Do Rzędkowic 😍 wracam często, ze względu na:

a) Odległość. Mam wrażenie, że skały rzędkowickie to najdalej położona ścianka Warszawy
b) Emocje, które potęguje wysokość!

Naturalne procesy górotwórcze sprawiły, że tworzą one jedną, dość zbitą formację, przypominającą mur. Lub jak kto woli wał o długości niespełna kilometra. Skały liczą do 30 metrów wysokości, a położone są na Wyżynie Częstochowskiej, na terenie gminy Włodowice.

Wokół nich osiedlali się ludzie (już od blisko 3 tysięcy lat – o czym świadczą artefakty znalezione przez archeologów), a współczesne zabudowania składają się na Rzędkowice – wieś łańcuchową zamieszkałą przed kilkaset osób. Wśród nich jest kilku takich, którzy prowadzą tam szkoły wspinaczkowe. Mają to szczęście, że zawodowo chodzą po górach, dzieląc się z podobnymi zapaleńcami swą wiedzą i umiejętnościami.

Rzędkowice – piękne lecz tłoczno 🙁

Droga od parkingu zajmuje zaledwie kilka minut

Przez rejon Skał Rzędkowickich wiodą wprawdzie dwa piesze szlaki turystyczne (zielony z Myszkowa do Góry Zborów oraz czarny rozpoczynający tu swój bieg), ale i tak odniosłem wrażenie, że niemiejscowi przybywają tam tłumnie głównie dzięki czterem kółkom. Jakby to była osada tuż pod Krakowem, która w weekendy przy ładnej pogodzie, wypełnia się przyjezdnymi w stopniu niewiele mniejszym niż np. warszawska Agrykola, przez którą wchodzi się do Łazienek.

I większość z nich nie ma bladego pojęcia, że od ponad 10 lat rejon ten (z racji licznych muraw kserotermicznych oraz występujących tam okazów rzadkich roślin) stanowi pomnik przyrody o powierzchni niemal 45 hektarów. Nawiasem mówiąc, w trakcie mego pierwszego pobytu to i ja stanowiłem taki – nie dość zorientowany w temacie “element napływowy” 😉

W mojej ocenie ta duża popularność tej miejscówki stanowi jej jedyny feler, w szczególności dla kogoś, kto woli unikać tłumów.

Dawniej Rzędkowice – mówiąc delikatnie – nie były moim pierwszym wyborem. Ze względu na swą trudność były dla mnie niedostępne, a nie od dziś wiadomo, że taka sytuacja powoduje pewną frustrację. Obecnie to dla mnie numer 2 na liście moich ulubionych destynacji skałkowych – zaraz po Dolinie Kobylańskiej, tutaj opisanej:

Pośrednia Turnia

Oringowana czwórka na rozgrzewkę

Ania na szczycie Turnii pokazuje bicka 🙂
Kacper podczas asekuracji. Nie można się do niczego przyczepić – no może jedynie do braku kasku

Jako wspinaczkowy “aperitif” (choć oczywiście bezalkoholowy) lubię Pośrednią Turnię w Sektorze Kursantów. Zaś Oringowana Czwórka należy do tych, po które “sięgam” najczęściej na rozgrzewkę. Dużo frajdy sprawia mi zwłaszcza końcówka tej drogi. Żeby przedostać się do stanowiska, trzeba wdrapać się na coś w rodzaju okapika. Osoby cechujące się solidną techniką radzą sobie tam, wykorzystując w tym celu tzw. “żabkę”.

Natomiast ludzie słusznego wzrostu (o długich ramionach i mocnych barkach) są w stanie sięgnąć tego chwytu i podciągnąć się. Kolejny dowód na to, że sukces sportowy można osiągnąć na kilka różnych sposobów: gole zdobywa się uderzając sprytnie lub precyzyjnie kierując piłkę pod poprzeczkę. Ale można też huknąć mocno jak z armaty, by bramkarz nie miał czasu na reakcję. 😉

Ufoki, czyli duży może więcej

Ufoki. Wędkę założyliśmy wchodząc na drogę obok. Pół metra poniżej lewej nogi znajduje wyślizgana półka

W tym samym sektorze znajdują się też Ufoki. Droga fajna i dość szybka, aczkolwiek zawierająca jeden bardzo trudny element. Tamtejszy crux (tak slangowo określa się najtrudniejsze miejsce danej drogi) położony jest między drugim a trzecim ringiem i polega na tym, że droga jest bardzo śliska. Stopnie na nogi są wyślizgane niczym glazura w łazience (wiele stóp wiele razy tam stąpało ;-)) i mówiąc szczerze, to za bardzo nie ma czego się tam chwycić dłońmi. Mnie się udało, bo mam większy zasięg ramion, a technika, jakiej użyłem, wyglądała następująco: w pierwszej fazie wyszedłem z krawądki, podnosząc się na niej i będąc w przykurczu, sięgnąłem rękami chwytów. Im ktoś jest niższy, tym ma trudniej i kilka osób przede mną musiało się poddać. Byłem naocznym świadkiem tych porażek 😀

Dla praktykantów

Mogę domyślać się, że drogę tę nazwano tak na cześć wspinaczkowych nowicjuszy, którzy “lądują” tam nader często. Przyciąga ich bowiem leżący na ziemi wielki głaz ze stanowiskiem. Pozwala on na zdobywanie praktyki w zakresie rozmaitych operacji linowych, w tym chociażby przepinania się przez kolucho. Bez cienia wątpliwości to świetna opcja dla debiutantów.

