[EDIT: 21.03.2026]

Z Prawą Płytą Sasa (VI.2) miałem porachunki jeszcze z końcówki zeszłego sezonu. Pamiętam, że chciałem wtedy symbolicznie zamknąć sezon czymś mocnym. Nigdy wcześniej nie robiłem VI.2, ale świeżo po przejściu VI.1+ „Filarek na Ostatniej” pomyślałem: jeśli to wejdzie, będę naprawdę zadowolony.

Tamtego dnia się nie udało, o czym jest tekst poniżej.

U mnie w ogóle wygląda to tak, że z roku na rok dokładam jeden stopień trudności. Zaczęło się niewinnie – od Nikodemówki. I od tamtej pory co sezon robię sobie taki własny, trochę wymyślony „egzamin”. Dla większości pewnie brzmi to śmiesznie, ale u mnie działa. Daje strukturę i motywację.

Wracając do teraz – to już moja siódma albo ósma VI.2 w tym sezonie… który w sumie jeszcze się nawet nie zaczął 🙂

W pierwszy dzień wiosny postanowiłem wrócić na Płytę Sasa. Byłem przekonany, że to będzie jedynie formalność.

Rzeczywistość szybko to zweryfikowała.

Ściana była zimna, do godz. 13:00 jeszcze w cieniu, a ja nie miałem komfortu czasowego, żeby się porządnie rozgrzać. Zrobiliśmy więc najgorszą możliwą rzecz – wstawiliśmy się od razu w projekt.

Błąd.

Pod okapem nie czułem już palców. Przy walce o wpinkę nie wiedziałem nawet, jak mocno trzymam chwyty. Strasznie się zbułowałem, a mi zależało, żeby zamknąć temat w pierwszej próbie.

Nie zamknąłem.

Podobno nazywa się to „przepalonym sprzęgłem”. Brzmi trafnie.

Musiałem odpocząć dłużej niż zazwyczaj..

Czas jednak nie był po naszej stronie – opiekunka od dziecka nie planowała siedzieć do wieczora 😄. Janek w międzyczasie cisnął swoje wstawki, patentował, a ja próbowałem się zresetować.

I wtedy wyszło słońce. Zrobiło się cieplej.

Druga i ostatnia próba, jakby wszystko było skalkulowane..

Wszedłem jeszcze raz – tym razem już z głową i lepszym czuciem.

Udało się.

Prawa Płyta Sasa zamknięta.

I chyba dobrze, że nie była „formalnością”. Bo czasem to właśnie takie drogi przypominają, że we wspinaniu nie chodzi tylko o cyfry – tylko o to, jak do nich podchodzisz.

[KONIEC EDYCJI]

Po kilku drogach w zakresie V–VI.1 postanowiłem sprawdzić się na Prawej Płycie Sasa VI.2. Trzy różne osoby – które się nie znają – polecały mi ją jako najlepszy wybór, gdy pytałem o godną polecenia „dwójkę”. To już samo w sobie brzmiało jak rekomendacja, której nie mogłem zignorować.

Na temat Dupy Słonia i tamtejszych dróg rozpisałem się tutaj Jurajska legenda

Pierwsze wrażenie? To droga bardziej ciągowa tzn. wytrzymałościowa, niż techniczna. Nie ma w niej skomplikowanych patentów czy trikowych przechwytów – linia jest czytelna, z jednym wyraźnym cruxem i dwoma miejscami na rest. (z czego pierwszy to praktyczie no-hand, a drugi mało wygodny bo w przewieszeniu).

Wspinanie przypomina płynny marsz w górę, gdzie kluczowa staje się konsekwencja i ekonomia ruchu. A przy tym wszystkim Płyta Sasa jest niesamowicie estetyczna – elegancka 20 m. linia na “gładkiej” ścianie (choć z bliska płyta robi się postrzępiona, z dużymi chwytami, pęknięciami i dziurkami), która przyciąga wzrok i budzi respekt.

Kuba na pierwszym dobrym rest’cie

Czas odcisnął na niej swoje piętno: stopnie są mocno wyślizgane, ale dzięki sporym chwytom nie odbiera to radości ze wspinania. To klasyk z charakterem – dający satysfakcję i poczucie obcowania z jurajską tradycją.

Zobaczyłem, że droga jest już „zajęta” – ktoś zawiesił wędkę. Szkoda było nie skorzystać, więc umówiliśmy się na małą wymianę: lina za kubek kawy z mlekiem owsianym ☕️ 😅. Potem zobaczyłem, że odpadł z ostatniego ruchu na Lewym Meningitisie VI.3, więc przynajmiej miał świeżą kawę na pocieszenie.

Moja pierwsza próba była nieco nerwowa. Do kluczowego miejsca – poziomej rysy z „klamami aż po łokcie” – szedłem w miarę równo, ale bardziej ściskałem chwyty, niż trzeba. Presja robiła swoje, a z przewieszenia na płytę trudno byłomi sie wykaraskać. Kilka prób ustawienia ciała i… blok. Zbułowałem się.

Zaznaczyłem to miejsce

Krótka rozmowa z właścicielem wędki, którego nazwałem “Klamą”, bo nosił koszukę z jakiś mistrzostw z napisem klama, zmieniła wszystko – podpowiedział mały odciąg, którego wcześniej nie zauważyłem.

Druga próba była już inna: spokojniejsza, bardziej na luzie. W miejscu wcześniejszego odpadnięcia udało mi się nawet trochę odpocząć, choć z restem w takich pozycjach wciąż mam problem. Strzepałem ręce i, znalazłem odciąg i crux nie stanowił już takiego wyzwania, nogi dałem wysoko w ryse, a dalej kolejne chwyty układały się jak po sznurku. Droga padła w drugiej próbie, choć jeszcze tylko na wędkę.

Na prowadzenie nie starczyło już ani czasu, ani energii (wybierz jedną z wymówek: późno, zimno, zmęczenie 😅). Ale nie traktuję tego jak porażki – wręcz przeciwnie. Wiem, że droga jest w moim zasięgu. Cruxa już znam, psyche jeszcze podciągnę i wiosną wrócę, by zrobić to tak, jak należy.

Mam też swoją filozofię podejścia do dróg. Dla mnie liczą się pierwsze dwie próby – bo wtedy jestem najbardziej świeży, skupiony i pełen emocji. To trochę jak egzamin, który zdaje się w ograniczonym czasie. Jeśli uda się w pierwszej – to jest czysta magia. Jeśli w drugiej – to oznacza, że potrafię wyciągnąć wnioski i przełamać barierę. Trzecia próba? Już nie ta sama energia, a dla mnie również nie ta sama wartość.

Dlatego nie przepadam za klasycznym „patentowaniem”, czyli powtarzaniem tej samej drogi wiele, wiele razy, często z długim wiszeniem na linie, żeby rozgryźć każdy szczegół ruchu. Wiem, że to część wspinaczkowej kultury i metoda, którą wielu lubi – ale dla mnie wspinanie to przygoda, a nie analiza matematyczna. Wolę przegrać w uczciwych dwóch próbach niż spędzić pół dnia wisząc i rozpisując każdy mikroruch. To moje małe zasady i one nadają sens temu, co robię.

Dlatego Prawa Płyta Sasa jeszcze na mnie czeka. Wiem, że gdy wrócę na wiosnę, będę miał tę drogę nie tylko w głowie, ale też w sercu – a wtedy dwie próby znowu będą moim osobistym egzaminem.

Głosy gości / Wystaw ocenę
[Razem: 1 Średnia ocena: 5]