Leży sobie ów szczyt w Kaukazie i sięga aż 5642 m n.p.m. Geograficznie jest to region Kabardo-Bałkarii, administracyjnie natomiast Rosja, niedaleko granicy z Gruzją. Niby to “bliski” wschód i według niektórych krawędź kontynentu Starego Kontynentu, ale przecież mówi się, że najwyższym w Europie jest Mont Blanc (byłem, sprawdziłem – bardzo wysoko, skoro ze szczytu poniżej spoglądałem na chmury). Zaś w Azji – o czym wie chyba każde dziecko – tytuł najwyższej góry przypada w udziale Czomolungmie. Przez niektórych zwanej Mount Everestem – na cześć XIX-wiecznego, walijskiego kartografa George’a Everesta.

Elbrus – odwieczne więzienie dla Prometeusza

Elbrus to nie jest tylko kolejna wysoka góra czekająca na śmiałków. Z tym wygasłym wulkanym związany jest kilka lokalnych legend oraz jedna – można by rzec – globalna. Mam tu na myśli mit o Prometeuszu, który zdecydował się wykraść bogom ogień i podarować go ludziom. Wcześniej ów Tytan stworzył ludzi, lepiąc ich wątłe i kruche ciała (za to wyglądem ponoć bardzo przypominające mieszkańców Olimpu) z mieszaniny gliny i łez.  rozgniewał tym czynem Zeusa tak mocno, że władca nieba i piorunów kazał przytwierdzić go łańcuchami do skał i nasłał nań sępa. Drapieżny ptak o wschodzie słońca wyjadał swej ofierze wątrobę, która odrastała przez resztę dnia i nocy. Owe skały autorzy mitologii lokalizowali “u stóp Kaukazu”, a potomni utożsamiali z Elbrusem właśnie.

Elbrus “Zasobożerna bestia”

Elbrus, wbrew pozorom jest…daleko i w trudnodostępnej okolicy. My akurat ruszyliśmy z miasta Kazbegi w Gruzji bezpośrednio do Azau 2488 m n.p.m– miejscowości, z której zdobywa się Elbrus. Czas przejazdu to około  10 godzin, w zależności od tego w jakim czasie przejedziemy granicę i od warunków na drogach.) A niekiedy bardzo kosztownej, bo na obszarze Rosji wciąż dość powszechną praktyką są… łapówki (nas zatrzymywali trzy razy). Alpinistom przydaje się aklimatyzacja, a jej wdrożenie wydłuża pobyt. Jednym słowem szczyt ten potrafi być zasobożerny.

Jesteśmy w stacji MIR, gdzie odpoczywamy przed dalszą wędrówką. Ja zamawiam kwaśnicę na żeberkach. Im więcej kalorii tym lepiej 🙂

Elbrus – góra o ujemnej estetyce

Źródła podają, że pierwszą osobą, która oszacowała wysokość Elbrusu, był polski astronom Wincenty Wiszniewski. A pierwszy Polak na tym szczycie miał ksywę (tj. pseudonim) Druciarz i był jedną z legend taternictwa. Jerzy Rudnicki stanowił ponoć zarazem symbol zaradności życiowej (w typie McGyvera), jak i ucieleśnienie nonkomformisty. Aż dziw bierze, że nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, aby nakręcić o nim film.

Ale odłóżmy na bok tę dygresję, zwłaszcza że wzmiankowane powyżej nazwiska skłaniają do takiej oto refleksji: skoro nasi już tam byli, to Ty czy ja już nie musimy kroczyć wydeptanymi ścieżkami, tylko odkrywać nowe. Tym bardziej, że ta góra jest po prostu brzydka! Nie widziałem tam prawie nic, co jakkolwiek zachwyciłoby moje oczy. Choć wzrok mam dobry, to naprawdę ten NIE PODOBAŁA MI SIĘ. Jej kształt, szlak na nią, barwy i faktura podłoża nie były atrakcyjne. I nikt mnie nie przekona – jak mawia klasyk – że jest inaczej, tj. “że białe jest białe a czarne jest czarne”. 😉

Grupa turystów powraca ze Skał Pastuchowa w ramach spaceru aklimatyzacyjnego

Choroby i mikroby

Do pewnej wysokości na Elbrus wjeżdża się kolejką górską, dość szybką na dodatek, co zwiększa ryzyko wystąpienia choroby wysokościowej. A jeśli na samym starcie wspiniania się pojawią się: fatalne samopoczucie + apatia, to nic dobrego z tego nie będzie. W szczególności jeśli popełni się taki błąd jak ja wówczas. Zjadłem wprawdzie porządną porcję owsianki, ale okazało się, że zabrałem jedynie 2 czekoladowo-karmelowe batony (zbyt słodkie jak na podniebienie). Czułem się bardzo źle, nie miałem sił jak normalnie, a niekorzystne warunki atmosferyczne w nocy potęgowały zmęczenie. Marcin, z którym ruszyłem na szczyt po północy (być może za wcześnie), zdecydował się zawrócić tuż przed wschodem słońca. Jakieś choróbsko mocno go osłabiło.

