Pomyślałem, że podzielę się moimi doświadczeniami ze wspinania z 12.04.2026 w rejonie Łysych Skał. Tym razem obrałem nieco bardziej ambitne cele – i dokładnie o tym jest ten wpis.

Już na wstępie: jestem zachwycony tym miejscem. To jeden z tych rejonów, gdzie spokojnie można zrobić cały wypad, wspinając się tylko na… trzech drogach. I nie byle jakich – to prawdziwe jurajskie klasyki.

Powrót na Łyse – ale w innej odsłonie

Rafał na Księżycowych

Na Łysych byłem już wcześniej, ale działałem po drugiej stronie – Łyse Plecy, gdzie drogi są bardziej przystępne i wyceny trochę łaskawsze dla mniej ogarniętych łojantów.

Jeśli chcecie mieć pełniejszy obraz rejonu (+GPS miejsca parkingowego), zerknijcie tutaj 👉 Łyse Skały

Tym razem jednak wróciłem tu z innym nastawieniem – szukałem jakości i wyzwania.

Forma życia i jasny cel

Czuję, że jestem “w gazie”, choć sezon ledwo się zaczął.

Mój aktualny poziom oceniam na VI.2. To cyfra, którą jestem w stanie zrobić od strzała (rzadko) albo najpóźniej w drugiej próbie. No i szukam tych najpiekniejszych lini w tym zakresie.

Piszę to nie bez powodu – łatwiej Wam będzie odnieść moje odczucia do własnych doświadczeń.

Ale zauwazyłem coś jeszcze:
kiedyś chodziło o kawkę, słońce i przygodę…
teraz chodzi o progres.

Filarek Ciszewskiego VI – spokojne wejście w dzień

Kuba na Filarku

Rozgrzekwę zacząłem powoli – od Filarka Ciszewskiego (VI+). To była taka droga, która miała mnie wprowadzić w rytm i pozwolić poczuć skałę. W odpowiedzi na moją relację (a wiecie, że dużo rzeczy wrzucam na Insta jak jestem w skałąch) dostałem wiadomość od Dawida, że właśnie tutaj zerwał troczek, więc gdzieś z tyłu głowy siedziała myśl, że trzeba uważać.

Na szczęście wszystko poszło bardzo płynnie. Ruchy wchodziły naturalnie, ciało dobrze reagowało, a ja po chwili byłem już na górze.

Czułem, że to będzie dobry dzień.

Jeszcze wykonałem kilka podskoków, wymachy ramion i czuję, że ciało jest gotowe.

3 Jurajskie klasyki w jednym miejscu:

Księżycowe Krajobrazy VI.2

Po rozgrzewce naturalnie przesunęliśmy się w prawo, pod Księżycowe Krajobrazy. Tego dnia byłem z Kubą i Rafałem, trochę na doczepkę do ich planów, ale to tylko dodało klimatu. Kuba poszedł pierwszy i zrobił to bardzo pewnie, bez większego zawahania. Rafał, który wrócił do wspinania po dziesięciu latach przerwy, też wyglądał solidnie, chociaż już w dolnej części drogi zaczęły pojawiać się pierwsze trudności.

Kluczowy moment pojawia się przy trzeciej wpince i już wtedy czuć, że to nie będzie przypadkowe wspinanie. Wpinkę robi się w dość niewygodnej pozycji, z lewej ręki, przy czym linę wpinamy po prawej stronie, a prawa ręka trzyma chwyt. Wygląda to trochę jak ruch „spod pachy” i jest zupełnie nieintuicyjny. To właśnie tam zaczyna się crux i od tego momentu trzeba już grzać.

Crux polega na umiejętnym wykorzystaniu rysy – w początkowej fazie jeszcze na odciąg, dość komfortowo, ale po chwili trzeba przenieść ciężar ciała w prawo, w kierunku niewielkiej dziurki, którą łapie się w tzw. plecy. Z tej pozycji trzeba podejść wyżej nogami, uważając, żeby nie stracić równowagi. I o ile chwyty są całkiem przyjazne, to stopnie – również w formie dziurek – są już wyślizgane, choć na szczęście dość czytelne.

I to właśnie nogi sprawiły mi największy problem. Gdy próbowałem podejść wyżej, straciłem równowagę. Prawa noga znajdowała dobre, logiczne miejsce w największej dziurze, ale podbicie lewej w tej pozycji, przy ręce zapchanej w „plecach” i drugiej odpychającej się od rysy, było zaskakująco trudne.

Pierwsza próba skończyła się dokładnie tak, jak można się było spodziewać – odpadłem.

