lataniu zapewniają większą wygodę. Kilka razy musiałem się chwycić za „taśmy”, jednocześnie trzymając sterówki, żeby ustabilizować swe położenie. I muszę przyznać: miałem pietra, ponieważ pierwszy raz znalazłem się tak wysoko w tak silnych warunkach termicznych.

Na szczęście udało mi się tę „bańkę” opuścić – skierowałem się na przedpole, ku łagodniejszej termice. Nadal jednak bujało, a bąble termiczne odrywały się jeden po drugim. W celu nietracenia wysokości można wykonywać rozmaite figury: np. uszy, spirale, wingovery itp. albo najzwyczajniej w świecie wcisnąć belkę tzw. speeda. Skrzydło wówczas zmniejsza kąt natarcia, więc przyspiesza – spowodowane jest to mniejszym oporem, a w konsekwencji rośnie prędkość. Wśród dostępnych opcji jest również zaciągnięcie tzw. „uszu”, czyli zredukowanie powierzchni nośnej skrzydła, a efekt ten osiąga się poprzez ściągnięcie jego końcówek).

Trochę pobawiłem się na speedzie (co brzmi nieco dwuznacznie – jakbym łyknął jakieś nielegalne pastylki ;-), dodatkowo szukając „duszenia”

Bez postępowej ani rusz do przodu

Kiedy w końcu udało mi się obniżyć wysokość na tyle, żeby krążyć nad lądowiskiem, to masz babo placek: straciłem prędkość postępową. Przy ziemi wiał tak silny wiatr, że nie poruszałem się do przodu, a jedynie w dół. Po raz kolejny Lijak zafundował mi coś, czego nigdy wcześniej nie przeżyłem.

Na szczęście wszystkie te konieczne i dodatkowe akrobacje wykonywałem na przedpolu. Do lądowiska dzieliło mnie jeszcze ze 100 metrów ale musiałbym przelecieć nad budynkami oraz drutami (zdaje się, że od linii telefonicznej, choć nie ryzykowałem upewniania się, czy to aby przypadkiem nie był fragment sieci energetycznej). W tamtej chwili zależało mi przede wszystkim na bezpiecznym lądowaniu w miejscu, nad którym krążyłem.

Lijak i kilka moich rekordów

Finalnie udało się „usiąść” na ziemi bez kontuzji, zaś podsumowanie o charakterze sprawozdania z tego lotu powinno zawierać takie dane:

– czas lotu: 172 minuty (tylko 8 minut zabrakło do 3 godzin)

– maksymalna wysokość: 2350 m

– maksymalna prędkość wznoszenia na barometrze: 7,5 m/s

Pobiłem również swój własny rekord wysokości ponad start (około 1800 metrów), a chwilami miałem poczucie, że ciągnie mnie ku górze jakaś niewidzialna winda, i to tak gwałtownie, że serce jakby opadało wprost na żołądek. Od chłopaków dowiedziałem się, iż doświadczyłem naprawdę srogich warunków do latania.

Na pewno zyskałem cenną lekcję, której już nie chciałem powtarzać w kolejnym dniu. Zamiast tego po prostu wykonałem zlot (lot opadający wprost na lądowisko) oraz trenowałem w pełnym słońcu przez kilka godzin startowanie „alpejką”.

Nigdy wcześniej tego robiłem (wzbijałem się wyłącznie w stylu klasycznym), więc po tym zagranicznym pobycie czuję się naprawdę bogatszy o nowe doświadczenia. Trochę niczym żołnierz wracający ze swej pierwszej, intensywnej misji bojowej. Zyskałem dużo wiedzy praktycznej i jeszcze więcej pewności siebie. Teraz mogę w pełni odpowiedzialnie stwierdzić: latanie w termice to zupełnie inna bajka niż zlatywanie w dół na Jaworowym Wierchu. 🙂

Takich doznań i triumfującego ducha (morale wzrosło, udało mi się też zwalczyć złośliwe ego) życzę wszystkim, którzy zechcą zainteresować się podróżowaniem na tym szybującym miękkopłacie, którego zwie się m.in. glajt.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 6 Średnia ocena: 5]