Leśna Turnia – Ratujący skórę hak, ocieniona ścianka i tradowy kominek

Po lewej ścianka Ekiperów, a po prawej wchodzę w Bukowy Kominek. Tylko wyrwę te krzaki

Bukowy kominek

Szczyt Leśnej Turni i poplątana jedna lina. Szykujemy się do zjazdu
Ucho skalne, które wykorzystaliśmy do budowy stanowiska. Finalnie zrobiliśmy je z 3 solidnych punktów
Kacper podczas zjazdu. Pod nogami widać co to za parch z tej drogi
Maciek na prowadzeniu. Dla bezpieczeństwa wchodzi na wędce, a jednocześnie prowadzi własną drogę. Czy to nie jest fajny pomysł ?

Jeżeli w Rzędkowicach dopadnie Was akurat letni skwar, to radzę udać się w Sektor Leśnej Turni, a najlepiej od razu skierować się do Ścianki Ekiperów. Jej położenie (w dużym, leśnym zagajniku) zapewnia cień i ukojenie. Względnie warto ustawić wytyczne GPS-u na Bukowy Kominek, którego zasadniczym atrybutem jest fakt, że droga ta jest w 100 proc. tradowa. Nie posiada ringów, zatem pojawia się tam konieczność wdrożenia sztucznej asekuracji. Stosuje się do tego m.in. kości, pętle itd. i to z nich właśnie robi się przeloty.

Pozbawione sztucznej asekuracji drogi należy traktować jako dobry trening przed wspinaniem się w Tatrach, w których to najfajniejsze drogi cechują się właśnie taką “golizną”.

Ścianka Ekiperów

Kuba na końcu drogi. Stan obity. Stąd można spokojnie przejść do Kominka, żeby zdjąć tradowy stan, co żeśmy uczynili

Natomiast Ścianka Ekiperów (podobnie jak niemal wszystkie pozostałe) została oringowana, a na jej długości (około 12 m) znajdziemy 5 takich elementów. Dodatkowo jest tam 1 stanowisko, które finalnie sprawiają, że wspin ten wyceniony został na IV. Pamiętam, że miałem niezły fun, przeplatając się przez tamtejsze kolucho, tuż po tym jak zdobyłem Bukowy Kominek.

Lecz przyznam się Wam, że nie było łatwo. Głównie ze względu na komin, czyli „sympatyczną” – zwłaszcza dla tych, którzy lubią ciasnotę – formację, w której się trzeba dużo przeciskać. Ten fragment w Bukowym cechuje się sporą ekspozycją przyprawiającą o zawrót głowy. Na szczęście w najtrudniejszym miejscu znajduje się wbity hak – miałem chęć ochrzcić go mianem „hak-wybawiciel” 🙂

Z racji braku stanowiska zjazdowego, takowe trzeba sobie uszykować. Do jego budowy wykorzystałem naturalne ucho skalne oraz pobliskie drzewo. Zdjąłem je w trakcie wchodzenia (z asekuracją w formie tzw. wędki) na pobliską Ściankę Ekiperów.

Droga nie należy do najprzyjemniejszych także ze względu na fakt, że wiedzie poprzez chaszcze (przed wejściem w komin). Jest jak zarośnięta płaszczyzna brody Robinsona Crusoe (po wielu tygodniach spędzonych na wyspie). Przydałaby się solidna motyka, żeby ją oczyścić, usuwając ten parch. Bukowy Kominek w 100 procentach wyczerpuje znamiona definicji słowa „parch” jako: „warstwy czegoś niechcianego na jakieś powierzchni”.

Lechwor lub Lechfor – nieważne jak napiszesz. Zdobyć musisz!

Filar Lechfora

Bardziej wymagających dróg jest tam bez liku. Poniżej ograniczę się do dwóch najprzedniejszych, które w mojej pamięci zapisały się jako megafajowe. Gwoli ścisłości ta druga zapewne się taką okaże, gdyż jako “danie dnia” nie została jeszcze przeze “skonsumowana”.