To był jeden z tych momentów, kiedy wiesz, że problem nie leży w sile, tylko w technice i zaufaniu do ruchu. Na szczęście druga próba była już dużo bardziej świadoma. Udało się lepiej ustawić ciało, zaufać stopniom i przejść przez ten kluczowy fragment.

Wyżej czekały jeszcze dwa ruchy do naprawdę solidnych klam po lewej stronie – tak dobrych, że aż chce się sprawdzić, czy nie rośnie tam trawa. Problem w tym, że praktycznie nie ma tam stopni. Rafał skomentował tylko, że brakuje choćby pół stopnia, ale w takich momentach wzrost faktycznie robi różnicę – bo ja sięgnąłem 😀

Druga próba siadła i dała dokładnie to, po co tu przyjechałem!

Zulus Czaka VI.3 – granica, która jest już blisko

Patrząc na Zulusa, nie miałem większych złudzeń. To nie był „ten dzień”. Ale kiedy Kuba zrobił drogę w drugiej próbie, pomyślałem, że chociaż podejdę i zobaczę, jak to wygląda z bliska 🙂

Już od pierwszych ruchów było jasne, że to inna liga. Chwyty robią się dużo mniejsze, większość to fakery albo płytkie dwójki, które wymagają precyzji i kontroli. Nie ma tu miejsca na przypadek.

Crux tej drogi to naprawdę coś wyjątkowego. Prawa ręka sięga płytkiej dwójki, która sama w sobie nie jest najgorsza, ale to na niej spoczywa większość ciężaru.

Lewa ręka trafia w dużą, podwójną dziurę, którą można złapać jak pinch. I w tym układzie trzeba wykonać jeden z bardziej wymagających ruchów, jakie widziałem na Jurze.

Trzeba wsadzić nogę dokładnie w to samo miejsce, w którym trzyma się ręką, jednocześnie utrzymując napięcie w całym ciele, wstać na tej nodze i złapać równowagę, podczas gdy druga noga praktycznie wisi w powietrzu i próbuje odpychać się od ściany (zdejmując nieco ciężaru). To wszystko dzieje się w bardzo precyzyjnej sekwencji, gdzie każdy detal ma znaczenie.

Nagrałem Kubę i choć film nie oddaje tego napięcia…
to uwierzcie, tam trzeba się nagimnastykować.

Patrząc na to z dołu, a potem próbując samemu, miałem poczucie, że to jeszcze nie jest mój poziom – ale jednocześnie pierwszy raz pojawiła się myśl, że to nie jest coś odległego. To nie jest kosmos.

I to chyba najważniejsze.

Prawa Płyta – klasyk, który nie wybacza

Powoli zbierałem się już do wyjazdu. Kuba i Rafał kończyli dzień, ja też byłem jedną nogą poza skałą, kiedy dostałem wiadomość od Dawida. Napisał krótko, żebym spróbował Prawej Płyty, bo to jedno z najtrudniejszych VI.1 na Jurze i jednocześnie świetna droga.

Nie trzeba było mnie długo przekonywać. Miałem jeszcze trochę siły, więc szybko załątwiłem sobie nowego asekuranta 😀

Start wyglądał bardzo czujnie – przewieszenie i wysoka wpinka, która potencjalnie mogła skończyć się nieprzyjemnym upadkiem. A że coraz bardziej cenię sobie zdrowie, zdecydowałem się użyć klasycznej „lagi wstydu”. Jak się później okazało, sam start nie był aż tak wymagający, jak się wydawało z dołu.

Prawdziwe trudności czekały wyżej.

I tutaj pojawiło się zaskoczenie, bo mimo że większość dróg w tym stopniu robię raczej pewnie, Prawa Płyta bardzo szybko mnie zweryfikowała. Ruchy na górze wymagały precyzji, zaufania do tarcia, którego nie było i pełnej kontroli ciała. To nie było wspinanie „na siłę”.

Bardzo trudna na OS – Dawid miał rację 🙂

Ostatecznie droga mnie zrzuciła, a co ciekawe – trudnościowo wcale nie odstawała od Księżycowych Krajobrazów, mimo niższej wyceny.

I dlatego się wraca

Z tego dnia zostało mi więcej niż tylko przejścia. Zostało mi bardzo konkretne poczucie, gdzie jestem i co jest przede mną. Z jednej strony niedokończony Zulus, z drugiej Prawa Płyta, która teretycznie miała być jedynie odhaczeniem w kajeciku.

Także dalej mam tu do załałatwienia 2 tematy, po które na pewno wrócę.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 1 Średnia ocena: 5]