Bieszczady znam naprawdę dobrze. Przeszedłem je wzdłuż i wszerz, wielokrotnie, o różnych porach roku. Dla mnie nie stanowią już tajemnicy – raczej miejsce, do którego się wraca, niż które się odkrywa. Tym razem jednak cel był zupełnie inny. Nie chodziło o dystans, przewyższenia ani ambitne przejścia. Chciałem pokazać Bieszczady mojej córce.

Kiedy ten plan zaczął kiełkować w mojej głowie, Lilka miała dopiero kilka miesięcy. Wiedziałem, że musimy poczekać. Góry nigdzie nie uciekną, a wszystko ma swój czas.

Góry z dzieckiem – Pierwsze Bieszczady Lilki

Żona Patrycja kiedyś była solidnym trekerem. Ciąża i pierwszy rok z dzieckiem trochę jednak zmieniły nasze życie. Dni wypełnione karmieniem, usypianiem, sprzątaniem i pilnowaniem małego człowieka potrafią wyssać energię do zera. Nikt nie mówił, że wychowywanie dziecka będzie aż tak trudne.

Jednocześnie to właśnie te małe, codzienne chwile dają ogrom radości i w pełni rekompensują dodatkowe obowiązki. Wiedzieliśmy jedno – nie chcemy rezygnować z rzeczy, które kochamy. Dziecko miało być towarzyszem naszych planów, a nie ograniczeniem. Tak powstał pomysł wspólnego wyjazdu w Bieszczady.

Rodzice podróżują dziś nawet z kilkumiesięcznymi dziećmi. Nam się nie spieszyło. Chcieliśmy zrobić to wtedy, kiedy wszyscy będziemy na to gotowi.

Założenia były proste

Plan wędrówki miał kilka prostych założeń:

  • Lilka musi być na tyle duża, żeby komfortowo siedzieć w nosidełku.
  • Trasa ma być krótka, popularna i bezpieczna, najlepiej z punktem, gdzie w razie czego można odpocząć -schroniskiem.
  • Pogoda musi sprzyjać.

Zawsze wychodzę z założenia, że należy być przygotowanym tak, by nie musieć prosić o pomoc. Ale życie bywa nieprzewidywalne. Pamiętam to choćby z Biegu Rzeźnika – kiedy dopadły mnie potężne skurcze i musiałem położyć się przy trasie. Ludzie sami podchodzili, pytali, częstowali czekoladą i elektrolitami. W górach pomoc innych bywa bezcenna.

Dlaczego Chatka Puchatka

Wszystkie te warunki idealnie spełniała Chatka Puchatka. Byłem tam już kilka razy, ale nigdy z moją córeczką.

Wcześniej chodziłem tamtędy od Przełęczy Orłowicza przez Połoninę Wetlińską, ale taki wariant był zbyt długi i zbyt odkryty jak na pierwszą rodzinną wyprawę.

Czerwony szlak z Brzegów Górnych to tylko:

  • ok. 2,5 km w jedną stronę,
  • 483 m sumy podejść,
  • około 1,5 godziny spokojnego marszu.

Idealnie.

Na odpowiednie warunki czekaliśmy prawie dwa miesiące. Kiedy wszystko w końcu się zgrało, Lilka miała rok i dwa miesiące.

Początek w Brzegach Górnych

Pierwotnie planowałem zaparkować na Przełęczy Wyżniańskiej i podejść żółtym szlakiem – krótszym i z mniejszym przewyższeniem. Na miejscu szybko jednak zmieniliśmy plany. Korek ciągnął się na długo przed parkingiem.

Pojechaliśmy więc do Brzegów Górnych. Tam parkingi również pękały w szwach, ale przynajmniej udało się znaleźć miejsce. To dobry punkt startowy zarówno na Połoninę Caryńską, jak i w kierunku Chatki Puchatka – i właśnie ten wariant wybraliśmy.

Las, cisza i spokój

To była bardzo dobra decyzja. Przez pierwszą godzinę szliśmy głównie lasem. Drzewa chroniły nas zarówno przed słońcem, jak i wiatrem. Szlak jest dobrze przygotowany – są drewniane schody, poręcze, wygodne przejścia.

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że poradziłyby sobie tu także osoby o słabszej kondycji. Po drodze widzieliśmy sporo dzieci – nawet około pięcioletnich – które szły o własnych siłach.

Dopiero przy wyjściu z lasu pojawia się jedyne trudniejsze miejsce: kilka wystających kamieni i niewielki skalny próg. Trzeba zwolnić, podeprzeć się rękami, ale to dosłownie kilkadziesiąt metrów.

Prożek skalny na wyjściu na grzbiet Połoniny

Połonina i pierwszy dach

Chwilę później wychodzimy na otwartą przestrzeń. Połonina, wiatr i… na horyzoncie pojawia się dach Chatki Puchatka.

Na miejscu zamówiliśmy kawę. Lilka wypiła swoją butlę, a tak w ogóle to na całej trasie w nosidełku nie było problemu, żeby ją na chwilę postawić i spokojnie nakarmić. Bułkę podjadała nawet w trakcie marszu. Po minach było widać, że w nosidle czuje się świetnie.

Daliśmy jej też chwilę wolności – chodziła między kamieniami, co chwilę podnosząc jakiś „skarb”. Pieluszkę zmieniliśmy w Chatce i ruszyliśmy dalej, na Połoninę Wetlińską.

Wiatr i decyzja o odwrocie

Grzbiet połoniny na podejściu do Chatki Puchatka oraz widok jaki mieliśmy za plecami na Połoninę Caryńską
Przybliżenie na Połoinę Caryńską
Widok na Połoninę Wetlińską

Na połoninie wiatr był już znacznie silniejszy. Pilnowaliśmy, żeby Lilka miała cały czas osłoniętą głowę. Z tego powodu nie szliśmy dalej grzbietem – oddaliliśmy się od chatki jakieś 200 metrów i zawróciliśmy.

Widoki i tak były przepiękne. daleko przed nami Przełęcz Orłowicza i Smerek, po drugiej stronie Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej widok na Wielką Rawkę i Przełęcz Wyżniańską z zakorkowanym parkingiem.

Przełęcz Wyżniańska

Za plecami Połonina Caryńska – kolejny klasyk, który zawsze polecam.

Spokojny powrót

Po dłuższej chwili zachwytu wróciliśmy tą samą drogą do Brzegów Górnych. Cała wycieczka zajęła nam nie więcej niż 5 godzin, razem z odpoczynkami, zabawą i spokojnym tempem.

To była dokładnie taka wędrówka, jaką sobie wyobrażałem.

Cieszę się z naszej pierwszej wspólnej marszruty w Bieszczadach i już czekam na kolejne. Ale dopiero po zimie. To będzie już 2026 rok, więc… bądźcie czujni. Przed nami jeszcze sporo rodzinnych górskich przygód.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 2 Średnia ocena: 5]