Dolina Bolechowicka ma w sobie coś, co trudno uchwycić przy pierwszym przyjeździe. To nie jest miejsce, które od razu „oddaje się” wspinaczowi. Wręcz przeciwnie – długo pozostaje trochę obojętne, jakby czekało, aż dorośniesz do jej dróg. I chyba właśnie dlatego tak dobrze rozumiem podejście Wojciech Kurtyka – wspinanie nie jako zdobywanie cyfry, tylko jako stopniowe odkrywanie przestrzeni, ruchu i własnych ograniczeń.

Kiedyś nie znalazłbym tu dla siebie zbyt wiele. Naturalnym wyborem była wtedy Dolina Kobylańska – bardziej oczywista, bardziej „wdzięczna”. Bolechowicka wydawała się zbyt poważna, zbyt wymagająca. Teraz widzę, że to nie ona była problemem – tylko ja byłem jeszcze nie na tym etapie.

Brzuszek Chińskiego Maharadży, o którym tak czytałem w książce Wojtka Kurtyki

Bo ta dolina naprawdę zaczyna się otwierać dopiero wtedy, gdy masz już trochę doświadczenia i siły, żeby wejść w jej bardziej wymagające linie. I nagle okazuje się, że nie chcesz już jechać gdzie indziej. Że zamiast „odhaczać” nowe sektory, masz ochotę wracać w to samo miejsce – i wgryzać się w drogi, które wcześniej wydawały się poza zasięgiem.

Pod względem urody trudno tu o konkurencję – może tylko Dupa Słonia jest w stanie stanąć obok. Ale Bolechowicka ma jeszcze coś więcej: ciężar historii. To tutaj kształtowało się polskie wspinanie skałkowe, tutaj powstawały drogi, które do dziś wyznaczają standardy ruchu i stylu. I to się czuje – nawet jeśli nie znasz wszystkich nazwisk i historii, skała sama to „opowiada”.

Jak dojechać?

Niektórzy parkują w Bolechowicach przy sklepie albo poczcie.
Ja polecam podjechać wyżej – na wzgórze, gdzie jest „właściwy” parking. Stamtąd zejście do doliny zajmuje ok. 10 minut.. Tutaj koordynaty Google Maps

To również dobra miejscówka, żeby rodzinnie spędzić dzień. Przy sicieżce znajduje się wiata, więc znajdzie się pozycja “siedząca” na obiadek.

Zacięcie w Abazym

Filar Abazego
Marcin szuka sposobu na założenie wędki. Od razu powiem, że dojście do stanowiska było zbyt strome, więc uznaliśmy, że nie warto ryzykować. Poszliśmy z dołem.

Na moim obecnym poziomie okolice VI.2, zaczynam w końcu rozumieć, o co w tym miejscu chodzi. Drogi przestają być przypadkowym ciągiem chwytów, a zaczynają mieć swoją logikę, rytm, charakter.

Dobrym przykładem jest Zacięcie w Abazym – linia, która na papierze nie wygląda groźnie, ale w rzeczywistości wymaga cierpliwości i wytrzymałości. To nie jest wspinanie, które „oddaje się” szybko. Trzeba dobrze się ustawiać w zacięciu, zaakceptować tempo, znaleźć momenty na odpoczynek.

Dla tej jednej drogi naprawdę warto tu przyjechać

W porównaniu z bardziej techniczną Obladi-Obladą z Łabajowej, tutaj czujesz raczej ciągłość wysiłku niż pojedyncze, ostre strzały.

I może właśnie dlatego ta droga robi takie wrażenie. Nie przez jeden spektakularny ruch, ale przez całość. Przez to, jak prowadzi cię w górę i stopniowo sprawdza, czy masz jeszcze coś w zapasie.

Rysa Babińskiego

Z drugiej strony są rysy – zupełnie inna historia. Rysa Babińskiego od dawna siedzi mi w głowie, trochę jako symbol czegoś, czego jeszcze nie potrafię. Patrząc na ludzi, którzy się w niej wspinają, widać wyraźnie, że to już nie jest tylko siła palców czy technika na płytach. To zupełnie inny język wspinania – klinowanie, wytrzymałość, umiejętność „zniknięcia” w skale. Dla kogoś, kto wychował się na jurajskich dziurkach i krawądkach, to jak nauka od nowa.

Zresztą sama Jura jest pod tym względem ciekawa – często wydaje się, że wszystko sprowadza się do palców i tarcia, a potem trafiasz na drogę, która wywraca ten schemat. I nagle okazuje się, że twoje „mocne strony” nie mają aż takiego znaczenia.

Wspinanie dla początkujących

Ten dzień zaczęliśmy spokojnie, od Filarka Wallischa. To jedna z tych dróg, które nie zapadają głęboko w pamięć, ale robią dokładnie to, co powinny – pozwalają wejść w rytm, poczuć skałę, sprawdzić, czy wszystko działa. Potem przyszła pora na coś bardziej konkretnego.

Zamarła Turnia zaskoczyła mnie najbardziej. Może dlatego, że była zupełnie pusta – jakby trochę zapomniana. A może dlatego, że drogi tam mają po prostu tarcie!

Polecam Pandemie Strachu VI.1 – zaczyna się dość agresywnie, mocnym przewieszeniem, które sugeruje trudności na starcie. Ale prawdziwe wspinanie zaczyna się wyżej – tam, gdzie ściana się prostuje i trzeba już naprawdę dobrze pracować ciałem. Moment, w którym klinujesz rękę i czujesz, że to działa, daje ogromną satysfakcję. To jeden z tych ruchów, które zostają w głowie.

Marcin na Pandemii Strachu
Abazy widoczny z Zamarłej Turni

Są też drogi, które odpuszczam bez większego żalu. Jura uczy selekcji – nie wszystko trzeba robić, nie każda linia jest warta czasu i energii. I to też jest część procesu.

Filar Szymona VI – bardzo przyjemne, powietrzne wspinanie. Końcówka się pionizuje, filarek robi się gładki na stopnie, ale klamy przypominają o jej wycenie. Trochę jak Baba Jaga na Zakrzówku.

🎯 Co dalej?

Obecnie pracuję nad Abazym, zrobiłęm go na wedkę tego samego dnia, więc wiem, że jest w moim zasięgu.

Na liście:

  • Grań Bolechowicka III – dobre przygotowanie pod Tatry
  • Prawe Łaziki VI – jako rozgrzewka przed Abazym
  • Ryski nad tablicą VI+ które są absolutnym zaskoczeniem. Na miejscu poznałem MAteusza, który Zacięcie w Abazym zrobił OS, a Ryski go zrzuciły (śmiech).
  • Cherlak Szolms VI.2 – nie taka ładna jak Pandemia Strachu, ale ciekawi mnie ryska w tym przewieszeniu

Patrząc szerzej, mam wrażenie, że Bolechowicka jest jednym z tych miejsc, które rosną razem z tobą. Im więcej potrafisz, tym więcej widzisz. I nie chodzi tylko o trudniejsze drogi, ale o sposób, w jaki zaczynasz je odbierać. To już nie jest tylko walka o przejście, ale coś bliżej rozmowy ze skałą – czasem spokojnej, czasem bardzo bezpośredniej.

I może właśnie dlatego chce się tam wracać.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 1 Średnia ocena: 5]