Do bazy wróciłem po około 14 godzinach (robiłem kilka dłuższych przerw) i od razu położyłem się spać (jak to mawiają – padłem jak pies Pluto). Potem Marcin zagotował mi liofa (żywność liofilizowaną) i to było zacne z jego strony. Aczkolwiek w trakcie całego pobytu, to samo jadło (jechaliśmy na lokalnych konserwach) wspominam dość kiepsko.

W środku jest mało miejsca i na dodatek pachnie cebulą, ale byliśmy radzi, mogąc tam przenocować.
Na zdjęciu Marcin, który nie czuł się wówczas najlepiej…więc i nie wyglądał za specjalnie. A mimo to został uwieczniony 😉

Droga Elbrus – Prijut

W rejon Prijuta (4053 m n.p.m.) dostajemy się ekspresowo. Mając za sobą aklimatyzację na Kazbeku, śmiało wjeżdżamy kolejką linową – najpierw do stacji Krugozor (2950 m n.p.m.), a po zmianie wagonika – do stacji MIR (3458 m n.p.m.) Wyżej zabiera nas nowy wyciąg sięgający tzw. “Beczek” (3712 m n.p.m.) Stąmtąd idziemy po lodowcu do Prijuta, co zajmuje nam zaledwie godzinę. Śpimy w kontenerach.

Tuż przed kimaniem w kontenerze. W tle zaś – droga na szczyt
Widok na namioty trochę powyżej schroniska Prijut

Elbrus, czyli raki vs. ratraki

Szlak w dużej mierze przebiegał przez lodowiec, więc niezbędne były raki, aby się posuwać naprzód. Chwilami w naprawdę fatalnych warunkach pogodowych szło się bardzo ciężko i wolno. Wolniej niż to sobie zakładaliśmy. A miało być tak gładko na Elbrusie – jak palcem po obrusie 🙂 I jakże wyjątkowo nieprzyjemne uczucie dopadło mnie, gdy po kilku godzinach podchodzenia, nagle minął mnie ratrak. Na jego pokładzie zaś ludzie wcześniej widziani przeze mnie w Prijucie (najwyżej położonej bazie) – tacy zwykli turyści, których to spodziewałem się zastać w Azau, czyli miejscowości, skąd można na Elbrus wyruszyć. Widok ich pogodnych, uśmiechniętych, wypoczętych twarzy, gdy ja walczyłem momentami o każdy oddech był okropny dla mojej psychiki.

Ratrak z turystami podjeżdżający pod Skały Pastuchowa
Oto ratrak porzucony na pastwę losu (powyżej Skał Pastuchowa). Zakopany jest w śniegu po sam dach i służy za punkt orientacyjny. Przy nim odpoczywałem dłuższą chwilę.
W tle – widać w oddali rozgałęziający się łańcuch górski. W bliższym planie pojawiają się liny poręczowe, najpewniej zainstalowane przez przewodnika. Każdy BHP-owiec byłby z tego dumny.

Elbrus 5642m n.p.m

Ale nastrój poprawił się potem, gdy już dotarłem na szczyt. Zaiste, przednie to były widoki, trudne do opisania w słowach. Oraz ten wschód słońca (tak przyznaję bez bicia – ocieplił moje zmarznięte cztery litery), wyzierający z chmur płynących poniżej wierzchołka niczym lawa rozlewająca się po spęczniałej pianie. Nie jestem poetą, ale z grubsza tak właśnie mógłbym zreferować Wam, którzy się zastanawiać będziecie, czy na Elbrus to warto… 🙂 😉

Upragniona chwila. Kowalski na szczycie 😀
Długo oczekiwany wschód słońca w drodze na Elbrus. Dla takich chwil właśnie żyję!
Widok ze szczytu. Głęboki wdech..

Bear in mind

Szanowny Czytelniku / Czytelniczko,
Blog jako forma komunikacji społecznej wymaga selekcji, montażu i redakcji treści audiowizualnych oraz tekstowych. Po to, aby lepiej, łatwiej i przyjemniej się z niego korzystało. Jeżeli czasami publikuję/piszę/wyglądam bardziej “na luzie” lub nie zawsze w sposób dla mnie samego naturalny, to czynię to dla Was. Tak, moi drodzy – aby zarazić Was bakcylem pokonywania swoich słabości poprzez łażenie po nierównym terenie!

Oczywiście chodzić czy wspinać się należy Z GŁOWĄ, po odpowiednim do danej wyprawy PRZYGOTOWANIU. Szczegółowo piszę o tym tutaj: PRE, czyli Przygotowanie Rzeczą Esencjonalną

A w tym miejscu pragnę zaapelować do Ciebie, abyś koniecznie pamiętał(a) o pokorze i szacunku, jaki się górom
NALEŻY. Bo szczyty są po to, aby je zdobywać, a nie tracić zdrowie lub życie w drodze na nie. Howgh! 🙂

Głosy gości / Oceń wpis
[Razem: 9 Średnia ocena: 5]