Pierwszą z nich jest Filar Lechfora, bezsprzecznie jedna z kilkunastu rzędkowickich dróg, do której należałoby przypiąć etykietę “must-climb” 😉

Filarek na końcówce. Easy feasy

Startujemy ze śliskiej płyty, dalej mamy do pokonania tytułowy komin (nie raz przyjdzie nam znaleźć się w pozycji “no hand rest”), a największa trudność dopadnie nas pomiędzy trzecim a czwartym ringiem (wszystkich tam jest 7, pomiędzy dorzuciłem cos z własnej: pętle i kość). Trzeba się przewinąć z prawej części filarka na jego grań, a za sprawne wykonanie tego manewru należą się nam brawa od współtowarzyszy.

Można się spierać z tymi, którzy sądzą, że “każda droga na Lechforze jest klasykiem”, ale trudno nie zgodzić z opinią dotyczącą całego kompleksu (a de facto trzech złączonych ostańców: Turni Lechwora, Brzuchatej i Wielkiej Baszty). Owa recenzja brzmi: „jedna z ikon Jury Północnej, niemal 30-metrowy mur skalny z pięknym kominem pośrodku oferujący długie, piękne drogi w płycie.”

Przez to wielkie wgłębienie prowadzi droga Komin Lechfora

A jako dopisek można dopowiedzieć, że zawiera małą jaskinię czyli powstałe w wyniku wymycia Małe Okno Rzędkowickie. Na upartego owo schronienie dałoby radę przystosować do awaryjnego noclegu (takiego 20 m nad ziemią), aczkolwiek wolałem skorzystać zanocować na ziemi, rozpinając na dole bivi. Link dla tych, którzy nie wiedzą o co kaman:

Direttissima na Okienniku – Najkrótsza, najdłuższa, następna do przejścia

Druga, której muszę poświęcić akapit, to Direttissima (po włosku znaczy to tyle co: “najkrótsza”). Odnajdziemy ją w sektorze Okiennika, tak samo słynnym jak Turnia Lechwora. Sama jej nazwa może być myląca z dwóch powodów. Po pierwsze stanowi jedno z haseł leksykonu wspinaczkowego (tak mianem określa się niemal pionową drogę wytyczoną bardzo blisko linii spadku wierzchołka), po drugie zaś ta konkretna “diretta” bynajmniej nie jest krótka. Wręcz przeciwnie, jest z jedną z najdłuższych w Rzędkowicach, a do je zmierzenia potrzebna byłaby miarka o długości minimum 33 metrów.

Oryginalnie Direttissima idzie od podstawy na sam szczyt. Jednak przestraszony nieco wysokością postanowiłem odbić na lewo do “garażu”, na który można wejść od tyłu, tam założyć stanowisko (znajdują się ringi) i pójść dalej wariantem przez “Płucka”. Następnie zjechaliśmy. 60 liny starczyło akurat

Jak nie zapomnę, to następnym razem stosownych pomiarów dokonam. Na razie (przy okazji dość lajtowej sąsiedniej drogi Przez Płucka, również wartej polecenia) mam za sobą zasięgnięcie języka i analizę, jak “dobrać się” do tej diretty (jej wycena to mocne VI). Wiem chociażby, że do zjechania z niej wystarczy spokojnie 60-metrowa lina (już przetestowałem).

Na podstawie wizji lokalnej i opinii bardziej doświadczonych kozaków, ta Direttissima jawi mi się jako “bardzo piękne 32 metry technicznego wspinania się” 🙂

Garaż na Okienniku

Nie pamiętam już czy przypadkiem przez to okno nie przechodzi Diretta czy inna droga. Widok na Rzedkowice zacny
A tak wygląda wejście do garażu. Ania demonstruje swoje umiejętności. Po lewej stronie znajduje się początek wariantu “Drogi przez Płucka”

Sam Okiennik to też niczego sobie ostaniec z większym od wyżej wzmiankowanego schroniskiem o nazwie Garaż oraz oknem skalnym czyli dziurą w górnej części masywu. Do Rzędkowic nie raz jeszcze zawitam, więc na bank nie jest to mój pierwszy i ostatni materiał ilustrujący tamte strony.

.. ale samochodu lepiej nie parkować

Ps. We wsi jest spory parking na kilkadziesiąt wozów. Korzystając z okazji, przestrzegam kierowców (zwłaszcza terenówek) przed realizacją pomysłu z gatunku “A może by tak zaparkować autem pod samą skałą?”. To większe: wstyd, bzdura i niegodziwość zarazem niż pakowanie się w zabłoconych buciorach do zacnego muzeum lub innej reprezentacyjnej przestrzeni zabytkowej. Prawie nikt z szanujących się bywalców Skałek Rzędkowickich nie lubi i nie akceptuje takich zagrywek. A ci najbardziej hardkorowi, chcąc wyperswadować kierowcom z głowy takie głupoty, mogą uciec się do przemocy słownej lub przebicia opony.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 4 Średnia ocena: 5]