czyli jak można spędzić we dwójkę poza miastem zwykły paździenikowy weekend. I co zobaczyć oraz wypić, gdy ludzie dojdą do wyznaczonych stacji.

Zwykły dzień w biurze, piątek dwunastego akurat, ale tak mnie coś tknęło jeszcze w czwartek, aby tamten weekend spędzić jakoś inaczej. I to z dala od stolicy, której momentami mam po dziurki w nosie. A ponieważ mój nochal obwąchuje świat z wysokości ponad 185 cm, to sami przyznacie, że frazeologizm “po dziurki w nosie” w moim przypadku oznacza naprawdę dużo negatywnych emocji oraz odczuć.

A te 185 cm nijak się mają do Rysów – najwyżej położonego punktu w granicach naszego państwa, które jak wiadomo rozciąga się od morza po samiuśkie Tatry. Wchodziliśmy od strony słowackiej, bo ta trasa jest łatwiejsza – zarówno dla początkujących “wspinaczy” jak i dla zaprawionych w bojach “nosiczy”. Nawet tych, którzy wiedzą, że bez kijków (stanowiących przedłużenia rąk) idzie się wolniej. A że komuś – kto ogląda horrory, zna dziwne miejskie legendy lub po prostu grał w grę komputerową – taka postać z kijkami skojarzy sie od razu ze Slendermanem…no cóż to już nie mój problem 😉

Kolega Dawid nadspodziewanie dzielnie wturlał się na szczyt, co możecie zobaczyć na filmie.

Pijemy herbatę z prądem, którą otrzymaliśmy za wniesienie na plecach 15 kg worka ekogroszku do Chaty Pod Rysami

Mój towarzysz podróży na co dzień jest współczesnym artystą wielowymiarowym – rysuje, tworzy grafiki i materiały audiowizualne. Nie obce są mu również gitara i pianino, a gdyby jeszcze głębiej wsiąkł w tematy naukowe (lub choćby zagadnienia przyrodnicze), to można by go śmiało określić mianem “człowieka renesansu”.

Aczkolwiek umówmy się: geniuszem to raczej nie jest, skoro jak dotąd nie zyskał takiej sławy jak malarze cinquecenta. Dla tych, którzy mniej uważali na lekcjach plastyki, śpieszę z wyjaśnieniem, że w tym włoskim określeniu (po polsku “pięćset”) chodzi o śmietankę artystów epoki Odrodzenia, a nie o lakierników, którzy nadawali kolor popularnemu w Polsce przed laty autku.

Dawidowi w tym miejscu raz jeszcze pragnę podziękować za to, że okazał się świetnym kompanem, dzięki któremu cała wędrówka była bardzo sympatyczna. Mimo ciężkich chwil miałem przez większość trasy dobry humor. Widziałem kiedyś w stacji TVN materiał o siłaczach, którzy wnoszą na szczyty gór różne towary. Pewnie się domyślacie, że w wielu przypadkach to jedyna opcja, aby do wysokogórskiego schroniska dostarczyć konieczne zapasy. Nic dziwnego, że gospodarze tych chatek częstują “nosiczy” nie tylko miejscem do odpoczynku i ciepłym słowem.

Te 15-kilogramowy worek momentami dawał mi w kość, ale raz na jakiś czas trzeba sobie takie “czelendże” zaserwować. Podołać im, to jakby zapisać się do nielicznej grupy osób (tak różnej od tysięcy grup na fejsbuku), które zrobiły w swym życiu coś wyjątkowego. W końcu jak to ładnie skwitował Mistrz Sapkowski w jednej z części sagi o Wiedźminie:

Lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich.

Wniosłem WRĘCZ na SWYCH BARKACH te 15 kg ekogroszku, choć było zaje…niewygodnie, no BARDZO kurde NIEKOMFORTOWO. Nie tyle nawet z racji ciężaru, co raczej ze względu na brak nosidła, którego po prostu nie było w lokacji o nazwie “Horský hotel Popradské pleso”.

Wróciłem bogatszy m.in. w:

  • wiedzę o zwyczajach reprodukcyjnych pancerników,
  • doświadczenia z wejścia na szczyt bez konieczności wspomagania się liną, pokonywania przepaści czy lawirowania pomiędzy spadającymi kamieniami,
  • i w satysfakcję z dokonanego wyczynu, którego nie powstydzili by się nawet starzy wyjadacze oraz inni nosicze.

Nie wiem, na ile prawdziwa jest wzmianka o pancernikach…ale czego to się człek nie dowie od współtowarzysza podczas takiego “spacerku”… No i jeszcze czaj z prądem smakował wybitnie. A uczucie zachwytu (tak widokiem jak i sobą w dobrej formie), którego doznałem 13 października o 15.20 było nie tylko niepowtarzalne. Było też po prostu genialne w swej prostocie, choć z punktu widzenia obiektywu można by rzec: Rysy na Szkle, xD. Ładnie to Dawid spuentował: “Jeśteśmy poRYSowani” 😀

I choć nie jestem botanikiem (ani nie miałem jeszcze w rękach jednej z Książek Roku 2016 – bestsellerowego publikacji Petera Wohllebena pt. “Sekretne życie drzew”), to powtórzę tu raz jeszcze to, co zaobserwowałem w drodze na Rysy. Otóż górskie drzewa zasadniczo różnią się od tych “miastowych” tym, że są szczęśliwsze. Zresztą ludzie tacy jak ja (czy nieco w mniejszym stopniu Dawid) również. Dlatego “mesydż” do Was to: bądźmy jak drzewa! Ale nie jak te w parku, tylko jak te w górach. 😀


Bear in mind

Szanowny Czytelniku / Czytelniczko,
Blog jako forma komunikacji społecznej wymaga selekcji, montażu i redakcji treści audiowizualnych oraz tekstowych. Po to, aby lepiej, łatwiej i przyjemniej się z niego korzystało. Jeżeli czasami publikuję /piszę/wyglądam bardziej “na luzie” lub nie zawsze w sposób dla mnie samego naturalny, to czynię to dla Was.
Tak, moi drodzy – aby zarazić Was bakcylem pokonywania swoich słabości poprzez łażenie po nierównym terenie!

Oczywiście chodzić czy wspinać się należy Z GŁOWĄ, po odpowiednim do danej wyprawy PRZYGOTOWANIU. Szczegółowo piszę o tym tutaj: PRE, czyli Przygotowanie Rzeczą Esencjonalną

A w tym miejscu pragnę zaapelować do Ciebie, abyś koniecznie pamiętał(a) o pokorze i szacunku, jaki się górom
NALEŻY. Bo szczyty są po to, aby je zdobywać, a nie tracić zdrowie lub życie w drodze na nie. Howgh! 🙂

Głosy gości / Oceń wpis
[Razem: 6 Średnia ocena: 5]